Malowanie piernikowej wiewiórki, czyli w poszukiwaniu świątecznego klimatu

Ostatnie dwa dni spędziłam w domu u Rodziców, uciekając trochę przed zgiełkiem i chaosem ostatnich świątecznych przygotowań. Skupiając się na ozdabianiu pierników, czytaniu nieprzyzwoitej ilości magazynów i dwóch książek na zmianę, mogę szczerze przyznać, że mocno pracuję nad przywróceniem mojego wyobrażenia dawnej świątecznej atmosfery.

“Nie czuję świątecznego klimatu” stało się świątecznym szlagierem, który sama niestety też odśpiewywałam od kilku dni dość często.. I rzeczywiście, to zdanie jest ostatnio bliższe rzeczywistości niż chociażby “Chodźmy wszyscy do stajenki”.

Dlatego też uciekam i skupiam się na piernikowych wiewiórkach. Za bardzo zależy mi na tym, żeby zostawić w sobie wiarę, że Święta naprawdę mogą być jeszcze czymś, na co się czeka. Nawet jeżeli nie czekam już aż tak niecierpliwie i nawet jeśli nie ubieram choinki miesiąc wcześniej, i tak fakt, że teraz naprawdę uśmiecham się na myśl o dzisiejszym wieczorze, jest ważny.

I tak – życzę Wam uśmiechu na myśl o tych Świętach – są tego warte.

Ciasto kakaowe ze świątecznymi bakaliami, czyli historie urodzinowe

Jestem koszmarnym obiektem do zaskakiwania. Wyciągania informacji o niespodziankach uczyłam się od lat, a do dziś pamiętam pierwszy chyba sukces, kiedy to dostałam kucyka Pony (różowy, z tęczą na tyłku) w niedzielę na obiedzie u dziadków, jakiś tydzień przed urodzinami. Piątymi lub szóstymi, lubiłam kucyki Pony w okresie moralnie poprawnym, tak do Waszej wiadomości.

Dlatego też te urodziny pozostaną niezapomniane przez długi, długi czas. Przy moim wątpliwym talencie do psucia niespodzianek, tym razem nie spodziewałam się niczego, co wydarzyło się tamtego dnia. Chyba nie umiem opisać, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim osobom, które tego dnia dały mi tak dużo radości. Mam nadzieję, że wtajemniczeni to po prostu wiedzą.

Wobec wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, ciasto urodzinowe przyniesione do pracy to bardzo niewielki dowód wdzięczności. Jest mi tym bardziej głupio, że wybierając je kierowałam się egoistycznym podejściem z kategorii “jakie składniki wrzucone do ciasta będą ładniej pachnieć w piekarniku”. O tej porze można już bezkarnie używać wszystkich typowo świątecznych przypraw, przynajmniej w moim świecie, więc zaszalałam z suszonymi śliwkami, żurawiną, skórką pomarańczową i migdałami. To nie jest ciasto dla minimalistów. Ani abstynentów. Obfitość aromatów w tym cieście jest dla mnie dość nietypowa, bo zwykle ograniczam się do prostszych rozwiązań, jednak to, co mnie urzekło w tym przepisie to jeden prosty schemat – wrzucasz do garnka i czekasz. I mieszasz..

Składniki (do tortownicy o średnicy około 23cm):

250g suszonych śliwek
100g rodzynek
50g żurawiny
50g kandyzowanej skórki pomarańczowej
175g masła
175g cukru muscovado
175ml płynnego miodu
125ml kremowego likieru (ja zmieszałam Baileysa z likierem czkoladowo-pomarańczowym, ale wierzę, że każda kombinacja będzie dobra – świetny może być Sheridan lub Kahlua)
skórka i sok z 2 pomarańczy
1 łyżeczka korzennej przyprawy do piernika
4 łyżki kakao
3 jajka
150g mąki pszennej
75g migdałów w płatkach
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

1. Wrzuć do garnka bakalie, masło, cukier, miód, likier, skórkę i sok z pomarańczy, przyprawę do piernika i kakao. Doprowadź do wrzenia i trzymaj na wolnym ogniu przez 10 minut, powoli mieszając od czasu do czasu. Następnie zdejmij garnek z palnika i pozostaw do ostygnięcia przez około 30 minut.

2. Wyłóż tortownicę papierem do pieczenia i nastaw piekarnik na 150stopni.

3. W misce ubij jajka, a następnie przelej je do garnka z masą, dosypując mąkę, sodę, proszek do pieczenia i migdały. Wymieszaj wszystko dokładnie i przelej do tortownicy.

4. Piecz przez 1,5 godziny.

Smacznego!