Sałatka z ciecierzycą i fetą na chlebkach pita, czyli saga o zdrowej diecie, vol.786

Moje regularne relacje z kolejnego podejścia do Poważnego Traktowania Siłowni mogą już nudzić moich najbliższych, jednak nie zmienia to niestety faktu, że dość dużo czasu zajmuje mi ostatnio powracanie do dobrej formy i knucie na jego temat.

Jednocześnie z wielką przyjemnością za wszelkie trudności w utrzymaniu postanowień winię tych, którzy inaugurują wypady do restauracji, dostarczają mi do biurka batoniki Milky Way czy proponują zakup chrupiącej bagietki w drodze powrotnej z siłowni. I piszę to bez cienia sarkazmu – nie potrafię być szczęśliwa bez któregokolwiek z tych elementów, bo przede wszystkim wiążą się one z ludźmi, którzy mnie otaczają i którzy stanowią bazę dla mojej codzienności. A że wszyscy kochamy jedzenie, no cóż. Jesteśmy po prostu świetnie dopasowani i to powinien być zawsze powód do radości, a nie frustracji.

Dlatego też nie zamierzam karać się za okazjonalną bagietkę czy batonika, a jedynie zapewnić sobie zdrowsze “rozgrzeszacze”, jak ta sałatka z ciecierzycy z ukochaną fetą. Bezkompromisowo zdrowa i sycąca. Dla każdego poszukiwacza smacznych, zdrowych dań – totalny must have, jak to mówią na mieście.

Składniki (na 4 niewielkie lub 2 duże porcje):

2 płaskie i duże chlebki pita
1/2 łyżeczki papryki
4 łyżki oliwy z oliwek
1 czerwona cebula
2 ząbki czosnku
400g osączonej ciecierzycy z puszki
2 łyżki soku z cytryny
150g sera feta
sól i pieprz do smaku

1. Przekrój chlebki pita wzdłuż (jak na kanapki) i wysmaruj oliwą wymieszaną z papryką (wykorzystaj dwie łyżki oliwy). Piecz je w piekarniku nagrzanym do 180 stopni do momentu, aż będą zarumienione. W tym czasie przygotuj sałatkę..

2. Nagrzej patelnię z dwoma łyżkami oliwy. Pokrój cebulę na drobne plastry i smaż przez około 6 minut. Następnie dodaj posiekany czosnek, smażąc razem z cebulką przez kolejną minutę. Na koniec dodaj ciecierzycę, polej sokiem z cytryny i dopraw solą i pieprzem. Podgrzewaj na średnim ogniu przez kilka minut.

3. Przełóż sałatkę do miski i odstaw na chwilę do lekkiego wystygnięcia. Posyp pokruszoną połową fety i wymieszaj. Resztę fety nakładaj już na chlebki pita. Możesz je połamać na drobniejsze kromki i potraktować jak grzanki rzucone na sałatkę lub robić po prostu kanapki, nakładając sałatkę i fetę na chlebki.

Smacznego!

Pieczarki z ricottą na grzance, czyli o dziwnych upodobaniach

Opowiem Wam o moich relacjach z pieczarkami. W kieleckiej szkolnej rzeczywistości ich obieranie było jedyną czynnością, oprócz jedzenia, która mogła mnie zaciągnąć do kuchni. W prostym ujęciu: w kuchni przez długi czas albo jadłam, albo obierałam pieczarki. Reszta czynności nie była już dla mnie zbyt wielką przyjemnością.
Swoją drogą, moje możliwości kulinarne w tym okresie były mocno ograniczone. Babcia górowała przy każdej możliwej potrawie, zapewniając mi królewskie wyżywienie każdego dnia, w zestawie z kompleksem, że co jak co, ale nawet naleśników na jej poziomie po prostu nie zrobię. Zdania nie zmieniłam, zmieniłam podejście. Ale obieranie pieczarek zawsze było zajęciem bezpiecznym i dziwnie przyjemnym.
Tym sposobem, pieczarki występują w kuchni przy różnych okazjach, a dzisiaj w wersji kanapkowo – przekąskowej. Świetnie wypadną jedynie przypieczone z ricottą, jako przystawka, a na chrupiącej kromce chleba mogą awansować do statusu lekkiego obiadu.

Składniki (na 6 grzanek):
150g drobnych pieczarek
około 150g serka ricotta
garść orzechów włoskich
1 łyżka startego parmezanu
łyżeczka oregano
oliwa z oliwek
6 kromek pełnoziarnistego chleba
sól, pieprz
1. Przygotuj blachę z folią aluminiową posmarowaną lekko oliwą z oliwek. Połóż na niej obrane kapelusze pieczarek, wierzchem do dołu. Posyp solą i pieprzem do smaku.
2. W misce wymieszaj ricottę, starty parmezan, posiekane orzechy włoskie i oregano. Tutaj też możesz dodać sól i pieprz.
3. Na blasze ułóż kromki chleba, lekko posmarowane oliwą. Krem z ricotty nałóż łyżeczką do kapeluszy pieczarek, a jeśli zostanie – możesz śmiało dodać go także na pieczywo.
4. Włóż blachę do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 10 minut – podawaj oddzielnie lub układaj pieczarki na grzankach.
Smacznego!

Mufiny z mąki razowej z bananem i rodzynkami, czyli efekt domina

Coraz bardziej wierzę w efekt domina i teorię, że jeśli porządnie wprowadzisz jedną zmianę w swoim życiu, to nie możesz liczyć na to, że reszta pozostanie bez zmian. I nie mówię tylko o mojej grzywce i fakcie, że przez nią muszę teraz dokładniej suszyć włosy, a co za tym idzie – wstawać całe 10 minut wcześniej. 
Pewnego dnia, w drodze do kina, kupiłam sobie buty do biegania. Następnie dokształciłam się w zakresie wszystkich zagrożeń dla mojego kolana, założyłam dresik i podreptałam w kierunku parku fontann nad Wisłą. Spodobało mi się i nic mi się nie stało. Siłę tego wyznania zrozumieją może tylko bardziej wtajemniczeni, ale podsumowując – zmiana takiego kalibru nie mogła przejść przez moje życie jakby nigdy nic, nie przestawiając niczego po drodze.
Mufiny razowe to oczywiście kolejna odsłona cyklu “jem zdrowo, więc będę piękna i szczupła”, ale przede wszystkim jest to jeden z drobnych elementów mojego powrotu do formy – psychicznej i fizycznej. Wracam do kuchni coraz częściej, powklejałam w końcu do zeszytu adresy miejsc, do których zamierzam trafić w najbliższych latach i nawet nie przeklinam zbyt głośno, kiedy grzywka nie chce się ułożyć. I to wszystko bez długiego urlopu. Cud nad Wisłą po prostu.

Składniki (na 12 sztuk):
1 duży, dojrzały banan
300g mąki razowej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
100g brązowego cukru
285ml maślanki
1 duże jajko
75g rozpuszczonego masła (lub oliwy z oliwek)
około 100g rodzynek (mogą być borówki)
1. W dużej misce wymieszaj mąkę, proszek, sodę, sól oraz cukier. Następnie dodaj maślankę, lekko wybełtane wcześniej jajko, masło (lub oliwę) i rozgniecionego banana. Wszystko wymieszaj tak, żeby składniki się jedynie połączyły. Nie przemieszaj ciasta – wtedy nie wyrośnie za dobrze. Na koniec dodaj rodzynki i przemieszaj wszystko delikatnie.
2. Przełóż łyżką ciasto do foremek do mufinów. Wierzch możesz posypać dodatkowo brązowym cukrem.
3. Piecz przez 20 – 25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
Smacznego!

Makaron z kurkami i kozim serem, czyli poznajcie moją Siostrę

Nie mam specjalnej puenty dla tego wpisu oprócz najprostszego faktu – bardzo, bardzo się cieszę z odwiedzin Kasi. To zapalona snowboardzistka i blond inżynier, z którą wspólnie układałyśmy choreografie do piosenek, inscenizowałyśmy reklamy (teraz sobie właśnie zdałam sprawę, że może istnieje jednak jakieś powiązanie między moim dzieciństwem a obecnym zawodem), a na wakacjach dopasowywałyśmy plan dnia do powtórek Sailor Moon o 8.30 i do nowego odcinka o 15.00. W międzyczasie siedziałyśmy na huśtawce i doglądałyśmy nasze króliki, które pasły się pod choinką. PS. Kasi króliki zawsze były chętne do współpracy, u mnie geniuszem był tylko Norman.
Do tego obie nie znosimy melonów (chociaż to bardziej rezultat traumy z dzieciństwa niż gustów smakowych), uwielbiamy amerykańskie So You Think You Can Dance i zaczytywałyśmy się w komiksach z Kaczorem Donaldem.
Nie ma konkretnego powodu, dla którego zrobiłam akurat makaron z kurkami na przyjazd Kasi, ale myślę, że dobrym podsumowaniem wpisu będzie poniższe zdjęcie. Poprosiłam o pomoc w oberwaniu bazylii. Kasia po chwili pokazała mi taką instalację, oświadczając “Koza na wczasach”.

Składniki (na 2 duże porcje):

250g kurek
1 łyżka masła
3 łyżki oliwy
2 ząbki czosnku
100g sera koziego
200g makaronu
sól
pieprz
liście świeżej bazylii
1. Zagotuj wodę na makaron, posól i przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
2. Opłucz dokładnie kurki, rozgrzej patelnię i wlej 2 łyżki oliwy i łyżkę masła. Kiedy masło się rozpuści, wrzuć kurki i posiekany czosnek, dodaj sól i pieprz (wedle uznania, ale ostrożnie z ilością).
3. Smaż kurki przez około 10 minut. Następnie, kiedy makaron będzie gotowy, odcedź go, dodaj łyżkę oliwy i kurki (wraz z sosem, jaki się wytworzy na patelni). Wszystko dokładnie wymieszaj.
4. Pokrój ser kozi i wrzuć do jeszcze gorącego makaronu. Wedle uznania, możesz też podać go na wierzch, bezpośrednio na porcji. Posyp danie listkami świeżej bazylii. Lub zrób z nich palemkę żeby uczcić przyjazd Kasi.
Smacznego!

Mufin z suszonymi morelami i białą czekoladą, czyli superbohater o wielu twarzach

Misja, dla której te Mufiny zostały przygotowane była z pozoru łatwa – przynosimy zestaw urodzinowych atrybutów, spotykamy się w jednym miejscu i na określony sygnał wyskakujemy zza krzaków. Życie nie jest jednak takie proste – jedyny autobus może postanowić uciec, a krzaki mogą okazać się za rzadkie. Dlatego też w takich okolicznościach należy ograniczać ryzyko do minimum w każdym zakresie działań. Rada weterana – inwestujcie w Mufiny.

Nieważne, w jakim chaosie się pogrążycie, one Was nie zawiodą. To deser stworzony do zadań specjalnych – od deprechy po urodzinowe niespodzianki właśnie. Moja miłość do tego deseru ewoluowała, ponieważ od pierwszej ody na jego cześć zauważyłam, że Mufin ma nie tylko moc uszczęśliwiającą, ale też właśnie ratowniczą. Nie zmieniam zdania – on sprawi, że Wasze dni będą bardziej kaloryczne i radośniejsze. A teraz jeszcze doszłam do wniosku, że on byłby w stanie wyprowadzić Was nawet z największej opresji. Nie ma sensu wchodzić w zasadność takiej tezy, wystarczy mi ślepo uwierzyć i po prostu upiec sobie takiego morelowo-czekoladowego Mufina.

Składniki na 12 mufinów:

280g mąki
1/2 łyżki proszku do pieczenia
100g drobnego brązowego cukru
85g suszonych moreli
100g białej czekolady

2 jajka
200ml maślanki
100ml oleju słonecznikowego

1. Połącz i wymieszaj sypkie składniki – mąkę, proszek, cukier, posiekane morele i czekoladę.

2. W oddzielnej misce ubij jajka, a następnie dolej maślankę i olej – wymieszaj.

3. Dodaj miksturę do sypkich składników i połącz wszystko mieszając widelcem. Pamiętaj, żeby nie przemieszać – wtedy mufiny będą bardziej puszyste.

4. Rozłóż masę do foremek i piecz przez około 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Smacznego!

Blondie, czyli wsparcie dla poszkodowanych miejską majówką

W ramach odszkodowań wojennych za spędzanie majówki w mieście każdy ma prawo do upieczenia nieprzyzwoicie słodkich ciastek. Zwłaszcza, kiedy przepis pochodzi z nowej książki kucharskiej, która znajduje się akurat pod ręką w największej potrzebie. Bo jest sprawiedliwość na tym świecie – odebrałam paczkę z zapomnianym zamówieniem. Dobrzy ludzie z Kitchen Aida przysłali mi egzemplarz Wielkiej Księgi Przepisów i chociaż zwykle jestem przeciwna jakimkolwiek sponsorowanym książkom kucharskim, tutaj przecież mówimy o Ojcu Mikserów. Nie mogli sobie pozwolić na fuszerkę i dlatego też tuż po odpakowaniu paczki padło na przepis wybrany wedle kryteriów “desery-czekolada-proste”. Czyli raczej standardowo.

Nie jestem przekonana do nazwy “blondie”, ale nie wpadłam też na żaden lepszy pomysł. Musicie mi więc po prostu uwierzyć, że za tym określeniem kryje się słodziutkie ciasto czekoladowe z lekko chrupiącą skórką, suszoną żurawiną i orzechami. I jeszcze kawałkami czekolady.

Składnki (do kwadratowej formy o boku 23cm):

100g białej czekolady
100g masła
125g cukru
ziarenka z 1 laski wanilii
2 jajka
60g mąki
25g orzechów pecan (lub piniowych)
50g posiekanej białej czekolady
50g suszonej żurawiny (lub więcej – sypkie dodatki dobieraj według uznania)

1. Roztop 100g czekolady i masło.

2. Utrzyj cukier, jajka i nasiona wanilii. Następnie dodaj powoli roztopioną czekoladę z masłem. Na koniec dodaj mąkę, cały czas mieszając.

3. Do ciasta dodaj bakalie – żurawinę, orzechy i posiekaną czekoladę i dokładnie wymieszaj.

4. Przelej ciasto do wysmarowanej masłem formy i piecz przez 30 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Smacznego!

Ciastka owsiane z suszonymi morelami, czyli o fitnessowych rozterkach

Te ciastka mogą brać udział w mistrzostwach bezkształtności, ale kto by się tym przejmował, kiedy są praktycznie skondensowaną wersją zdrowej owsianki. Przynajmniej tak lubię o nich myśleć. Kolejny raz w ostatnich tygodniach wybrałam pieczenie ciastek zamiast wyjścia na siłownię i jest to dość niepokojące. Nie żeby działały na mnie szlagiery reklamy takie jak “zamień wałeczki na figurę laseczki”, ale dla uspokojenia sumienia, czasami warto się pojawić na znajomym eliptyku, przywitać się z obsługą i uznać, że skoro nadal cię poznają, to jeszcze nie jest tak źle.

W każdym razie, nie zamierzam się tłumaczyć z tych ciastek, bo nie mają ani grama czekolady, suszone morelki to samo zdrowie, o płatkach owsianych nie wspominając. Idąc tym tropem praktycznie mogłabym uznać, że pieczenie ciastek jest zdrowsze od siłowni. Ale będę bardzo wdzięczna każdemu, kto przywróci mnie do porządku..

Składniki na około 40 niewielkich ciastek:

175g masła (dobrze się zaczyna, jak na zdrowe ciastka..)
250g brązowego cukru
1 jajko

375g płatków owsianych (górskich)
149g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

100g suszonych moreli (ale tutaj proporcje wg uznania – możesz zastąpić też figami czy daktylami)

4 łyżki wody
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego

1. Utrzyj masło z cukrem, a następnie wbij jajko, dodaj wodę, ekstrakt i dokładnie wymieszaj.

2. W oddzielnej misce wymieszaj sypkie składniki: płatki owsiane, mąkę, sól, sodę. Posiekaj drobno morele i dorzuć do miski. Powoli dodawaj mieszaninę do masła z cukrem i jajkiem, cały czas mieszając.

3. Łyżką nakładaj porcje ciasta na formę wyłożoną papierem do pieczenia. Piecz w temperaturze 180 stopni przez około 15 minut.

Smacznego!

Sosy musztardowy i jogurtowy, czyli wyjście najłatwiejsze z łatwych

Jeśli mielibyście ochotę odpicować opisane wcześniej frankfurterki w cieście, a słusznie uznajecie, że warzywa do mięsnej uczty nie są konieczne, proponuję mały zestaw sosów. Przez długi czas sosy mnie mocno onieśmielały i wolałam kupować proszkowane gotowce do zalania oliwą z wodą, jednak człowiek uczy się całe życie.

Możecie dowolnie zmieniać proporcje zależnie od preferencji – śmietana zawsze łagodzi smak, miodem możecie podkręcić sos musztardowy, jeśli uznacie go za zbyt ostry. Pełna dowolność i naprawdę duża satysfakcja, że tak małym nakładem sił możecie udawać pełen kulinarny profesjonalizm.

Na sos musztardowy wymieszaj takie składniki:

2 duże łyżki musztardy Dijon (może być miodowa)
1 łyżkę musztardy ziarnistej
1 dużą łyżkę śmietany 22%

A na sos jogurtowy wymieszaj takie:

2 łyżki jogurtu greckiego
1-2 łyżki śmietany 22%
1 łyżkę oliwy z oliwek
pół ząbka czosnku (drobno posiekany)
sól, pieprz – wedle uznania

Smacznego!

Frankfurterki w cieście, czyli o spełnianiu marzeń mięsożerców

Było jedno założenie dla sobotniej kolacji – zakaz korzystania z jakiegokolwiek wcześniej wykorzystanego przepisu. Sprawa o tyle trudna, że zabroniłyśmy gościom przynosić jedzenia, więc w wypadku nieudanego eksperymentu nie było linii obrony. Jednak kielecki upór i bydgoski rozsądek pomogły w przygotowaniu 5 nowych dań, którymi oczywiście zamierzam się chwalić ile wlezie.

Pierwsze na stół wjechały frankfurterki. Nie ma nic prostszego niż parówka w cieście, a jej kielecka wersja z Piekarni pod Telegrafem nie raz uratowała mnie w chwilach skrajnego głodu czy skrajnego smutku (kto spróbował ten zrozumie – zwłaszcza, kiedy mówimy o grzesznej wersji z serem na wierzchu..).

W wersji warszawskiej powstała edycja mini, z własnoręcznie robionym ciastem, które możecie zastąpić gotowym ciastem francuskim przy ataku lenistwa. Jednak ciasto gorąco polecam – z resztek ulepiłam kulki, które wchłonęłam jeszcze przed przyjściem gości. Wyobrażam sobie tą przystawkę w wersji wegetariańskiej, z przeróżnymi sosami i może nawet warzywami. Po prostu na bazie tego prostego przepisu możecie stworzyć sobie przystawkową utopię niskim nakładem czasu i stresu – imprezowy pewniak po prostu.

Składniki (na około 35 sztuk):

Ciasto:
150g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
15g startego żółtego sera
125ml mleka
1 jajko (plus jeszcze jedno do posmarowania ciasta przed pieczeniem)
1,5 łyżki oleju

300g frankfurterek

1. Wymieszaj składniki na ciasto ręcznie lub za pomocą robota kuchennego – najważniejsze, żeby w przypadku tego ciasta składniki naprawdę dobrze się połączyły.

2. Rozwałkuj ciasto (możesz robić to partiami dla oszczędności miejsca) i zawijaj w nie frankfurterki.

3. Przekrój każdą owiniętą ciastem parówkę (czy frankfurterka to właściwie parówka?) w poprzek na 3 lub 4 części.

4. Posmaruj każdy kawałek jajkiem roztrzepanym z odrobiną mleka.

5. Piecz przez około 12 minut w temperaturze 220 stopni. Możesz podawać na ciepło lub na zimno, odgrzewanie też dozwolone.

Smacznego!

Biscotti nr2 z białą i ciemną czekoladą, czyli o destrukcyjnym wpływie literatury

Jeśli ktoś potrafi czytać książki kucharskie bez nabierania dzikiej chęci do jedzenia, to albo czytając coś zjada, albo kłamie. W trakcie przygotowań do Kolacji Stulecia, stół powoli znika pod natłokiem książek kucharskich, co ma koszmarny wpływ na moją równowagę psychiczną. To jest tak jak z oglądaniem programów podróżniczych, tylko gorzej. Piękni ludzie w pięknych miejscach wywołują u mnie frustrację z kategorii “czemu mnie tam teraz nie ma”, jednak podświadomie czuję, że po prostu w danej chwili teleportacja z kanapy na Nową Zelandię na przykład jest zbyt skomplikowana.

Dużo gorzej jest z jedzeniem – oglądając programy kulinarne czy właśnie czytając przepisy pojawia się uczucie “czemu tego teraz nie jem”, tylko że tutaj podświadomość nie ma wystarczających właściwości terapeutycznych. Wypad do sklepu jest bardzo realny, a do tego jeszcze można liczyć na pomoc składników w domu. I wtedy, kiedy nie mogę już patrzeć na kolejne zdjęcie ślicznych ciastek/makaronów/owoców, pojawia się problem.

Na dwusetnej stronie kolejnej książki dałam za wygraną i wpadłam do kuchni zrobić biscotti. Przepis Nigelli miał w tytule “breakfast”, co pozwalało mi się łudzić, że nie rzucę się na ciastka późnym wieczorem. Niesamowite, jak z wiekiem nie przestaję się oszukiwać.

W każdym razie, są dwa dobre punkty tej historii: biscotti uratowały mnie od deprechy i zrobiłam naprawdę fajne, śniadaniowe ciastka. Przed podaniem zawsze uprzedzam o konieczności maczania w kawie (biscotti z natury mają być twarde), ale widziałam na własne oczy osoby, które je zjadły bez tego i przeżyły. Biscotti w każdej formie po prostu rządzą.

Składniki na około 14 sztuk:

2 średnie jajka
100g drobnego cukru
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
125g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
garść migdałów w płatkach
50g ciemnej czekolady
50g białej czekolady

1. Utrzyj cukier z jajkami, a następnie dodaj ekstrakt migdałowy.

2. Powoli dosyp mąkę, proszek do pieczenia i sól, cały czas mieszając.

3. Kiedy wszystkie składniki się połączą, dorzuć migdały i pokruszone kawałki czekolady. Wymieszaj.

4. Z ciasta uformuj rulon jak na bagietkę, lekko go spłaszczając.

5. Piecz ciasto na papierze do pieczenia w temperaturze 180 stopni przez 25 minut. Następnie wyjmij z piekarnika, odstaw na 5 minut do ostygnięcia i pokrój na małe kromki o grubości około 1cm.

6. Rozłóż ciastka z powrotem na papierze i piecz przez kolejne 10 minut. Następnie obróć je i dopiecz, jeśli to konieczne (zależnie od wielkości piekarnika wg mnie) przez kolejne 5 minut.

7. Podawaj po ostygnięciu lub przechowuj je w szczelnym pojemniku na najbliższą okazję przy kawie 🙂

Smacznego!