Francuskie makaroniki, czyli jak się zmierzyć z legendą

L1030728.jpgNadeszła pora, w której mogę spisać przepis na makaroniki.. Wielki, wielki moment. Kiedy wyszły po raz pierwszy, nie wierzyłam, kiedy wyszły po raz drugi, dopadł mnie kompleks Boga i uznałam, że mogę wszystko. Kiedy za trzecim razem wyszły tak, że nadawały się tylko do schowania w ciemnym worku w ciemnym kącie, spokorniałam i zaczęłam zastanawiać się nad tym, co robię. Kolejnych prób było wiele, nawet bardzo wiele. To nie jest jeszcze pora na samozachwyt, bo zdarzają się gorsze partie, ale myślę, że mogę już uczciwie rozpisać kroki, które pozwolą Wam stworzyć naprawdę przyzwoite makaroniki, a już na pewno niebiańsko smaczne.

O co chodzi z makaronikami i dlaczego mam obsesję? Sprawa jest prosta i może się to przytrafić każdemu z Was – jedziecie do Paryża i na każdym rogu widzicie okrągłe beziki, wykonane z niedorzeczną wręcz precyzją. Zastanawiacie się, po cholerę starać się o taką dokładność i czcić coś, co zjada się szybko jak kostkę czekolady. Postanawiacie spróbować, żeby móc zaśmiać się szyderczo Francuzom w twarz i odejść w przeświadczeniu, że pochodzicie z lepszego świata Ptasiego Mleczka, które jest sto razy lepsze, a nikt nie zakłada białych rękawiczek żeby otworzyć pudełko. Ale potem próbujecie makaronika. I już nic nie jest takie samo.

Makaronik ma Strukturę – chrupiącą skorupkę, a pod nią miękkie, migdałowe ciasto. Ma też krem, który zawsze lekko łączy się z ciastem dając Wam nieprzyzwoicie przyjemną mieszankę tekstur, których normalny człowiek nie spodziewa się zazwyczaj po okrągłym bezowym ciasteczku. Jest też coś kuszącego w samym fakcie, jak trudno jest osiągnąć tę idealną formę właśnie dlatego, że z pozoru połączenie cukru, migdałów i białek nie może być przecież niczym skomplikowanym.

I tak myśląc sobie o tym niepozornym ciastku orientujecie się pewnego dnia, że szukacie w sieci rękawa cukierniczego i barwników, żeby z pieśnią na ustach spędzić cały weekendowy dzień w kuchni w nadziei, że Tym Razem Już Wyjdą Na Pewno.

L1030667.jpg

Wyjdą, gwarantuję Wam, ale musicie być otwarci na różne wypadki przy pracy i przyjąć je z godnością. Żeby zminimalizować ryzyko, przed rozpisaniem przepisu podaję Wam makaronikowy niezbędnik – trochę to okrutne, ale nie będę udawać, że wystarczy siła woli, żeby to się udało.
1. Sprawdzony piekarnik – nie ma to tamto, musicie mieć pewność, że jak poprosicie go o temperaturę 150 stopni, to taką dostaniecie.
2. Pergamin lub gotowe maty silikonowe do pieczenia makaroników. Żadnej folii aluminiowej.
3. Najlepszej jakości jajka – nawet nie odważyłam się próbować z innymi, o ile wariantów przygotowania jest mnóstwo, ta jedna informacja przewinęła się przez wszystkie tutoriale, posty i książki jakie przeczytałam na temat makaroników.
4. Mąka migdałowa – są ludzie, którzy mielą migdały, ja sama do nich należałam i potem rzucałam prawie blachą o podłogę. Mąka migdałowa jest do zamówienia w sieci chociażby tutaj, albo do kupienia w Marks & Spencer, jest już odpowiednio zmielona i sucha – a to są kluczowe parametry do spełnienia, jeśli chodzi o ten składnik.
5. Dobry mikser – będziecie ubijać białka do prawie stałej formy, jednocześnie wlewając gorący cukier – nie chcecie tego robić ubijając białka drugą ręką, bo będzie to najgorsze 20 minut Waszego życia.
6.Termometr kulinarny – ja kupiłam taki, który podobno wbija się w mięso w trakcie pieczenia i działa.. Zasada jest jedna – musi wytrzymać i prawidłowo wskazać Wam temperaturę 115 stopni. To jest konieczne do bezy szykowanej metodą włoską – z gotowanym cukrem. Są opcje, które pozwalają na dodanie cukru na zimno (tzw. beza francuska), jednak nie próbowałam i podaję Wam tutaj tylko to, co poznałam z autopsji.
7. Rękaw cukierniczy z nakładką o średnicy około 8mm – niestety, bez tego raczej nie można liczyć na sukces w nakładaniu makaronikowej masy. Przydatne są również foliowe rękawy jednorazowe (znów Marks and Spencer tu pomoże).
8. Spokój – własny, jeśli macie silny zen charakter, lub spokój kogoś, kto odważy się Wam towarzyszyć w tym wydarzeniu. Bez spokoju, nie macie rozsądku. Bez rozsądku, nie macie makaronika. Proste.

Brzmi poważnie, ale mogę Wam obiecać, że nic tak Was w kuchni nie ucieszy jak pierwszy udany makaronik.

I jeszcze puenta, która właściwie mogłaby podważyć wszystko, co napisałam powyżej, ale  może doda Wam odwagi: kiedyś na chwilę spuściłam z oka masę białkowo-migdałową, wymieszaną pieczołowicie z matematyczną dokładnością, opisaną w najlepszych francuskich książkach.W każdej z nich autorzy zaznaczali, jak ważny to moment, jak skomplikowany i jak brak świadomości dobrego mieszania może zniszczyć Wasze życie. Wróciłam i zobaczyłam moje Nieuprawnione, Niekwalifikowane Towarzystwo mieszające radośnie moją masę w jakiś kosmiczny, nieskoordynowany sposób, bez najmniejszej świadomości poczynionych zniszczeń. I właśnie z niej wyszły później pierwsze, idealne makaroniki. I niestety, nie potrafię znaleźć na to żadnego racjonalnego wytłumaczenia 🙂

L1030639-2.jpg

Tym razem podaję przepis na skorupki, niedługo spiszę propozycje nadzienia, ale prawda jest taka, że świetnie możecie sobie poradzić używając konfitur czy choćby nutelli 🙂 Z najprostszych rozwiązań, które zawsze robią wrażenie, wybieram połączenie serka Philadelphia Milka z kilkoma łyżkami amaretto – nikt nie zauważy, że zrobienie nadzienia zajęło Wam 30 sekund 🙂
 Składniki (na około 30 makaroników):

200g cukru pudru
200g drobnego cukru
75ml wody
160g białek (z ok. 5-6 jajek, ale warto jednak użyć wagi)
200g mąki migdałowej lub zmielonych migdałów bez skórki

pergamin lub gotowe silikonowe maty do pieczenia makaroników

1. UWAGA: Dzień lub dwa przed produkcją makaroników, wbij do miski 160g białek.

2. Nagrzej blachy, na których położysz pergamin lub maty w piekarniku nagrzanym do 110 stopni. Ważne, żeby masa była nakładana właśnie na ciepłą, ale nie parzącą powierzchnię. Warto obrócić blachy górą do dołu, wtedy ciasto na nich równomiernie się upiecze.

3. Przygotuj na stole kratkę do studzenia makaroników – ja zawsze trzymam ją w piekarniku i potem się wkurzam, ze zapomniałam jej wyciągnąć w porę.

4. Przesiej 200g mąki migdałowej – warto to zrobić nawet jeśli kupisz gotową, ponieważ dzięki temu lepiej wymieszasz masę, a skorupki później będą idealnie gładkie.

5. Do migdałów dodaj i dokładnie wymieszaj 200g cukru pudru. Na końcu, kiedy te składniki idealnie się połączą, dodaj 80g białek i jeszcze raz dokładnie wymieszaj do uzyskania zbitej, półpłynnej i jednorodnej masy. Jeśli używasz barwników, dodaj je do tej masy i dokładnie wymieszaj.

6. Zacznij ubijać pozostałe 80g białek – mając stojący mikser, zacznij od najmniejszej prędkości i powoli zwiększaj ją do maksimum. Możesz dodać do białek odrobinę soli, łatwiej się ubiją.

7. Równocześnie z ubijaniem białek, zacznij podgrzewać drobny cukier z 75ml wody – pamiętaj żeby wstawić termometr. Gotuj cukier do osiągnięcia temperatury dokładnie 115 stopni, trwa to dosłownie chwilę, więc uważaj, żeby go nie przypalić. W tym czasie bardzo ważna jest synchronizacja z ubijanymi białkami – kiedy będziesz mieć gotowy gorący cukier, białka powinny już mieć gęstą i dość zbitą konsystencję, ale jeszcze nie być całkowicie ubite. Możesz “sterować” cukrem po drodze – jeśli zobaczysz, że białka się za wolno ubijają, po prostu zmniejsz ogień na cukier.

8. Zmniejsz obroty miksera na średnie i bardzo powoli, bardzo cienką strużką zacznij przelewać płynny cukier z garnka do ubijanych białek. Nie spiesz się i daj białkom czas na ostygnięcie – możesz jeszcze je ubijać po przelaniu całego cukru na wyższych obrotach – ważne, żeby masa, którą otrzymasz była błyszcząca i sztywna. Gotowa masa powinna schłodzić się do temperatury ok. 40-45 stopni.

9. Wyjmij nagrzane blachy/maty do pieczenia i odłóż do przestudzenia.

10. Dodaj łyżkę ubitych białek do masy migdałowej i wymieszaj.

11. Dodaj całą masę migdałową do białej i bardzo delikatnie wymieszaj ją silikonową szpatułką. Co ważne – wykonuj ruchy od zewnątrz do wewnątrz, z dołu miski do góry, aż do osiągnięcia masy, która będzie spływać ze szpatułki grubą, wstążkowatą stróżką przypominającą lawę. Jeśli jeszcze nie rozumiesz, jak to ważny element, to powiem tylko, że ten proces dorobił się nawet nazwy własnej w słowniku – macaronage. Ale bez ciśnienia 😉

12. UWAGA: barwniki – możesz je dodać albo do masy migdałowej albo właśnie do gotowej masy migdałowo – białkowej, ale na początku mieszania masy migdałowej z bezą. Jedna rzecz jest kluczowa – nie możesz przemieszać ani nie-domieszać masy, więc jeśli uznasz, że np. udało Ci się przygotować idealną konsystencję, nie ryzykowałabym dodawania barwników na późniejszym etapie, tylko cieszyła się wizją pięknych makaroników au naturel.

13. Delikatnie przelej masę do rękawa cukierniczego i zacznij nalewać masę na pergamin lub maty. Z tym drugim jest łatwiej, bo masz od razu zaznaczone miejsca, w których możesz wlewać masę, ale zawsze nałóż mniej niż początkowo Ci się wydaje, że jest potrzebne. Na pergaminie pamiętaj, żeby trzymać odstępy między partiami – masa lubi się trochę rozlać. Jeśli masa rozlewa się nieznacznie, zachowując swój kształt i szybko “spłaszcza” się dziobek powstały po porcjowaniu z rękawa – jest dobrze. Dodatkowo, jeśli na powierzchni makaroników zauważysz pęcherzyki powietrza- uderz równomiernie blachą o podłogę na tyle mocno, żeby pękły. Jeśli mimo to widzisz pęcherzyki powietrze, możesz delikatnie nakłóć je wykałaczka albo nawet igłą.

14. Odstaw blachy na conajmniej 30 minut – jeśli po tym czasie dotykając makaronika palcem poczujesz lekką skorupkę, na której nie zostanie ślad palca – jest dobrze. Makaroniki dobrze schną w cieple i ponoć nie lubią przeciągów.

15. Piecz makaroniki w niższej części piekarnika, ale nie na samym dole, w temperaturze 150 stopni przez 14 minut. W trakcie pieczenia możesz obrócić blachę w połowie czasu, żeby równo się zapiekały. Ostatnio piekę je w ten sposób, że wkładam blachę do piekarnika o temperaturze 180 stopni i zaraz po włożeniu zmniejszam ją do 140 stopni, żeby makaroniki nie straciły koloru przy zbyt mocnym pieczeniu w końcówce.

16. Po tym czasie, wyjmij makaroniki z piekarnika i odstaw na około 10 minut do ostygnięcia. Następnie, odklejaj je delikatnie, ale jeśli tylko zauważysz, że odchodzą z trudem, poczekaj jeszcze chwilę.Tuż po odklejeniu makaroników warto zrobić palcem małe wgłębienia w spodzie skorupek, żeby zmieściło się więcej kremu… A o nim w kolejnym odcinku 😉

17. Makaroniki trzymaj w lodówce, najlepsze są po dwóch dniach od zrobienia.

Smacznego!

 

Batoniki migdałowe z daktylami, czyli dylematy o Imperium Gastronomicznym

Coraz częściej jest mi głupio wobec rodziny, przyjaciół czy ziomali z sąsiednich biurek w pracy z powodu moich rozważań o stworzeniu Imperium Gastronomicznego. Powtarzam się na ten temat bezwstydnie, jednak mogę się wytłumaczyć. Otóż pomruki zadowolenia przy jedzeniu moich potraw plus opinia Rodziców, że powinnam napisać powieść łączą się w coś, co nazwałabym wiarą w swoje możliwości. Gotowanie niezmiennie pozostaje jedną z moich największych przyjemności, a poprawną składnię ćwiczyłam od najmłodszych lat już przy pierwszej powieści autobiograficznej. Fabułę wówczas osadziłam wokół zakupu chomika, teraz piszę niezłe maile, czasami składam czeskie rymy w kartkach świątecznych do Rodziców, no i piszę tego bloga. I też mam z tego ogromną frajdę.
Niestety zdałam sobie sprawę, że frajda nie wystarcza, żebym uwierzyła w siebie na tyle, żeby zrobić coś więcej w kierunku kulinarnym. I mocno z tym walczyłam przez dłuższy czas, przymuszając się do myślenia, że jak nie ruszę tyłka w kierunku radosnej twórczości i autopromocji, to czeka mnie dramat niespełnienia i poczucie zmarnowanej szansy. Ale ale, po to mamy korki w Warszawie, żeby sobie wszystko elegancko poukładać w głowie. 
I tak bez poczucia winy, nie dbając o dużą różnorodność, podaję tutaj kolejny przepis na coś słodkiego, bo akurat takie dania sprawiają mi największą przyjemność. Jest to banalny przepis, bo takie pomysły można po prostu najszybciej zjeść. I z taką postawą jest mi o wiele łatwiej pamiętać, że Imperium Gastronomiczne może nie stworzy się samo, ale nie stworzy się też ze stresu i negatywnych rozkminek. Posłusznie deklaruję zaangażowanym w analizowanie mojego kulinarnego rozwoju, że nie będę się już spinać, a jedynie bezstresowo wkupywać się w Wasze łaski jedzeniem, jak to mam w zwyczaju.
A dla zainteresowanych batonikami – kluczem są migdały i jakiekolwiek kleiste suszone owocki. Daktyle to dobra baza, ale proponuję eksperymenty z dodawaniem do nich śliwek czy moreli. Uznajmy, że jest to niezwykle, niezwykle zdrowe jedzenie, a że przy okazji cudownie słodkie, to tylko efekt uboczny.

Składniki ( do blachy o średnicy ok. 23cm):

150g migdałów
200g suszonych daktyli
100g suszonej żurawiny
4 łyżki soku jabłkowego
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
cukier puder do posypania

1. Jeśli nie udało Ci się kupić mielonych migdałów, rozdrobnij je w blenderze, doprowadzając do grudkowatej masy. Dodaj do nich daktyle i żurawinę, dokładnie siekając wszystko w blenderze.

2. Przerzuć bakalie do miski, wymieszaj je z sokiem jabłkowym, cynamonem i ekstraktem.

3. Ułóż masę w formie na papierze do pieczenia, dokładnie przyciskając ją łyżką do dna. Piecz w temperaturze 160 stopni przez 30 minut. Po wyjęciu możesz posypać wszystko cukrem pudrem.

Smacznego!

Muffin jogurtowy z pomarańczą i migdałami, czyli o muffinowej kreatywności

Dobry muffin nie jest zły, zwłaszcza kiedy jest niezwykle udanym Muffinem Eksperymentalnym. Po prostu – nie było w domu odpowiednich składników, a na dworze zima. Skończyło się na zamianie proporcji, składników i lekkich nerwach przy pierwszym teście smaku. W efekcie – kolejny dzień, kolejny sukces 😉

W tej sytuacji padło więc pytanie – czy muffin jest takim deserem, który wyjdzie zawsze? Mam wrażenie, że do tej pory wybaczał mi wszystko prócz braku mąki (zapomniałam o niej za pierwszym razem) – chyba tylko raz w życiu zrobiłam jego książkową wersję, a następne próby były mniej lub bardziej kreatywną wariacją w tym temacie. Chyba jest rzeczywiście tak, że wystarczą bazowe założenia w stylu “pamiętaj o mące i tłuszczu” i jakoś to leci.

Żeby jednak zostawić trochę magii w moich ukochanych Muffinach uznajmy, że odwzajemniają one po prostu moją miłość za każdym razem, niezależnie od grzechów, jakie wobec nich popełniam.

A tak w ogóle, to już można śmiało wyrzucić jedno “f” z Muffina?

Składniki (na 12 muffinów):

1 jajko
55g miękkiego masła
40ml oleju
240g cukru dark muscovado (lub innego brązowego)
360g mąki
1/2 łyżeczki sody
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
300ml jogurtu naturalnego

40g migdałów w płatkach
4 łyżki konfitury z pomarańczy

Opcjonalnie: dodatkowo po pół łyżeczki konfitury do środka każdego muffina – przy nakładaniu do foremek.

1. Wymieszaj wszystkie składniki: najłatwiej zacząć od płynnych – ubij jajko, następnie wymieszaj masło z cukrem, dodaj olej. Potem dodaj sypkie – mąkę, proszek i sodę. Na samym końcu konfiturę oraz migdały. Ja jednak z lenistwa wrzuciłam wszystko na raz i też było dobrze 😉

2. Nastaw piekarnik do 170 stopni, wlej ciasto do przygotowanych foremek. Możesz wlewać najpierw do połowy, potem ułożyć po odrobinie konfitury i następnie zalać foremki resztą ciasta. Jeśli zdecydujesz się na takie rozwiązanie, piecz muffiny przez 25 minut. Bez dodatkowej konfitury w środku 20 minut powinno wystarczyć 🙂

Smacznego!

Owsianka z migdałąmi i żurawiną, czyli coś na dobry początek

Prosta sprawa – jedzenie jogurtu naturalnego na śniadanie kiedyś musi się znudzić, po prostu musi. Podejmowałam próby urozmaicenia wiecznego zestawu o bakalie, konfiturkę z mirabelek, lansiarskie muesli. Myślałam nawet o zakupie nowych miseczek, żeby wpędzić mózg w myślenie, że jogurt nie smakuje tak samo podany w kolorowej zastawie. Na szczęście nie dał się wrobić.

W ostatnim akcie desperacji kupiłam worek płatków owsianych. I nastały lepsze czasy. To cudownie prosta sprawa, która  pozwala na dużą kreatywność – teraz jestem w fazie żurawiny, migdałów i bananów, ale któż wie, co przyniesie jutro.

Jeśli macie jakieś własne, proste patenty na urozmaicone sycące śniadanie (mam jeden tylko wymóg – na słodko!), docenię każdą, nawet najdrobniejszą radę. A tymczasem, chwalę się moim odkryciem:

Składniki na 1 porcję:

1/2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych
1 szklanka mleka
szczypta soli
2 łyżki suszonej żurawiny
1 łyżka migdałów
syrop klonowy lub miód

1. W rondelku zalej płatki mlekiem i podgrzewaj na średnim ogniu przez ok 5 minut – aż do utrzymania pożądanej konsystencji.

2. Przelej do miseczki i dodaj ulubione bakalie i gotowe.

Smacznego!

Ciasto podwójnie cytrynowe z migdałami, czyli obrzędy ku czci pogody

Mam bardzo mało ambitne wytłumaczenie, dlaczego zrobiłam akurat ciasto cytrynowe – jest żółte. Czyli pozytywne. Jak pogoda w ostatnich dniach. Zazwyczaj pamiętam o prawidłowości, że wspominając o pogodzie: a) stoję w kolejce i ktoś mnie zaczepia, b) nie mam już nic ciekawego do powiedzenia. Jednak w tym wypadku mam na swoją obronę prosty fakt, że bez słońca na dłuższą metę żyje się kiepsko więc kiedy już postanowiło się pojawić, daję sobie prawo do poświęcenia mu więcej uwagi.
Z powodu niedoświetlenia, zaczęłam już się zastanawiać nad wizytą w solarium i obsesyjnie marzyć o prysznicu z kolorowymi diodami, żeby rano się ożywiać na żółto, a wieczorami uspokajać na niebiesko. To już nie to samo co moje dawne bardzo kompromitujące marzenia o lampie z lawą, ale rozumiecie sytuację – było źle.
Na szczęście poprawa sytuacji nastąpiła automatycznie – nucenie dziarskich piosenek i wypatroszenie ipoda z bardziej depresyjnych kawałków to pierwsze sygnały, teraz przyszła pora na śliczne żółte ciastko i prześwietlone zdjęcia. Jest ono dość podobne do jednego z moich ulubieńców, pomarańczowego ciasta z kaszą manną, przy którym doceniłam dodawanie syropu po pieczeniu. Ten deser nie wymaga kombinowania – po prostu wymieszajcie składniki, a w zamian dostaniecie pyszne, żółte ciasto, którego zjedzenie możecie potraktować jako obowiązek w celu uczczenia pierwszych dni wiosennego słońca. Bierzcie i jedzcie – nie wiadomo, ile będziemy mieli takiego pogodowego farta.

Składniki (dla kwadratowej formy o boku ok 23cm):
Ciasto:
200g miękkiego masła
200g drobnego cukru
200g migdałów w płatkach
100g mąki kukurydzianej (lub polenty)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3 jajka
skórka otarta z 2 cytryn
Syrop:
sok z 2 cytryn
125g cukru pudru

1. Wymieszaj masło z cukrem, a w oddzielnym naczyniu wymieszaj sypkie składniki: migdały, mąkę, proszek.

2. Dodawaj sypkie składniki i jajka do maślanej masy, stopniowo, naprzemiennie i stale mieszając.

3. Kiedy uzyskasz jednolitą masę, wmieszaj skórkę z cytryny.

4. Piecz ciasto przez około 35 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

5. Przygotuj syrop gotując sok z cytryn i cukier w małym naczyniu. Kiedy cały cukier się roztopi – syrop jest gotowy – nie musi być bardzo kleisty.

6. Po wyjęciu ciasta ponakłuwaj je delikatnie wykałaczką i wylej ostrożnie syrop, pilnując, czy masz wystarczająco dużo otworów, żeby jak najwięcej sosu mogło wsiąknąć w ciasto.

Smacznego!

Kurczak w migdałach, czyli szpanerskie jedzenie z plastikowego pudełka

Chciałabym szczerze ogłosić, że tym wpisem zaczynam cykl Jemy Zdrowo w Pracy, jednak życie nie jest takie proste. Będzie dobrze, jeśli dwa razy w tygodniu będę miała co wsadzić do tych lanserskich pudełek, w jakie ostatnio się wyposażyłyśmy, ale warto mieć nadzieję.
Do tego przepisu mam prawie religijny stosunek, bo jest jednym z pierwszych, jakie zrealizowałam w ramach nauki porządnego gotowania. Oprócz sentymentu mam do niego też uwielbienie smakowe, bo do tej pory jeszcze żadna wersja kurczaka nie przebiła tego przepisu.
Podstawą do osiągnięcia kurczakowego mistrzostwa jest wyposażenie się w kilka składników, które będą Wam służyć przez długi czas: mąka kukurydziana, sos sojowy, brązowy cukier, olej. To na marynatę. Do tego kupcie większą paczkę migdałów, zamroźcie parę filetów i jesteście ustawieni na każdy obiadowy kryzys. I to w jakim stylu…

Składniki dla 2 osób:

2 filety z piersi kurczaka
1 łyżka cukru brązowego
2 łyżki sosu sojowego
2-3 łyżki oleju słonecznikowego
1/2 łyżki mąki kukurydzianej
40g płatków migdałowych (najlepiej po prostu sypać aż do momentu, kiedy uznasz, że migdałów jest prawie tyle samo, co kurczaka. Ale to tylko moja sugestia, a ja bardzo lubię migdały)
paczka ryżu pełnoziarnistego
do smaku: pieprz, sól, ew. suszona słodka papryka w płatkach lub przyprawa do mięs FitUp! Kamisa
1. Wymieszaj mąkę, sos sojowy, olej i cukier w misce. Pokrój kurczaka na kawałki i następnie dokładnie je wymieszaj w marynacie. Będzie super, jeśli uda Ci się potrzymać w niej kurczaka przez około 30 minut przed przełożeniem na patelnię, jednak nie jest to konieczne.
2. Ugotuj ryż zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Jeżeli gotujesz ryż pełnoziarnisty pamiętaj, że potrzebuje on więcej czasu niż zwykły do uzyskania jadalnej miękkości.
3. Wrzuć kurczaka na rozgrzaną patelnię. Nie musisz jej dodatkowo smarować tłuszczem. Posyp mięso solą i pieprzem do smaku. Jeżeli mam pod ręką Fit Up do mięs, to całkowicie wystarcza i dodatkowo podkreśla smak, więc polecam.
4. Kiedy kurczak będzie już lekko podsmażony, dorzuć na patelnię migdały.
5. Po usmażeniu możesz kurczaka podawać oddzielnie lub wymieszać go jeszcze na patelni z ryżem. Sam kurczak idealnie też sprawdza się na zimno w sałatce 🙂
Smacznego!
Posted by Picasa

Ciasteczka z żurawiną, migdałami i białą czekoladą, czyli antydepresanty

Kruche, okrągłe ciasteczka kojarzyły mi się zawsze z amerykańskimi filmami i wielkimi słoikami z napisem COOKIES. Teraz mam nawet taki gigantyczny słoik, ale nigdy ciasteczka nie wytrzymały tyle, żeby móc je do niego wrzucić. Będę nieskromna, ale one są po prostu za dobre, żeby je zamykać w słoiku.

Zaczęłam myśleć o przygotowaniu tych ciasteczek jakiś czas temu, kiedy kolejny raz podnieśli mi cenę moich ukochanych czekoladowych w Coffee Heaven. Później poznałam, co to znaczy prawdziwe Triple Chocolate, ale o tym opowiem przy przepisie na czekoladową wersję. W każdym razie, podobno udało mi się przebić ciastka z CF i od tego czasu regularnie przygotowuję porcje ciastek dla krewnych i znajomych królika.
W tej wersji żurawina i biała czekolada to obłędne, słodko-kwaśne połączenie, które lekko przypomina mi już o Świętach. Taki doraźny sposób na przypomnienie sobie, że listopad kiedyś się skończy i trzeba go przeżyć, żeby później móc bezkarnie śpiewać Last Christmas przygotowując kolejną blachę pierników.
Składniki na około 30 ciastek:
150g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
75g płatków owsianych (nie błyskawicznych)
125g miękkiego masła
70g ciemnego cukru trzcinowego
100g miałkiego cukru
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
75g suszonej żurawiny
50g migdałów w słupkach
150g białej czekolady
1. Wsyp i wymieszaj w misce mąkę, proszek do pieczenia, sól i płatki owsiane. Dodaj żurawinę, migdały i posiekaną, białą czekoladę.
2. W drugiej misce utrzyj masło i oba rodzaje cukru na gładki krem. Następnie wbij do masy jajko i ekstrakt waniliowy (wymieszaj). Łatwiej dostępny jest aromat waniliowy, ale naprawdę warto jest upolować ekstrakt waniliowy i wydać na niego trochę więcej niż na zwykłą chemiczną alternatywę. Ekstrakt daja naprawdę inny, lepszy smak i aromat każdemu deserowi.
3. Sypkie składniki przesyp do miski z masłem i cukrem. Dokładnie wymieszaj.
4. Nagrzej piekarnik do 180 stopni. Wyłóż formę do pieczenia folią lub papierem do pieczenia. Na niej formuj kulki z porcji ciasta mieszczących się na łyżce. Następnie lekko uklep każdą z nich widelcem. Pamiętaj, żeby zostawić kilkucentymetrowy odstęp między każdą kulką, poniewać ciasteczka w piekarniku będą się rozpływać i zwiększać objętość.
5. Piecz przez 15 minut. Po wyjęciu odczekaj około 5 minut aż stwardnieją i przełóż je na talerz.
Smacznego!