Marynowany ser kozi, czyli terapia w La Fromagerie

Jako że świat nie jest ostatnio najprzyjemniejszym miejscem, wybrałam się na zakupy. Po ser. Od dłuższego czasu przymierzałam się do odwiedzin La Fromagerie – sklepu-bistro przy lansiarskiej Burakowskiej, który skusił mnie zdjęciem małych konfiturek o tak dobranych kompozycjach smaków, by pasowały do konkretnego rodzaju sera. Tata dostał w prezencie mały słoiczek z kozą na etykiecie (ser kozi -> konfitura z fig) prosto z Paryża, i uznałam, że próba przywrócenia się do stanu używalności  może przebiec skutecznie poprzez przypomnienie sobie tego cudnego połączenia słodkości figi i kremowej konsystencji koziego serka.

Ale kończąc dygresję: po drodze minęłam rząd czarnych SUVów i już odpowiednio onieśmielona zblazowanymi spojrzeniami wychodzących klientów, przekroczyłam progi raju.

Najpierw zobaczyłam długą lodówkę pełną serów, ze specjalnym inkubatorem na te bardziej, powiedzmy, aromatyczne. Jestem z siebie dumna, że powstrzymałam się przez klaskaniem i piskiem radości, kiedy znalazłam mozarellę di bufala. Ci, którzy weszli kiedyś ze mną do spożywczaka wiedzą, o czym mówię i mam nadzieję, że doceniają moje opanowanie. Powstrzymałam się nawet na widok rzędów tapenady z oliwek i suszonych grzybów z Prowansji. No i znalazłam konfiturki. Kilkanaście rodzajów, w małych uroczych słoiczkach. Wychodząc nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu, czując, że świat nie może być do końca zły, skoro można w nim znaleźć takie cuda.

Żeby uczcić dzisiejsze odkrycie, proponuję Wam ser kozi marynowany w oliwie i ziołach. To, co mnie w tym przepisie urzekło to możliwość “podrasowania” skromnego kawałka sera według gustu. Wybierzcie 100g świeżego serka koziego, pokrójcie go w plastry i posypcie ulubionymi ziołami. W przepisie z Kuchni, który wykorzystałam, znalazły się dwie łyżki tymianku i kolorowy pieprz oraz dwa liście laurowe. Do tego dobra oliwa do zalania wszystkich plasterkków i to naprawdę wszystko. Zostawcie słoik z serem na 24h (ja wytrzymałam 8, ale i tak było super) w temperaturze pokojowej i podajcie na kromce świeżego chleba. Smakuje bosko zarówno na zimno, jak i na gorąco, podany prosto z piekarnika na grzance. Smacznego!

Biscotti z migdałami i żurawiną, czyli włoski rozwiązywacz problemów

Szukając tła dla wieczornej degustacji cytrynówki mojego kuzyna Piotrka, znalazłam sposób na rozwiązanie trzech problemów za jednym przepisem. Problem pierwszy: po tegorocznej produkcji mincemeat w zamrażarce została jeszcze żurawina. Problem drugi: brakowało mi siły na zrobienie czegoś skomplikowanego. No i problem trzeci: po ostatniej wizycie w IKEI w kuchni stoi rząd pustych słoików jak jeden wielki wyrzut sumienia. Miałam zacząć robić w nich pyszne konfiturki i marynatki (do Ory: od kiedy spróbowałam Twojej papryki w miodzie nic nie było takie samo), ale ta perspektywa zaczęła się oddalać z każdym kolejnym weekendem..
Tym sposobem odkryłam biscotti. Włoski przysmak, który może stać przez długi czas w zamkniętym szczelnie pojemniku (czyt. słoiku, ha). Z dowolnymi bakaliami, niezwykle szybki i prosty w wykonaniu. To zabawne, że włoskie słowa zawsze dodają klasy każdej, nawet najprostszej potrawie. Ale ta klasa jednocześnie nie wiąże się z uczuciem onieśmielenia, jakiego nabywam czytając na przykład przepisy francuskie. To tak jakby Francuzi, nadając nazwy swoich potraw, chcieli powiedzieć “Patrz i podziwiaj, co my tu mamy. Głupio Ci, że nie wiesz o co w tym daniu chodzi? I dobrze. Delektuj się tym, zobacz jacy jesteśmy genialni i nawet nie próbuj nas doścignąć.” Nie mam takiego wrażenia czytając przepisy włoskie. Sprowadzają się one dla mnie do jednej prostej prawdy: brzmi bosko. wygląda cudownie. jedz.
To oczywiście bardzo subiektywne uogólnienie. Dalej przecież mam obsesję na punkcie francuskich makaroników i czytam z namaszczeniem “Świnię w Prowansji”. Ale koniec końców, i tak wracam do tej błogiej włoskiej prostoty.

Składniki (na około 14 sztuk):

85g cukru light muscovado (lub cukru pudru)
1 jajko
140g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
55g żurawiny (suszonej lub świeżej)
55g migdałów (lub orzeszków piniowych)
1. Wymieszaj dokładnie cukier z jajkiem, aż uzyskasz jasną, lejącą masę.
2. Przesiej mąkę do naczynia z miksturą, a następnie dodaj żurawinę i migdały. Zamiast tego możesz dodać dowolne składniki, jak orzechy, rodzynki czy daktyle.
3. Na papierze do pieczenia uformuj z ciasta podłużną rolkę, przypominającą bagietkę.
4. Piecz przez 20-25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
5. Wyjmij ciasto z piekarnika, odczekaj 3 minuty i pokrój je w poprzek na kawałki o grubości około 1,5cm. Połóż “kromki” z powrotem na papierze do pieczenia.
6. Wstaw pokrojone ciasto do piekarnika na dodatkowe 10 minut. Po wyjęciu pozostaw do ostygnięcia i podawaj lub wstaw do szczelnego pojemnika na czarną godzinę.
Smacznego!

Trufle z malibu, czyli o wiecznym braku satysfakcji

Chyba nikogo już nie zdziwi, że wolny dzień w tygodniu wykorzystałam na przygotowanie trufli. Po ostatniej serii trufli z likierem Baileys zaczęłam myśleć, że to jest Moja Ukochana Trufla. To nieskromne, jednak subiektywnie uznałam, że miała ona wszystko, czego od trufli oczekuję i dlatego wolałam na początku poświęcić dzień właśnie jej, a nie jakiejś skomplikowanej niewiadomej. Ale jak dobrze, że są przy mnie ludzie, którzy umieją przywołać mnie do porządku. Bo nigdy, przenigdy nie wolno uznawać, że osiągnęło się truflowy ideał.
Czy trufle z malibu są lepsze od wersji z Baileysem – nie wiem. Są pyszne, a biały krem prezentuje się cudnie na tle ciemnej czekolady. I były większym wyzwaniem logistycznym (nie ufajcie białej czekoladzie, naprawdę..). I właśnie o to czasami w kuchni chodzi. Lubię wyzwania, i to bardzo. Nawet ezoteryczny przewodnik, który dawali w dodatku do styczniowego Zwierciadła, powiedział mi, że jestem “Czarnym Bzem”, który uwielbia stawiać sobie bardzo trudne do zrealizowania cele. Przewodnik poszedł do kosza, ale prawda jest taka – na dłuższą metę nie umiem zadowolić się prostszym rozwiązaniem czegokolwiek. I dlatego też wiem, że w ogólnym rozrachunku nie byłabym z siebie zadowolona, gdybym została przy moich ukochanych baileysowych truflach.
A swoją drogą, też je przygotowałam tego samego dnia, żebym na wszelki wypadek miała się czym pocieszyć, gdyby Projekt Malibu nie wypalił.

Składniki (na około 30 trufli):

Nadzienie:
180ml gęstej śmietany (użyłam Rama Cremefine)
25g masła
250g białej czekolady
60-70ml malibu
Polewa:
250g czekolady – wykorzystałam 2 gorzkie i pół białej, ale decyzja należy do Ciebie. Wybrałam gorzką ze względu na wyjątkowo słodkie nadzienie i wydaje mi się, że to jest bardzo trafne rozwiązanie.
1. Przygotuj nadzienie łącząc w garnku śmietanę i masło. Doprowadź do wrzenia, a następnie szybko dodaj pokruszoną czekoladę. Wyłącz palnik i mieszaj masę przez około 3 minuty, powoli, aż czekolada całkowicie się roztopi. Powoli dolewaj malibu. Jego ilość dopasuj do własnego gustu – po prostu spróbuj..
2. Przelej masę do płaskiego naczynia, ostudź i wstaw do lodówki na około 2 godziny.
3. Wyjmij masę i wstaw ją do miksera/blendera na około 2 minuty. Dzięki temu stanie się bardziej puszysta i lekka. 
4. Przełóż masę z powrotem do płaskiego naczynia i wstaw, tym razem do zamrażarki, na około 3 godziny. Im dłużej masa będzie w zimnie, tym łatwiej będzie uformować kulki. Przy białej czekoladzie, najlepiej ten czas wydłużyć maksymalnie i na przykład po uformowaniu kulek dodatkowo wstawić je jeszcze na noc do zamrażarki. Biała czekolada o wiele trudniej i dłużej przyjmuje zwartą formę, stąd potrzebujesz więcej cierpliwości, a później większego tempa przy oblewaniu kulek czekoladą..
5. Tuż przed wyjęciem naczynia z zamrażarki, zacznij topić czekoladę na polewę. Najlepiej robić to nad naczyniem z wodą – pamiętaj tylko, żeby dno naczynia z czekoladą nie dotykało wody. Podgrzewaj wodę powoli, nie dopuszczając do gotowania – czekolada wtedy zacznie się zbrylać zbyt szybko. 
6. Wrzucaj uformowane kulki szybko do roztopionej czekolady, obtaczaj je w masie i kładź z powrotem z zimnym naczyniu. Jeżeli w trakcie oblewania polewą pozostałe trufle zbyt szybko będą się topić i tracić formę, przełóż je na chwilę z powrotem do zamrażarki. 
8. Gotowe trufle trzymaj w lodówce, będą dobre jeszcze tydzień po przygotowaniu.
Smacznego!

Pralinki bakaliowe, czyli o tym, jak trudno mieszkać koło sklepu z luksusowym jedzeniem

Kiedy kolejny raz pogrążam się finansowo w nowootwartym Piotrze i Pawle koło domu, zastanawiam się czasami, czy gotowanie nie jest kolejną manifestacją mojego talentu do komplikowania sobie życia. Po pierwsze – łatwiej było pilnować budżetu, kiedy pobyt w hipermarketach traktowałam jak survival.   Po drugie – przy takiej ilości gotowych, kuszących dań zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam ochoty zaopatrzyć się w zagraniczne sosy w bajeranckich torebeczkach, gotowe pasty do kanapek i pralinki wszelkiego rodzaju. I skończyć z sajgonem w kuchni, przyjmując pozę wylegującej się na kanapie mimozy, która podejmuje największy wysiłek ustawiając te pralinki na stylowym talerzyku.
To by było jednak za proste. Zwłaszcza, że kiedy zdarza mi się wrócić do domu z jakimś gotowcem, czuję się jak zdrajczyni wobec całej kolekcji książek kucharskich, dla których wyczyściłam regały tuż po skończeniu studiów. A żaden szanujący się iberysta nie wywozi na podkielecką wieś Historii Portugalii Antonio Henrique de Oliveira Marquesa pod byle pretekstem. 
Dlatego też obiecuję sobie, że jeśli mam jeść słodycze, to te własnego autorstwa – niezależnie od tego, w jak pięknych opakowaniach są te w sklepie za rogiem. Ale żeby trzymać się tego postanowienia, muszę szukać rozwiązań szybkich, łatwych i przyjemnych. Tak oto poznajcie jedno z największych oszustw tego bloga – pralinki bakaliowe.
To jeden z tych deserów, dla których kolejność działań trudno mi nazwać przepisem. Potrzebujecie czekolady i ulubionych bakalii – orzechów, żurawiny, rodzynek. I już. Topicie czekoladę w kąpieli wodnej i kiedy jest płynna, wrzucacie do niej bakalie. Po wymieszaniu, łyżką wyciągacie niewielkie porcje i umieszczacie do zastygnięcia na pergaminie. Możecie podkręcić smak odrobiną alkoholu lub ekstraktem – to naprawdę zależy od Was.
Bawcie się dobrze przy kombinowaniu, jakiego pretekstu potrzebujecie, żeby przygotować takie pralinki  jak najszybciej, serio.

Czekoladowe trufle z likierem Baileys, czyli powrót do korzeni

Rok temu opublikowałam tutaj pierwszy wpis, na trufle właśnie. Sajgon, jaki wywołałam tą produkcją za pierwszym razem, był motywem przewodnim dla tytułu tego bloga. 
Teraz historia zatacza koło – Paulinka, dla której były pierwsze trufle, obchodziła w poniedziałek kolejne urodziny. Może to brak kreatywności, a może kulinarny sentymentalizm, jednak nie miałam wątpliwości co do wyboru tegorocznego prezentu. 
Ale praktycznie na tym podobieństwa się kończą. Kuchnia tym razem nie pogrążyła się w chaosie. Rok temu transmitowałam mojej siostrze na Skypie cały proces, co było po prostu wizualizacją mojej dzikiej walki z żywiołem, jakim jest kakao. Tym razem myślę, że Kasia oglądając moje przygotowania nudziłaby się jak mops. Było spokojnie i sielankowo. Faktem jest, że potrzebowałam praktycznie dnia na przygotowanie. Ale było coś niezwykle uspokajającego w tej rutynie zmuszającej mnie do przekładania, przelewania i formowania czekolady co kilka godzin.
Rok temu pisałam o atakach histerii i radości, jakie towarzyszą mojej truflowej działalności. Starzeję się albo dojrzewam, wszystko jedno, ale teraz przy truflach mogę napisać jedno – cudowniejszej czekoladowej terapii wyobrazić sobie nie mogłam. I to nie tylko dlatego, że towarzyszył mi pyszny, pyszny Baileys.
Paulinko, dziękuję, że pozwalasz obdarowywać się truflami :* 

Składniki na około 30 trufli:
Nadzienie:
180ml gęstej śmietany (użyłam Rama Cremefine)
35g masła
250g czekolady – rodzaj i proporcje do wyboru – polecam 2 tabliczki mlecznej i pół deserowej
60-70ml likieru Baileys
Polewa:
250g czekolady – wykorzystałam 2 mleczne i pół białej
1. Przygotuj nadzienie: do jednego garnka wlej śmietanę i dodaj kostkę masła, w drugim pokrusz czekoladę. Doprowadź śmietanę i masło do wrzenia, a następnie szybko przelej płyn do garnka z czekoladą. Mieszaj masę około 3 minuty, powoli, aż czekolada całkowicie się roztopi. Powoli dolewaj likier. To jest pierwszy moment, w którym bezkarnie możesz próbować czekoladowej masy. 
2. Przelej masę do płaskiego naczynia, ostudź i wstaw do lodówki na około 2 godziny.
3. Wyjmij masę i wstaw ją do miksera/blendera na około 2 minuty. Dzięki temu stanie się bardziej puszysta i lekka. To jest kolejny moment, w którym należy spróbować masy i ocenić, czy proporcje się zgadzają..
4. Przełóż masę z powrotem do płaskiego naczynia i wstaw, tym razem do zamrażarki, na około 3 godziny. Im dłużej masa będzie w zimnie, tym łatwiej będzie uformować kulki, jednak uważaj, żeby nie przegiąć. Jeśli masa będzie za bardzo zbita, odczekaj trochę trzymając ją w temperaturze pokojowej.
5. Tuż przed wyjęciem naczynia z zamrażarki, zacznij topić czekoladę na polewę. Najlepiej robić to nad naczyniem z wodą – pamiętaj tylko, żeby dno naczynia z czekoladą nie dotykało wody. Podgrzewaj wodę powoli, nie dopuszczając do gotowania – czekolada wtedy zacznie się zbrylać zbyt szybko. Jeżeli chcesz, by na powierzchni trufli pojawiły się “paski”, wrzucaj stopniowo różne rodzaje czekolady, nie mieszając ich dokładnie – wtedy ich kolory nie połączą się ze sobą do końca, a Ty otrzymasz śliczne szlaczki na truflach z mlecznej czy białej czekolady.
6. Z zimnej masy formuj kulki. Ja do tego używam łyżki do melona, jednak normalna wystarczy. Możesz poprawiać ich kształt ręcznie. W tym celu używam zawsze gumowych, dobrze umytych wcześniej rękawiczek – może to tylko mój prywatny przesąd, ale wtedy czekolada, poprzez brak bezpośredniego kontaktu ze skórą, nie topi się tak szybko.
7. Wrzucaj kulki szybko do roztopionej czekolady, obtaczaj je w masie i kładź z powrotem z zimnym naczyniu. Ten etap wymaga najszybszego tempa, ale bez stresu – wszystkie estetyczne niedociągnięcia i tak nie mają znaczenia. Każda trufla i tak będzie smakowała wyśmienicie. 
8. Gotowe trufle trzymaj w lodówce, możesz dodatkowo posypać je kakao.
Smacznego!
Posted by Picasa

Ślimaczki z ciasta francuskiego z pesto, czyli o teorii względności

Kiedy dojazd z pracy do domu w cudowny sposób zajął mi 30 minut zamiast przepisowej godziny, nagle poczułam, że właściwie dzień się dopiero dla mnie zaczyna, że świat jest piękny i że mogę zrealizować całą listę rzeczy, na które wcześniej nie miałam czasu. Niesamowite, jak relatywne jest pojęcie czasu. Prawda jest taka, że te ugrane pół godziny straciłam już na starcie mojego popołudniowego, dziarskiego trybu życia – wyszłam później z pracy..
Ale nawet jeśli mocno odjeżdżam w moim optymiźmie od faktów, jedna rzecz nie ulega zmianie – miałam energię, żeby wejść do kuchni i poeksperymentować z ciastem francuskim. Eksperyment niezmiernie udany, a do tego zajął mi max 15 minut. I dalej mogłam myśleć, że mój wieczór jest cudownie długi i spokojny. Zainspirowałam się przepisem z Kuchni, jednak postanowiłam go na swój sposób usprawnić: dodałam do pesto serek śmietankowy, żeby złagodzić smak i ominęłam świeżą rukolę. 
Teraz widzę, że ten przepis to punkt wyjścia do całej gamy możliwości, z których każda jest praktycznie niezawodna. Przynajmniej w mojej głowie 🙂

Składniki (na około 16 sztuk):

1 opakowanie mrożonego ciasta francuskiego (polecam marki Blikle – niezawodne)
60g pesto
2 łyżki serka śmietankowego (ja użyłam ziołowej Philadelphii)
1 jajko
1. Rozwiń rozmrożone ciasto francuskie – powinno mieć kształt wydłużonego prostokąta.
2. W jednej miseczce roztrzep jajko, w drugiej wymieszaj pesto z serkiem.
3. Posmaruj ciasto pesto, zostawiając około 1 cm wolnego miejsca na każdym boku. Długie boki natomiast posmaruj rozstrzepanym jajkiem.
4. Zwiń rulon z ciasta po dłuższym boku. Zwijaj ciasto dość ciasno i postaraj się jak najlepiej skleić rulon.
5. Posmaruj cały rulon roztrzepanym jajkiem i pokrój go na kawałki o boku około 1,5 cm.
6. Rozłóż ślimaczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piecz przez 15 minut w temperaturze 200 stopni. Odczekaj około 10 minut przed zdejmowaniem gorącego ciasta z blachy.
Smacznego!
Posted by Picasa

Hummus paprykowy, czyli ku czci blendera

Możliwe, że zburzę pewien przekąskowy mit, jaki mógł się wytworzyć wokół potraw, jakie podajemy najbliższym na spotkaniach jedzeniowych, jednak z drugiej strony nigdy nie ukrywałam, że dla ograniczenia ryzyka wybieram zawsze na takie okazje najprostsze przepisy. Otóż od kiedy uskładałam sobie na mój wymarzony blender, otworzył się przede mną boski, nieznany wcześniej świat. W nim żadna pasta nie rozbryzguje się po kafelkach. Mąka na kruche ciasto nie ląduje na liściach bazylii. Życie jest proste, sielankowe, w kolorze obudowy mojego blendera.
No i ten mój blender robi dla mnie różne miłe rzeczy, tak jakby uznał, że jego celem jest sprawianie mi przyjemności. W chwilach większej głupawki prawię mogę usłyszeć jak do mnie mówi i pyta, jak mi mija dzień. I przygotowuje dla mnie ten hummus. Niebywale zdrową i pyszną pastę do wszystkiego, od ciabatty po nachosy. Potrzebujecie poświęcić jej jakieś 3 minuty i pogadać ze swoim blenderem.

Składniki (na średniej wielkości miseczkę hummusu):

1 słoik pieczonej lub smażonej papryki
ok. 400g czerwonej soczewicy – przygotowana zgodnie z opisem na opakowaniu (w oryginalnym przepisie jest puszka ciecierzycy)
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
2 łyżki serka typu filadelfia
2 łyżki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
1 łyżeczka soku z limonki
sól do smaku
1. Wrzuć wszystko do blendera i zmiksuj na średnio gładką masę.
Smacznego!

Zielona pasta kanapkowa, czyli o uwielbieniu do groszku

Proponuję kolejną odsłonę mojej fascynacji groszkiem. Wydaje mi się, że można by z łatwością oblecieć całą czterodaniową imprezę opartą na tym jednym składniku. Wypróbuję i dam znać.
Pasta pochodzi z przepisu Nigelli i sprawdza się w formie przystawki czy lekkiej kolacji. I jest banalna. Wiem, że dość często powtarzam, że to, co przygotowuję jest bardzo łatwe, jednak to nie wynika z kokieterii czy chęci przekonania Was do gotowania. Po prostu naprawdę skupiam się na łatwych rzeczach. Czasami mnie to wkurza i myślę, że powinnam poświęcić się przygotowywaniu bardziej złożonych dań, ale potem wraca rozsądek, widmo terminu oddania magisterki, chęć wyjścia na siłownię i przeczytania chociaż jednej książki do końca, z tego stosu który narasta i narasta.. No i jeszcze w międzyczasie pracuję 😉 No więc cóż, na razie, póki nie odhaczę choć jednej rzeczy na liście Obowiązków, będę robić rzeczy łatwe, proste i przyjemne.

Składniki (trudno podać, na ile osób, jednak proporcje wystarczyły na przygotowanie pasty w ilości pasującej do zrobienia kanapeczek z jednego opakowania pumpernikla):
1 dojrzałe awokado
1 łyżka soku z limonki (raz nie miałam i użyłam cytryny – też działa)
1 ząbek czosnku
1/2 łyżeczki soli
1 mała puszka zielonego groszku (150g)
1 opakowanie chlebka Pumpernikiel (200g)
1. Zmiksuj wszystkie składniki, aż do uzyskania kremowej konsystencji. Ja lubię, kiedy faktura nie jest całkowicie gładka i pozostają kawałki niezmiksowanego awokado, ale decyzja należy do Ciebie.
2. Pokrój pumpernikiel na małe kromki i podawaj razem z pastą.
Smacznego!