Placuszki z bobu i sera, czyli o walce z obsesjami żywieniowymi

Cierpię na przypadłość, którą nazywamy w rodzinie “zaklętą pętlą burrito” – nazwa dziwna, ale oczywiście ma mocne podłoże historyczne. Dawno dawno temu, kiedy w Kielcach nie było jeszcze galerii handlowej ani żadnej rzeźby dzika, jeździliśmy czasami do Krakowa zaznać klimatów metropolii. Świat Ikei i precli witaliśmy jednak, szczerze mówiąc, z pewnym znużeniem, które zamieniało się w ekscytację tylko w jednym magicznym miejscu na ulicy Św. Tomasza, niedaleko sklepu ze snowboardami. Znajdowała się tam bowiem pewna restauracja meksykańska, tak ważna dla mojego dalszego rozwoju kulinarnego, że przez dalsze lata po jej zamknięciu wracając do Krakowa odwiedzałam inne meksykańskie knajpy w poszukiwaniu dawnego kucharza/menagera/kogokolwiek, kto mógłby przenieść ze sobą magiczny przepis na Burrito Mojego Życia.

Nie będę dodawać, że wraz ze śmiercią tego miejsca umarło moje przywiązanie do Krakowa, a teraz, lata po tym tragicznym wydarzeniu, z każdą wizytą w innej meksykańskiej knajpie umiera moja nadzieja, że kiedykolwiek zjem burrito choć w połowie tak dobre.

Rozpisałam się, ale historia jest prosta: w tamtej restauracji przez lata, przenigdy nie zamówiłam nic oprócz burrito z czerwoną fasolą. A do dzisiaj zawsze, za każdym razem kiedy jestem w meksykańskiej knajpie, przede mną ląduje burrito. Jestem jego zakładnikiem, a raczej zakładnikiem moich pięknych wspomnień. Nie dają mi one szczęścia, tylko rosnące rozczarowanie i niechęć z każdą wizytą w meksykańskiej knajpie.

Morał? Drogie dzieci, walczcie ze swoimi obsesjami żywieniowymi, które prowadzą tylko do udręki. Pozwólcie sobie pomóc. Róbcie placuszki z bobu.

Skąd one w tej historii? Proste – zaklęta pętla burrito przybiera u mnie czasem różne formy. Obecnie obsesyjnie serwuję sobie sałatkę z tuńczyka i fety do pracy. Jestem w stanie zjeść garnek borówek i uznać, że to jedyny owoc na świecie. A potem albo kończy się sezon na borówki, albo nie mogę patrzeć na tuńczyka. Tak czy inaczej – kolejny ciężar do mojego ciężkiego życia.

Dlatego też odpaliłam sobie aplikację Jamiego Olivera, zobaczyłam coś smażonego z serem, bobem, groszkiem, pozmieniałam co się dało i tadaaaa, powstało coś pysznego, niecodziennego i prostego. Ryzyko, że wkręcę się w placuszki i będę się nimi notorycznie żywić jest duże, ale na szczęście parę osób zna dobrze moje słabości i liczę, że zostanę wyciągnięta z ciągu zanim przez te placki stracę kontakt z rzeczywitością.

Przepis (na około 10 placuszków dla dwóch głodnych osób):

ok. 250g bobu
1 czerwona cebula
100g twardego sera typu pecorino, parmezan lub Old Amsterdam (użyłam tego ostatniego)

75g mąki
1 jajko
60ml mleka
sól, pieprz
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżka oliwy
świeża bazylia

1. Do wrzącej i osolonej wody wrzuć bób – nie dostałam świeżego, więc gotowałam mrożony przez 3 minuty. Ważne, żeby nie był rozgotowany, ale skórka zdążyła lekko zmięknąć – nie obieramy go później.

2. Wymieszaj mąkę, jajko, mleko i proszek, dopraw solą i pieprzem. Zetrzyj ser i dodaj go też do masy.

3. Posiekaj drobno cebulę, odcedź przegotowany bób i oba składniki też dodaj do plackowej masy.

4. Smaż na rozgrzanej patelni na łyżce oliwy. Na średnim ogniu wystarczy po minutę-dwie na stronę.

5. Podawaj ciepłe lub zimne, smacznego!

Makaron z kremem z kurek, czyli o potędze blogosfery

Nie wyobrażam sobie, żeby kulinarnej blogosferze był ktoś, kto nie zna Kwestii Smaku. Właściwie była to pierwsza ze stron, na jaką trafiłam próbując gotować i pierwsza, na której zaczęłam spędzać więcej czasu niż na, powiedzmy to sobie szczerze, Pudelku. Internet przez lata nie był moim przyjacielem i nie uznawałam, że można znaleźć w sieci coś więcej niż stertę plotek, których nikt nie czyta, ale każdy dobrze zna.

Teraz, kiedy przeglądam kulinarne blogi i portale poświęcone gotowaniu nie mogę wyjść z podziwu, jak wielkim susem przeszliśmy do ery celebracji jedzenia. Nie zagłębiając się nawet w telewizję czy prasę, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w sieci. Jest to już kanał opiniotwórczy także w kategorii kulinarnej, który ma własne prawa, język, gwiazdy, sukcesy i, no cóż, skandale.

To ostatnie widzieliśmy w okoliczności niedawnej promocji książki plagiatującej przepisy polskich blogerów kulinarnych. Słabe? Słabe. Ale szydło wyszło z worka i to, co zostaje, to jeden fakt – mamy niesamowicie dobrych blogerów kulinarnych, którzy tworzą społeczność, do której coraz więcej osób chciałoby dosięgnąć. Ale sorry, do tego trzeba czegoś więcej niż magii klawiszy ctrl-c i crtl-v.

Kiedyś trafiłam na stwierdzenie, że ilość podróbek jest miarą sukcesu. Chodziło chyba o ciuchy. Smutna teoria, która w jakimś stopniu jednak znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie czuję się silnym elementem blogosfery, ale czuję się świadkiem dużych zmian, które koniec końców odbieram jako pozytywne. Kiedy przeglądam Magazyn Smak czy podglądam na fejsiku poczynania Socjalu czy Beirutu, czuję, że sieciowa swoboda wypowiedzi i kreatywność to przecież zmiana na lepsze.

A tych, którzy odważą się plagiatować poczynania zarówno wielkich jak i małych w kulinarnym necie – dopadniemy i już.

Dzisiaj, symbolicznie bardziej, przepis z linka ukochanej Kwestii Smaku. Nie dorastam do pięt i absolutnie mi to nie przeszkadza, jeśli tylko na stronie mogę znaleźć coś tak pysznego.. Przepis znajdziecie tutaj.

Tagliatelle z jamón ibérico, czyli co z tą szynką?

Do Hiszpanii warto jechać z dwóch powodów – słońca i szynki od szczęśliwych świnek. Jej historia jest prosta: świnki biegają po dębowych lasach pełnych żołędzi, jedzą to, na co mają ochotę (czyli żołędzie) i żyją w trybie zen aż do momentu, kiedy zmieniają się właśnie w jamón ibérico de bellota. Cieniutko krojone mięso, bardziej kruche od włoskiej prosciutto, ma drzewny aromat wart każdej zbrodni na domowym budżecie.

Jako że w zbrodniach jestem niezła, do Polski przyjechało kilka opakowań szynki. Najlepsze produkty wymagają najprostszej oprawy, dlatego przez długi czas wyznawaliśmy zasadę “szynka plus wino”, która umiliła nam niejeden dekadencki wieczór.

Motywacja do zmiany perspektywy przyszła, jak zwykle, z głodu. I z Kwestii Smaku. Oryginalne wydanie z szynką parmeńską i orzechami macadamia zostało lekko zmodyfikowane i tak powstał naprawdę boski i grzeszny obiad, który, na szczęście, mogę powtórzyć jeszcze raz z ostatnich plastrów jamón ibérico.

PS. Specjalne podziękowania dla Kochanego Taty, który zaopatrzył naszą skromną zagrodę w kilogram imponującego Grana Padano i parmezanu. Rozpusta zaiste ma wiele twarzy, ale jako Ser wygląda najpiękniej.

Składniki (na dwie porcje):

200g tagliatelle
2 ząbki czosnku
łyżka oliwy
ok. 5 plastrów jamón ibérico
garść płatków migdałowych
100g śmietany 18%
pieprz do smaku
twardy ser (parmezan, grana padano) do smaku

1. Ugotuj makaron, a jednocześnie podsmaż pokrojony drobniutko czosnek na oliwie.

2. Dodaj pokrojoną szynkę – wedle uznania, ja wybrałam średniej wielkości plasterki.

3. Smaż szynkę około 5 minut na średnim ogniu, dodaj płatki migdałów, a następnie zredukuj temperaturę i dodaj śmietanę. Dopraw pieprzem (nie polecam soli – szynka i ser są wystarczająco słone) i pozostaw chwilę jeszcze na patelni.

4. Kiedy makaron będzie gotowy, połącz go z zawartością patelni. Dokładnie wszystko wymieszaj i podawaj ze świeżo startym serem.

Smacznego!

Sałatka z ciecierzycą i fetą na chlebkach pita, czyli saga o zdrowej diecie, vol.786

Moje regularne relacje z kolejnego podejścia do Poważnego Traktowania Siłowni mogą już nudzić moich najbliższych, jednak nie zmienia to niestety faktu, że dość dużo czasu zajmuje mi ostatnio powracanie do dobrej formy i knucie na jego temat.

Jednocześnie z wielką przyjemnością za wszelkie trudności w utrzymaniu postanowień winię tych, którzy inaugurują wypady do restauracji, dostarczają mi do biurka batoniki Milky Way czy proponują zakup chrupiącej bagietki w drodze powrotnej z siłowni. I piszę to bez cienia sarkazmu – nie potrafię być szczęśliwa bez któregokolwiek z tych elementów, bo przede wszystkim wiążą się one z ludźmi, którzy mnie otaczają i którzy stanowią bazę dla mojej codzienności. A że wszyscy kochamy jedzenie, no cóż. Jesteśmy po prostu świetnie dopasowani i to powinien być zawsze powód do radości, a nie frustracji.

Dlatego też nie zamierzam karać się za okazjonalną bagietkę czy batonika, a jedynie zapewnić sobie zdrowsze “rozgrzeszacze”, jak ta sałatka z ciecierzycy z ukochaną fetą. Bezkompromisowo zdrowa i sycąca. Dla każdego poszukiwacza smacznych, zdrowych dań – totalny must have, jak to mówią na mieście.

Składniki (na 4 niewielkie lub 2 duże porcje):

2 płaskie i duże chlebki pita
1/2 łyżeczki papryki
4 łyżki oliwy z oliwek
1 czerwona cebula
2 ząbki czosnku
400g osączonej ciecierzycy z puszki
2 łyżki soku z cytryny
150g sera feta
sól i pieprz do smaku

1. Przekrój chlebki pita wzdłuż (jak na kanapki) i wysmaruj oliwą wymieszaną z papryką (wykorzystaj dwie łyżki oliwy). Piecz je w piekarniku nagrzanym do 180 stopni do momentu, aż będą zarumienione. W tym czasie przygotuj sałatkę..

2. Nagrzej patelnię z dwoma łyżkami oliwy. Pokrój cebulę na drobne plastry i smaż przez około 6 minut. Następnie dodaj posiekany czosnek, smażąc razem z cebulką przez kolejną minutę. Na koniec dodaj ciecierzycę, polej sokiem z cytryny i dopraw solą i pieprzem. Podgrzewaj na średnim ogniu przez kilka minut.

3. Przełóż sałatkę do miski i odstaw na chwilę do lekkiego wystygnięcia. Posyp pokruszoną połową fety i wymieszaj. Resztę fety nakładaj już na chlebki pita. Możesz je połamać na drobniejsze kromki i potraktować jak grzanki rzucone na sałatkę lub robić po prostu kanapki, nakładając sałatkę i fetę na chlebki.

Smacznego!

Makaron z kurkami i kozim serem, czyli poznajcie moją Siostrę

Nie mam specjalnej puenty dla tego wpisu oprócz najprostszego faktu – bardzo, bardzo się cieszę z odwiedzin Kasi. To zapalona snowboardzistka i blond inżynier, z którą wspólnie układałyśmy choreografie do piosenek, inscenizowałyśmy reklamy (teraz sobie właśnie zdałam sprawę, że może istnieje jednak jakieś powiązanie między moim dzieciństwem a obecnym zawodem), a na wakacjach dopasowywałyśmy plan dnia do powtórek Sailor Moon o 8.30 i do nowego odcinka o 15.00. W międzyczasie siedziałyśmy na huśtawce i doglądałyśmy nasze króliki, które pasły się pod choinką. PS. Kasi króliki zawsze były chętne do współpracy, u mnie geniuszem był tylko Norman.
Do tego obie nie znosimy melonów (chociaż to bardziej rezultat traumy z dzieciństwa niż gustów smakowych), uwielbiamy amerykańskie So You Think You Can Dance i zaczytywałyśmy się w komiksach z Kaczorem Donaldem.
Nie ma konkretnego powodu, dla którego zrobiłam akurat makaron z kurkami na przyjazd Kasi, ale myślę, że dobrym podsumowaniem wpisu będzie poniższe zdjęcie. Poprosiłam o pomoc w oberwaniu bazylii. Kasia po chwili pokazała mi taką instalację, oświadczając “Koza na wczasach”.

Składniki (na 2 duże porcje):

250g kurek
1 łyżka masła
3 łyżki oliwy
2 ząbki czosnku
100g sera koziego
200g makaronu
sól
pieprz
liście świeżej bazylii
1. Zagotuj wodę na makaron, posól i przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
2. Opłucz dokładnie kurki, rozgrzej patelnię i wlej 2 łyżki oliwy i łyżkę masła. Kiedy masło się rozpuści, wrzuć kurki i posiekany czosnek, dodaj sól i pieprz (wedle uznania, ale ostrożnie z ilością).
3. Smaż kurki przez około 10 minut. Następnie, kiedy makaron będzie gotowy, odcedź go, dodaj łyżkę oliwy i kurki (wraz z sosem, jaki się wytworzy na patelni). Wszystko dokładnie wymieszaj.
4. Pokrój ser kozi i wrzuć do jeszcze gorącego makaronu. Wedle uznania, możesz też podać go na wierzch, bezpośrednio na porcji. Posyp danie listkami świeżej bazylii. Lub zrób z nich palemkę żeby uczcić przyjazd Kasi.
Smacznego!

Pizza z sosem śmietanowym, szynką i fetą, czyli o zarządzaniu kryzysowym

Wczorajszy dzień upłynął w dużej mierze w trybie poimprezowym, jednak tego typu sytuacje podbramkowe sprzyjają kreatywności. Pizza sprawdziła się bosko – prosta, nie wymaga wysiłku, idealna na dzień przed telewizorem. Przynajmniej teoretycznie, bo z jednej strony marzyłam o dniu kanapowym od dłuższego czasu, ale chęć na piękną kulkę mozarelli do pizzy wygrała. To ciekawe, że kiedy nawet dzień nie sprzyja jakiejkolwiek aktywności i mięśnie nie są w najlepszym stanie, o wiele łatwiej jest się ruszyć kiedy w perspektywie znajduje się porządna mozarella. 
Ze spaceru po kawałek sera przyniosłam gigantycznego Larousse Gastronomique, ale o tym opowiem przy okazji opisywania patentów na jak najszybsze przepuszczenie pensji. 
Wracając do pizzy – mozarelli nie przyniosłam (ten sklep akurat postanowili zamknąć na niedzielę), została zastąpiona fetą i szynką. Z białym sosem wypadło to świetnie i szczerze mogę polecić go jako bazę do praktycznie każdej pizzy, która zawiera jakieś mięsko lub ostrzejszy ser. Czyli do każdej najsmaczniejszej. Z ciastem poszłam tym razem na łatwiznę, używając mąki do pizzy z suchymi drożdżami, ale mam wypróbowany już jeden przepis, który może być niezłą bazą na ciasto przygotowane w normalnym trybie.

Składniki na ciasto:

250g mąki do pizzy (z drożdżami w proszku)
160ml ciepłej wody
1-2 łyżki oliwy
sól i pieprz do smaku
Składniki na biały sos do pizzy:
200g śmietanki 30%
połowa cebuli
1-2 ząbki czosnku
oregano
tymianek
Dodatki (wg uznania):
100g fety
3 plastry szynki
liście bazylii
1. Zagnieć ciasto mieszając wszystkie składniki. Uformuj kulkę i odstaw w naoliwionym naczyniu.
2. Zeszklij pokrojoną cebulkę, dodaj posiekany czosnek. Następnie wlej śmietankę i dosyp przyprawy. Gotuj na średnim ogniu, aż sos zgęstnieje. Mnie to zajęło około 10 minut. Pamiętaj, żeby co jakiś czas mieszać sos na patelni, żeby nie wykipiał.
3. Z kulki uformuj spód, zostawiając więcej ciasta na brzegach. Wylej sos i następnie dodaj pokruszoną fetę i pokrojoną szynkę. Możesz dodatkowo posypać wszystko oregano.
4. Piecz pizzę w temperaturze 200 stopni przez około 25 minut.
Smacznego!

Galette z gorgonzolą, brokułami i boczkiem, czyli Francuzki nie tyją?

Przeczytałam Francuzki nie tyją. Pamiętam, jak parę lat temu mijałam tą książkę w Empiku uznając, że moje życie i tak jest zbyt skomplikowane, żeby jeszcze dołożyć do niego zazdrość, że jakaś oświecona kobieta znalazła patent na wieczną szczupłość w towarzystwie luksusowej czekolady i francuskich przysmaków z serem w roli głównej. No ale ten moment musiał nadejść: przeczytałam i doznałam oświecenia. Przynajmniej częściowego, czyli w zakresie jasno określonym przeze mnie.
Z wielkim entuzjazmem przyjęłam następujące zasady:
– czekolada tylko dobrej jakości – wczoraj po drodze z pracy wydałam minifortunę na pralinki Wedla i jestem szczęśliwsza. To samo zdrowie przecież.
– szampan zamiast taniego alkoholu – jeszcze jestem normalna, ale zamierzam tę zasadę podciągnąć pod dobre drinki.
– składniki jak najlepszej jakości – to, że przyjaźnię się z Piotrem i Pawłem już wszyscy dobrze wiemy.
– dużo wody – jak tylko kupię sobie ładną szklankę do pracy.
– zakaz przejadania się – nie ma ryzyka, przy powyższych decyzjach nie będzie mnie stać na większe porcje.
Opieram się za to:
– magicznej zupie z porów – serio, to jest jak oksymoron w tej książce.. Nie można zalać pora wrzątkiem i uwierzyć, że to jest dobre. To wbrew prawom fizyki. 
– spisywaniu posiłków – może i ma to trwać tylko trzy tygodnie, ale to o trzy tygodnie za długo. Dobiłabym się po jednym gorszym dniu w pracy i co dalej, co dalej?
– trzem posiłkom dziennie – nie wiedziałabym, co się wtedy robi z resztą dnia.
Jest to dość selektywne podejście do literatury dietetycznej, ale nie znam lepszego. Nikt nie zasługuje na dokładanie sobie magicznej zupy z porów do codziennych trudów życia. Żeby uczcić moją dietetyczną niekonsekwencję, postanowiłam przygotować danie, które będzie francuskie, ale nie za bardzo. Do tego takie, które będzie niemiłosiernie proste, ale jednocześnie efektowne. No i takie, które będzie lekkie, ale jednocześnie nieprzyzwoicie bogate w smak. Oto galette z brokułami, boczkiem i serem gorgonzola. Bo przecież Francuzki nie tyją.

Przepis (na około 6 porcji):

1 opakowanie ciasta francuskiego (od Bliklego, przygotowane na maśle, rządzi)
250g świeżych brokułów
100g wędzonego boczku
1 mała czerwona cebula
150g sera gorgonzola
około 50g płatków migdałowych
ząbek czosnku
1. Posiekaj czosnek, pokrój cebulę i wrzuć na nagrzaną patelnię z oliwą. Podsmaż, a następnie dodaj boczek pokrojony w kosteczki. Możesz też wykorzystać boczek w plastrach.
2. Wrzuć brokuły do wrzącej wody i gotuj przez 4 minuty. Po tym czasie dorzuć je do boczku i pozwól, żeby wszystkie smaki się połączyły.
3. Rozłóż ciasto francuskie na pergaminie, a następnie natnij je lekko na każdym boku w odległości około 2 cm, tworząc coś na kształt ramki – to będą Twoje granice, kiedy będziesz układać nadzienie.
4. Wrzuć zawartość patelni na ciasto, zostawiając puste boki ciasta.  Następnie pokrusz gorgonzolę.
5. Piecz w temperaturze 200 stopni przez około 25 minut. W połowie czasu możesz dorzucić na wierzch płatki migdałowe.
Smacznego!