Spaghetti alla carbonara, czyli jak wyjść naprzeciw kulinarnemu hipsterstwu


Uwielbienie do kuchni włoskiej nie jest już niczym wyjątkowym. Czuję nawet, że zaczęło schodzić do podziemia jako coś zbyt oczywistego, a nawet nudnego, co uważam za wielką niesprawiedliwość. To jest jak z muzyką. Znacie to uczucie, kiedy odkrywacie pewnego dnia absolutnie wybitnego wykonawcę, który nagrywa single w łazience? Ma 100 wyświetleń na YouTube dzięki dużej rodzinie i Wam, ale to właśnie sprawia, że jest tym bardziej wyjątkowy, a Wasze akcje w towarzystwie rosną z każdą nową zachwyconą osobą, którą wielkodusznie zapoznajecie z tym nikomu nieznanym fenomenem grającym na tamburynie w parku. A potem, nagle, znają go wszyscy i nagrywa teledyski z Davidem La Chapelle i nie gra już w studenckim klubie, a na stadionach z beznadziejną akustyką. Tak, mówię o Florence and The Machine i to moja historia. 
Ale kluczowe jest, co zrobicie ze swoją gwiazdą po tym, jak stanie się królową listy hitów radia Eska. Możecie uznać, że to jest mainstream i jak każdy szanujący się hipster nie dotkniecie biletu na koncert nawet kijem, albo możecie po prostu posłuchać płyty. I zobaczyć, czy Wam dalej pasuje czy nie. I tak, to jest jedyna słuszna droga, przynajmniej moim zdaniem.
I wracając od mojej przydługiej metafory do sedna, kuchnia włoska prosi Was o to samo, co moja metaforyczna Florence. Zjedzcie pizzę, tiramisu czy moje spaghetti i powiedzcie, czy naprawdę kuchnia włoska zasługuje na miejsce w kącie?
Ten przepis jest wypadkową wielu lat uwielbienia do makaronu, boczku i śmietany. Miałam szczęście jeść spaghetti alla carbonara przygotowane przez dwóch różnych Włochów (i każdy uznaje swój przepis jako jedyny słuszny oczywiście), jeść je we Włoszech i uczyć się techniki na warsztatach z kuchni włoskiej. Dlatego mogę przyznać, że klasykę znam dobrze i teraz mogę sobie złożyć na jej podstawie taką recepturę, która mnie najbardziej uszczęśliwi. I taka jest wersja podana w przepisie – hedonistyczna, podkręcona śmietaną (której teoretycznie być nie powinno w klasycznej wersji) i gałką muszkatałową. Metodą prób i błędów dobrałam sobie taką kolejność łączenia produktów, żeby sos się nie ścinał, ale też nie zalał makaronu. 
Jedząc to danie, jestem spokojna o losy świata, bo dobra kuchnia obroni się zawsze. Kulinarnemu hipsterstwu mówię kategoryczne nie i dzielnie wspieram to, co kocham w mainstreamowym świecie – pizzę, koreczki serowe, sałatkę jarzynową i wszystko, co po prostu sprawia, że każdy dzień, dzięki jedzeniu, może stać się choć trochę lepszy. 

Uwaga: podane niżej ilości to moje subiektywne i luźne sugestie, naprawdę polecam Wam próbować na bieżąco żeby dobrać swoje idealne proporcje. Ja lubię łagodny sos, nie za słony, z mocnym aromatem gałki muszkatołowej i lubię też, kiedy sosu jest trochę więcej niż u normalnego Włocha w domu – pamiętajcie o tym proszę 🙂 
Składniki (na 2 średnie porcje)
200 g makaronu spaghetti albo linguine
100 g wędzonego boczku
1 łyżka oleju
1 jajko – żółtko oddzielone od białka 
100g startego parmezanu
6 łyżek śmietany
1 łyżeczka startej gałki muszkatołowej 
Sól i pieprz do smaku
1. Nastaw makaron, wlej olej na głęboką patelnię i nagrzej go aż zacznie skwierczeć. Wrzuć boczek i zajmij się sosem, co jakiś czas obracając boczek chroniąc go przed przypaleniem.
2. Zmieszaj ze sobą żółtko, parmezan, śmietanę, gałkę muszkatołową, sól i pieprz. Białko odstaw na bok – przyda się później.
3. Kiedy makaron będzie prawie ugotowany (mocno al dente – musisz czuć, że jest trochę zbyt twardy, bo podgotuje się jeszcze na patelni), wrzuć go na patelnię z boczkiem i wymieszaj. 
4. Zmniejsz ogień do minimum i wlej sos do makaronu i boczku – dokładnie wymieszaj i podgrzej całe danie.
5. Na sam koniec, cały czas mieszając, dodaj białko do makaronu – wymieszaj bardzo dokładnie wszystkie elementy i zdejmij z ognia. 
Alternatywa – klasyczna forma łączenia sosu z makaronem:
W klasycznej wersji, możesz pominąć białko i połączyć składniki wrzucając makaron do miski, w której czekał przygotowany sos z żółtka, sera i śmietany. Odstaw na bok parę łyżek wody z makaronu i dodaj je ewentualnie, jeśli uznasz, że sos jest za mało płynny.
Smacznego!

Półfrancuskie ciasteczka mojej Babci, czyli o tym, co wyniosłam z domu (dosłownie i w przenośni)


 
Nie powiem nic nowego, kiedy podkreślę, jak ważna jest dla mnie rodzina i te wszystkie zwyczaje, które razem wytworzyliśmy sobie przez lata. To małe i duże rzeczy, od powiedzonek tak abstrakcyjnych, że nawet mi trudno czasem nadążyć za naszym rodzinnym pojmowaniem rzeczywistości, po poranne rozmowy o pogodzie z moją Mamą. 

A kiedy tak zaczynam się nad tym głębiej zastanawiać, to sama jestem zaskoczona, jak wiele tych zwyczajów jest związanych z jedzeniem. Co sobotę rodzina w różnej konfiguracji ląduje na pizzy u pana Krzysia, a wszystkie miejsca, które odwiedzamy razem mają swoje smaki i aromaty, bez których przestałyby być dla mnie autentyczne. No i oprócz tego, są po prostu Potrawy. Nikt z nas nie uznaje rzeczywistości pozbawionej konfitury z mirabelek czy wiśni, a sezonowo na stole pojawiają się dania, których nie potrafię i nawet chyba nie chcę odtwarzać – są tak mocno związane z osobami, od których je dostaję. 

I chociaż ja nie przygotowałam nigdy tych ciasteczek samodzielnie (bo w moim świecie najpierw muszę je upolować na trasie z babcinej kuchni, a potem dostać swój przydział do Warszawy w pokoju obok, zawsze w atmosferze konspiracji, bo przecież wszyscy oficjalnie nie jemy słodyczy), daję Wam w spóźnionym świątecznym prezencie przepis prosto od mojej Babci, spisany przez Mamę. Są absolutnie uzależniające, nie za słodkie i lekkie, ale jednocześnie dają to cudowne uczucie, które odczuwa się po zjedzeniu czegoś zrobionego tak po prostu, ale z miłością – proste połączenia są zawsze najlepsza, a te ciastka to tego najlepszy dowód.

Ciastka Babci Izy (półfrancuskie):
Składniki (proporcje można zmniejszyć o połowę na mniejszą ilość ciastek):
– 1 kg mąki
– 500 g masła roślinnego ( 1 duże lub 2 małe)
– 3 żółtka
– 4-5 łyżek śmietany
– białko do smarowania
– cukier gruby kryształ ,,Królewski” lub  ,,Cukier gruby Rafinada”.
Wykonanie:
– zagnieść ciasto
– gotowe ciasto owinąć  w folię i pozostawić w lodówce na 12 godzin (może też leżeć kilka dni)
– wyjmować porcje ciasta i rozwałkowywać na placki o grubości 0,5 cm
– wykrawać ciastka radełkiem lub nożem (na kształt rombów) lub szklanką (na kształt półksiężyców)
– układać  pojedyncze ciastka na przygotowanej blasze- na papierze do pieczenia lub natłuszczonej folii aluminiowej (niezbyt blisko siebie)
– posmarować ciastka białkiem (pędzelkiem)
– posypać cukrem kryształem
– nagrzać piekarnik do 180 stopni C
– piec do lekkiego zrumieniania (w zależności od upodobania).
Ważne: nie dodaje się tu żadnych proszków do pieczenia, cukru (do wewnątrz) ani spulchniaczy.
          Te ciastka zachowują świeżość bardzo długo.
Udanych wypieków!

Prawdziwy hummus, czyli o polowaniach i powrotach

Jeśli zastanawialiście się, co się ze mną działo w ostatnich miesiącach, nadeszła pora na odpowiedź – ogarniałam się. Teraz mogę przyznać, że nowa praca przestała być całkiem nowa skoro trzymam już w biurze trzy pary butów, a nowe mieszkanie jest coraz bardziej moje, skoro znajduję większość rzeczy już za pierwszym podejściem i jestem szczera mówiąc o Moko, że wracam “do domu”. I, co najważniejsze, jestem znowu sobą, skoro poświęciłam ostatnio dwie godziny życia na szukanie pasty Tahini do Prawdziwego Hummusu.

Polowanie na dziwne składniki jest zawsze pozytywnym objawem. Udowadnia, że masz wystarczający luz psychiczny, żeby nie mierzyć sobie efektywności takiego działania, oraz że po prostu chce ci się ruszyć tyłek z kanapy dalej niż do lodówki po archiwalne kawałki kurczaka z KFC (chociaż w życiu każdego człowieka musi nadejść moment, kiedy przyznaje przed sobą i przed światem, że lubi KFC – więc tak, ja też).

A co do bohatera tego posta – nie pamiętam, ile razy szykowałam podrabiany hummus, ale stał się on najlepszym towarzyszem ekspresowych spotkań i moich prywatnych posiadówek z nachosami czy innymi grzankami. Potem miałam krótki romans z Whomusem, bardzo fajnym, jednak powiedzmy sobie szczerze, kompletnie nierentownym.. Tym sposobem poczytałam, pomyślałam, i tadaaaa, wylądowałam w mieście w poszukiwaniu pasty tahini i już nic nie było takie samo..

Składniki (dla około 4 dość głodnych osób):

1 puszka gotowanej ciecierzycy
1/2 szklanki (ok. 120ml) pasty tahini
2 łyżki soku z cytryny
2 małe ząbki czosnku, drobno posiekane
3/4 łyżeczki soli
1/4 szklanki przegotowanej wody

do podania: oliwa z oliwek, słodka papryka w proszku

1. Odcedź ciecierzycę, a następnie wyłuskaj każde ziarenko ze skórki. Nie jest to skomplikowane zajęcie, wymaga tylko trochę cierpliwości, a dzięki temu konsystencja hummusu będzie wyjątkowo gładka i kremowa.

2. W blenderze dobrze posiekaj ciecierzycę, a następnie dodaj pastę tahini, sok z cytryny, czosnek i sól. Zmiksuj dokładnie składniki, a następnie dolewaj powoli wodę – dalej miksując w międzyczasie.

3. Dodaj przyprawy wedle uznania – pieprz, więcej soli, może więcej wody, jeśli chcesz uzyskać bardziej płynną konsystencję.

4. Podawaj od razu, ale najlepiej wstaw hummus do lodówki co najmniej 30 min. przed podaniem – wtedy wszystkie składniki lepiej się połączą. Podając polej odrobiną oliwy i posyp słodką papryką.

Smacznego!

Mufiny w trzech odsłonach, czyli słodyczomania jako reakcja na otaczającą rzeczywistość

To jest ten okres, kiedy na pytanie “To co tam u Ciebie”, odpowiedź “Po staremu” naprawdę, naprawdę jest nieadekwatna. Zmieniłam pracę, w piątek miałam pierwszy dzień w nowej. Pożegnanie z ekipą spod znaku Żurawia (dla wyjaśnienia, ten jakże wyszukany kryptonim to nie obelga, tylko hołd dla mojego ulubionego logo) było dla mnie niepoprawnie wzruszające i trudne. Pozostaje mi wierzyć, że przekupując towarzystwo jedzeniem, będę miała szansę wkupić się w ich łaski także poza terenem biurowca.

Druga rzecz – zmieniam mieszkanie. Już za chwileczkę, już za momencik zrobię zdjęcie na stole w kuchni, którą wstawiłam w miejscu salonu. Jest duża. Jest przy oknach. Niedługo przywitam nieprzyzwoicie duży stół.

Trzecia (taka kolejność wyłącznie z aspektów stylistycznych) – Karola, moja najbliższa i najważniejsza kulinarna recenzentka, wyjeżdża na rok w delegację. Żaden przepis nie wyszedł z kuchni bez jej aprobaty i szczerze, nie wiem, jak Skype zamierza mi to zrekompensować. Nie znam lepszego partnera do degustacji makaroników i do wszelkich podróży kulinarnych – czy to Paryż czy buda z Megażelami na festiwalu. Z drugiej strony – Karola Gotuje. I to jak. Nawet nie chcę zaczynać opisywać pustki, jaką wywoła jej brak obecności w domu, ale dodając do tego jeszcze brak jej sosu pomidorowego – ludzie sobie z takimi zmianami po prostu nie radzą.

W obecnej sytuacji, co robi każda normalna, acz skołowana dziewczyna? Je. Albo gotuje. Tym sposobem zaczynam fazę dań pożegnalnych – brzmi to smutno, jednak o ile smutniej byłoby żegnać się przy chipsach.

Dlatego też na pożegnanie w pracy przygotowałam trzy rodzaje mufinów – trzy smaki, żeby uszczęśliwić frakcje czekoladową, kawową i owocową. A z mojej własnej perspektywy – filozofię Mufina przedstawiłam nie raz i powtórzę – nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie potrafiłby naprawić dobry mufin.

Przepisy powstały na bazie z The Ultimate Muffin Cookbook duetu Weinstein i Scarborough. Kiedy pieczesz Mufiny Dziękczynne dla ludzi, którzy dali Ci tyle uśmiechu co mnie przez ostatnie dwa lata w pracy, nie eksperymentujesz z ciastem, tylko idziesz po radę do Amerykanów, po prostu.

Poniżej podaję składniki na 12 sztuk standardowej wielkości mufinów. Do każdego rodzaju obowiązują takie zasady pieczenia:

1. W oddzielnej misce wymieszaj wszystkie sypkie składniki.

2. W innej ubij jajka, a następnie dolewaj pozostałe składniki płynne. Następnie do sypkich dodaj płynne delikatnie mieszając – tylko tyle, żeby składniki się połączyły, a nie przemieszały za mocno.

3. Piecz mufiny w temperaturze 180 stopni przez średnio 23 minuty.

4. Po upieczeniu ustaw je na metalowej kratce do ostygnięcia.

Dodatkowe uwagi do poszczególnych przepisów podaję poniżej. Proporcje w szklankach – w końcu przepisy są prawdziwie amerykańskie 😉

Mufiny kakaowe z kawałkami czekolady

2 szklanki mąki pszennej
3/4 szkl. drobnego cukru (może być brązowy)
1/2 szkl. przesianego kakao
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
50g posiekanej mlecznej czekolady

2 jajka w temperaturze pokojowej
1 i 1/4 szkl. mleka 2% lub 3,2%
1/3 szkl. oleju roślinnego
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Opcjonalnie: oprócz pokruszonej czekolady możesz dodać garść płatków migdałowych.

Mufiny z cytrynowym kremem

1 i 3/4 szkl. mąki pszennej
1/2 szkl. mąki kukurydzianej
1/2 szkl. drobnego cukru
2 łyżeczki sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli

2 jajka w temperaturze pokojowej
1 szkl. maślanki lub śmietany (min 18%)
1/4 szkl. oleju roślinnego
1/3 szkl. soku z cytryny
2 łyżki skórki startej z cytryny
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Krem cytrynowy: możesz kupić gotowy (np. z Marks & Spencer), lub przygotować własny, na przykład według tego przepisu.

Żeby nałożyć krem, najpierw wypełnij foremki do połowy gotowym ciastem, następnie nakładaj po pół łyżeczki kremu na sam środek każdego mufinka. Na koniec, przykryj mufiny resztą ciasta pilnując, żeby krem był całkowicie “schowany”.

Kawowe mufiny z ciasteczkami Oreo

1 szkl. i  2 łyżki mleka
2 łyżki kawy rozpuszczalnej

2 szkl. mąki pszennej
2/3 szkl. cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
10 pokruszonych ciasteczek Oreo

1 jajko
8 łyżek stopionego i ostudzonego masła
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Przed ubiciem jajek, pamiętaj żeby stopić i ostudzić masło. Przygotuj też mleko – podgrzej je mocno i rozpuść w nim kawę. Następnie ostudź tą miksturę i dodaj do płynnych skłaników.

Smacznego!


Sos pomidorowy z rodzynkami, migdałami i anchois, czyli łoś w świecie Haute Cuisine

W ostatnich dniach miałam najprawdziwszy Kulinarny Tour. I nie chodzi tylko o to, że bardziej niż kiedykolwiek doceniłam bliską odległość Piotra i Pawła, biegając w dresie po kolejne tabliczki czekolady.

To, co jeszcze po kilku dniach doprowadza mnie do stanu kompletnego rozmarzenia to toasty sorbetem marchewkowym, jakie wznosiłam z okazji drugich urodzin magazynu Food & Friends. Nic już nie będzie takie samo po tym wieczorze w Concept 13, taka prawda. Tego wieczoru spróbowałam kilku wyśmienitych dań, które zmieniły moje postrzeganie współczesnej kuchni. Dla przykładu posłużymy się przykładem koronnym – Magiczną Marchewką.

Na początku przyglądałam się stołowi z tajemniczymi mikroporcyjkami na boku talerzy, w oczekiwaniu, aż wjedzie na nie wielki kawał mięsa lub przynajmniej makaron. Nic nie wjechało, a te mikroporcyjki były kompletnym deserem nr 1. Składał się na niego owy marchewkowy sorbet, minipralinka z marakui, kosmiczny plasterek marchewki i czekoladowy malutki obwarzanek w płynnym karmelem..

I w końcu, głównie dzięki temu tajemniczemu plasterkowi marchewki o tak niepojętej konsystencji, zrozumiałam dwie rzeczy. Pierwsza: nic nie wiem o jedzeniu. Druga: chcę się nauczyć. Przez lata nabrałam przekonania, że świadomie wybieram styl prostego, radosnego bajzlu na talerzu, bo nie odpowiadają mi przekombinowane maleńkie potrawo-statuetki wymagające godzin przygotowania. Przed ustaleniem werdyktu popełniłam jeden błąd w kalkulacji – nigdy takiej naprawdę dobrej statuetki nie spróbowałam.

To odkrycie smutne i radosne zarazem, kiedy uświadamiasz sobie, jak ograniczoną masz wiedzę na temat, który Cię pasjonuje, ale jednocześnie odkrywasz, jak wiele jeszcze możesz się nauczyć. I co jeszcze możesz zjeść, w tym kontekście.

A co do ma do kolejnego makaronu, który dzisiaj zjadłam? No cóż, nie od razu Rzym zbudowano. Nie zmienię stylu gotowania z dnia na dzień i nie zacznę się stołować w restauracjach pretendujących do gwiazdek Michelina. Ale ale, zaczęłam po prostu kombinować. Odważyłam się na przepis z anchois, pomieszałam proporcje z oryginału Nigelli, otrzymałam w efekcie coś naprawdę przepysznego.

Wierzę, że znajdę kompromis, który pozwoli mi tworzyć w domu coraz bardziej wyszukane potrawy bez konieczności stosowania ciekłego azotu i tym podobnych gadżetów. Ale oficjalnie nadszedł czas na zakończenie krucjaty przeciwko nowatorskiej i nieoczywistej kuchni. Drogie dzieci, po prostu nic nie wiecie, póki nie spróbujecie.

Składniki (na dwie porcje):

ok. 250g makaronu
200g pomidorków koktajlowych
3 filety anchois
15g rodzynek sułtanek (te złociste)
1 ząbek czosnku
15ml (ok. 1 łyżka) kaparów
25g płatków migdałowych
30ml oliwy z oliwek

opcjonalnie: liście świeżej bazylii i kilka suszonych pomidorów w zalewie

1. Przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu – kiedy będzie prawie gotowy, odlej niecałą szklankę wody z garnka, przyda się na później.

2. W czasie, kiedy makaron się gotuje, wrzuć do blendera wszystkie powyższe składniki, oprócz bazylii. Posiekaj mocno, tak, żeby wszystkie składniki stworzyły pastę z drobnymi kawałeczkami migdałów. Suszone pomidory wykorzystaj wedle uznania – wzmocnią smak pomidorów jeśli nie uda Ci się kupić świeżych, które będą wystarczająco aromatyczne lub jeśli uznasz, że zbyt mocno czujesz smak czosnku czy anchois – wedle uznania 🙂

3. Odcedź gotowy makaron i wymieszaj z sosem. Jeśli będzie go za mało i będzie za gęsty, dolej odrobinę wcześniej odlanej wody.

4. Podawaj ze świeżymi listkami bazylii.

Smacznego!

Placuszki z bobu i sera, czyli o walce z obsesjami żywieniowymi

Cierpię na przypadłość, którą nazywamy w rodzinie “zaklętą pętlą burrito” – nazwa dziwna, ale oczywiście ma mocne podłoże historyczne. Dawno dawno temu, kiedy w Kielcach nie było jeszcze galerii handlowej ani żadnej rzeźby dzika, jeździliśmy czasami do Krakowa zaznać klimatów metropolii. Świat Ikei i precli witaliśmy jednak, szczerze mówiąc, z pewnym znużeniem, które zamieniało się w ekscytację tylko w jednym magicznym miejscu na ulicy Św. Tomasza, niedaleko sklepu ze snowboardami. Znajdowała się tam bowiem pewna restauracja meksykańska, tak ważna dla mojego dalszego rozwoju kulinarnego, że przez dalsze lata po jej zamknięciu wracając do Krakowa odwiedzałam inne meksykańskie knajpy w poszukiwaniu dawnego kucharza/menagera/kogokolwiek, kto mógłby przenieść ze sobą magiczny przepis na Burrito Mojego Życia.

Nie będę dodawać, że wraz ze śmiercią tego miejsca umarło moje przywiązanie do Krakowa, a teraz, lata po tym tragicznym wydarzeniu, z każdą wizytą w innej meksykańskiej knajpie umiera moja nadzieja, że kiedykolwiek zjem burrito choć w połowie tak dobre.

Rozpisałam się, ale historia jest prosta: w tamtej restauracji przez lata, przenigdy nie zamówiłam nic oprócz burrito z czerwoną fasolą. A do dzisiaj zawsze, za każdym razem kiedy jestem w meksykańskiej knajpie, przede mną ląduje burrito. Jestem jego zakładnikiem, a raczej zakładnikiem moich pięknych wspomnień. Nie dają mi one szczęścia, tylko rosnące rozczarowanie i niechęć z każdą wizytą w meksykańskiej knajpie.

Morał? Drogie dzieci, walczcie ze swoimi obsesjami żywieniowymi, które prowadzą tylko do udręki. Pozwólcie sobie pomóc. Róbcie placuszki z bobu.

Skąd one w tej historii? Proste – zaklęta pętla burrito przybiera u mnie czasem różne formy. Obecnie obsesyjnie serwuję sobie sałatkę z tuńczyka i fety do pracy. Jestem w stanie zjeść garnek borówek i uznać, że to jedyny owoc na świecie. A potem albo kończy się sezon na borówki, albo nie mogę patrzeć na tuńczyka. Tak czy inaczej – kolejny ciężar do mojego ciężkiego życia.

Dlatego też odpaliłam sobie aplikację Jamiego Olivera, zobaczyłam coś smażonego z serem, bobem, groszkiem, pozmieniałam co się dało i tadaaaa, powstało coś pysznego, niecodziennego i prostego. Ryzyko, że wkręcę się w placuszki i będę się nimi notorycznie żywić jest duże, ale na szczęście parę osób zna dobrze moje słabości i liczę, że zostanę wyciągnięta z ciągu zanim przez te placki stracę kontakt z rzeczywitością.

Przepis (na około 10 placuszków dla dwóch głodnych osób):

ok. 250g bobu
1 czerwona cebula
100g twardego sera typu pecorino, parmezan lub Old Amsterdam (użyłam tego ostatniego)

75g mąki
1 jajko
60ml mleka
sól, pieprz
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżka oliwy
świeża bazylia

1. Do wrzącej i osolonej wody wrzuć bób – nie dostałam świeżego, więc gotowałam mrożony przez 3 minuty. Ważne, żeby nie był rozgotowany, ale skórka zdążyła lekko zmięknąć – nie obieramy go później.

2. Wymieszaj mąkę, jajko, mleko i proszek, dopraw solą i pieprzem. Zetrzyj ser i dodaj go też do masy.

3. Posiekaj drobno cebulę, odcedź przegotowany bób i oba składniki też dodaj do plackowej masy.

4. Smaż na rozgrzanej patelni na łyżce oliwy. Na średnim ogniu wystarczy po minutę-dwie na stronę.

5. Podawaj ciepłe lub zimne, smacznego!

Batoniki migdałowe z daktylami, czyli dylematy o Imperium Gastronomicznym

Coraz częściej jest mi głupio wobec rodziny, przyjaciół czy ziomali z sąsiednich biurek w pracy z powodu moich rozważań o stworzeniu Imperium Gastronomicznego. Powtarzam się na ten temat bezwstydnie, jednak mogę się wytłumaczyć. Otóż pomruki zadowolenia przy jedzeniu moich potraw plus opinia Rodziców, że powinnam napisać powieść łączą się w coś, co nazwałabym wiarą w swoje możliwości. Gotowanie niezmiennie pozostaje jedną z moich największych przyjemności, a poprawną składnię ćwiczyłam od najmłodszych lat już przy pierwszej powieści autobiograficznej. Fabułę wówczas osadziłam wokół zakupu chomika, teraz piszę niezłe maile, czasami składam czeskie rymy w kartkach świątecznych do Rodziców, no i piszę tego bloga. I też mam z tego ogromną frajdę.
Niestety zdałam sobie sprawę, że frajda nie wystarcza, żebym uwierzyła w siebie na tyle, żeby zrobić coś więcej w kierunku kulinarnym. I mocno z tym walczyłam przez dłuższy czas, przymuszając się do myślenia, że jak nie ruszę tyłka w kierunku radosnej twórczości i autopromocji, to czeka mnie dramat niespełnienia i poczucie zmarnowanej szansy. Ale ale, po to mamy korki w Warszawie, żeby sobie wszystko elegancko poukładać w głowie. 
I tak bez poczucia winy, nie dbając o dużą różnorodność, podaję tutaj kolejny przepis na coś słodkiego, bo akurat takie dania sprawiają mi największą przyjemność. Jest to banalny przepis, bo takie pomysły można po prostu najszybciej zjeść. I z taką postawą jest mi o wiele łatwiej pamiętać, że Imperium Gastronomiczne może nie stworzy się samo, ale nie stworzy się też ze stresu i negatywnych rozkminek. Posłusznie deklaruję zaangażowanym w analizowanie mojego kulinarnego rozwoju, że nie będę się już spinać, a jedynie bezstresowo wkupywać się w Wasze łaski jedzeniem, jak to mam w zwyczaju.
A dla zainteresowanych batonikami – kluczem są migdały i jakiekolwiek kleiste suszone owocki. Daktyle to dobra baza, ale proponuję eksperymenty z dodawaniem do nich śliwek czy moreli. Uznajmy, że jest to niezwykle, niezwykle zdrowe jedzenie, a że przy okazji cudownie słodkie, to tylko efekt uboczny.

Składniki ( do blachy o średnicy ok. 23cm):

150g migdałów
200g suszonych daktyli
100g suszonej żurawiny
4 łyżki soku jabłkowego
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
cukier puder do posypania

1. Jeśli nie udało Ci się kupić mielonych migdałów, rozdrobnij je w blenderze, doprowadzając do grudkowatej masy. Dodaj do nich daktyle i żurawinę, dokładnie siekając wszystko w blenderze.

2. Przerzuć bakalie do miski, wymieszaj je z sokiem jabłkowym, cynamonem i ekstraktem.

3. Ułóż masę w formie na papierze do pieczenia, dokładnie przyciskając ją łyżką do dna. Piecz w temperaturze 160 stopni przez 30 minut. Po wyjęciu możesz posypać wszystko cukrem pudrem.

Smacznego!