Ciastka owsiane z suszonymi morelami, czyli o fitnessowych rozterkach

Te ciastka mogą brać udział w mistrzostwach bezkształtności, ale kto by się tym przejmował, kiedy są praktycznie skondensowaną wersją zdrowej owsianki. Przynajmniej tak lubię o nich myśleć. Kolejny raz w ostatnich tygodniach wybrałam pieczenie ciastek zamiast wyjścia na siłownię i jest to dość niepokojące. Nie żeby działały na mnie szlagiery reklamy takie jak “zamień wałeczki na figurę laseczki”, ale dla uspokojenia sumienia, czasami warto się pojawić na znajomym eliptyku, przywitać się z obsługą i uznać, że skoro nadal cię poznają, to jeszcze nie jest tak źle.

W każdym razie, nie zamierzam się tłumaczyć z tych ciastek, bo nie mają ani grama czekolady, suszone morelki to samo zdrowie, o płatkach owsianych nie wspominając. Idąc tym tropem praktycznie mogłabym uznać, że pieczenie ciastek jest zdrowsze od siłowni. Ale będę bardzo wdzięczna każdemu, kto przywróci mnie do porządku..

Składniki na około 40 niewielkich ciastek:

175g masła (dobrze się zaczyna, jak na zdrowe ciastka..)
250g brązowego cukru
1 jajko

375g płatków owsianych (górskich)
149g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

100g suszonych moreli (ale tutaj proporcje wg uznania – możesz zastąpić też figami czy daktylami)

4 łyżki wody
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego

1. Utrzyj masło z cukrem, a następnie wbij jajko, dodaj wodę, ekstrakt i dokładnie wymieszaj.

2. W oddzielnej misce wymieszaj sypkie składniki: płatki owsiane, mąkę, sól, sodę. Posiekaj drobno morele i dorzuć do miski. Powoli dodawaj mieszaninę do masła z cukrem i jajkiem, cały czas mieszając.

3. Łyżką nakładaj porcje ciasta na formę wyłożoną papierem do pieczenia. Piecz w temperaturze 180 stopni przez około 15 minut.

Smacznego!

Bezowy tort cytrynowy, czyli o tortowym Świętym Graalu

To jest ten moment, kiedy chwalę się moim dzieckiem – kupiłam Kitchen Aida. Spękałam z kolorem, bo zawiedziona zbyt mlecznym odcieniem “Jagody”, poszłam w kremową klasykę. Nie będę wypisywać tu nazw, jakich używam zwracając się do mojego miksera, bo sam fakt, że takowe istnieją jest dość kompromitujący, ale jedno jest pewne – daje mi on dużo, dużo radości.

Nie będę jeszcze zdradzać, do jakich eksperymentów Kitchen Aid posłużył na początku, ale teraz pora pochwalić się pierwszym tortem bezowym przygotowanym z jego udziałem. Jest to kolejna część serii o pamiętnej kolacji – robię mały przeskok, ale do dań głównych jeszcze wrócę.

Kto kiedyś był w “Słodki… Słony…” – warszawskiej cukierni Gesslerowej, powinien kojarzyć te przepiękne bezowe bajzle, które kuszą zwykle obok kasy. Mam lekką obsesję na punkcie tych tortów, zwłaszcza wersji kawowej i wiem, że nie jestem jedyna. Bezowiec kawowy ma idealne zastosowanie w strategii samonagradzania. Jednak teraz, kiedy odkrywam tajniki tego typu ciast, pewnie będę szukać jeszcze bardziej absurdalnych powodów, żeby samodzielnie przygotować sobie taki malutki, skromniutki torcik. Mam jedno niecenzuralne określenie na stan zbytniej dostępności baaardzo grzesznego jedzenia, ale ograniczę się do tego: dobrze, że przynajmniej tracę kalorie kicając z radości, kiedy białka same się ubijają.

Składniki (do tortu o średnicy ok. 23cm):

biszkopt:
125g bardzo miękkiego masła
4 żółtka
100g drobnego cukru
100g mąki pszennej
25g mąki kukurydzianej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
skórka otarta z 1 cytryny
4 łyżeczki soku z cytryny
2 łyżeczki mleka

beza:
4 białka
odrobina soli
200g drobnego cukru

a do środka:
150ml śmietanki – do ubijania

150g kremu cytrynowego lemon curd (do kupienia np w Marks & Spencer lub delikatesach) lub kwaśnej konfitury (pomarańczowa lub z mirabelek powinna też świetnie pasować)

1. Wymieszaj dobrze żółtka jajek, 100g cukru, masło, mąkę pszenną i kukurydzianą, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną i skórkę z cytryny. Tutaj po raz pierwszy przydaje się mikser.

2. Następnie dodaj do mikstury sok z cytryny i mleko i dodatkowo wymieszaj.

3. Podziel miksturę między dwie wysmarowane masłem formy i rozsmaruj je na nich. Nie muszą być idealnie równe wielkością, ważne, żeby okrągłe placki, jakie masz stworzyć, były takiej samej wielkości – to będą kolejne warstwy Twojego ciasta. Do rozsmarowania użyj silikonowej szpatułki, ułóż masę tak, by tworzyła dość równą i cienką, ale nieprześwitującą warstwę.

4. Ubij białka z odrobiną soli, a następnie bardzo powoli (kiedy białka nadal są ubijane – znowu mikser) dodawaj 200g cukru. Rób to partiami, żeby białka nie opadły. Tutaj najważniejsza jest cierpliwość – musisz uzyskać naprawdę sztywną pianę.

5. Rozłóż ubitą pianę z białek po równo na dwie wcześniej przygotowane biszkoptowe podstawy. Jedna forma będzie podstawą ciasta – dla niej białka powinny być uformowane “na płasko”. Druga forma będzie wierzchem – tutaj uformuj białka na biszkopcie dowolnie, ładnie wyglądają kiedy tworzą jakby bezowe chmury – po prostu nie uklepuj zbytnio białek i voila 🙂 Wierzchnią bezę możesz dodatkowo obsypać lekko cukrem.

6. Wsadź obie formy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 20 – 25 minut. Jeśli piekarnik na to nie pozwala, możesz robić to partiami.

7. Kiedy czas upłynie, upewnij się, że beza w środku jest upieczona – możesz do tego użyć wykałaczki – nic nie powinno się do niej przykleić. Wierzch lekko się zarumieni – to nic złego.

8. Kiedy ciasto ostygnie, bezy lekko opadną i mogą popękać, ale to nie zepsuje ich smaku 🙂 Wyjmij je delikatnie z form i ubij śmietanę.

9. Tuż przed podaniem przygotuj konstrukcję: na spód idzie biszkopt z płaską bezą, następnie połóż bitą śmietanę, potem lemon curd lub konfiturę, a na sam koniec biszkopt z “nieułożoną” bezą.

Smacznego!

Sosy musztardowy i jogurtowy, czyli wyjście najłatwiejsze z łatwych

Jeśli mielibyście ochotę odpicować opisane wcześniej frankfurterki w cieście, a słusznie uznajecie, że warzywa do mięsnej uczty nie są konieczne, proponuję mały zestaw sosów. Przez długi czas sosy mnie mocno onieśmielały i wolałam kupować proszkowane gotowce do zalania oliwą z wodą, jednak człowiek uczy się całe życie.

Możecie dowolnie zmieniać proporcje zależnie od preferencji – śmietana zawsze łagodzi smak, miodem możecie podkręcić sos musztardowy, jeśli uznacie go za zbyt ostry. Pełna dowolność i naprawdę duża satysfakcja, że tak małym nakładem sił możecie udawać pełen kulinarny profesjonalizm.

Na sos musztardowy wymieszaj takie składniki:

2 duże łyżki musztardy Dijon (może być miodowa)
1 łyżkę musztardy ziarnistej
1 dużą łyżkę śmietany 22%

A na sos jogurtowy wymieszaj takie:

2 łyżki jogurtu greckiego
1-2 łyżki śmietany 22%
1 łyżkę oliwy z oliwek
pół ząbka czosnku (drobno posiekany)
sól, pieprz – wedle uznania

Smacznego!

Frankfurterki w cieście, czyli o spełnianiu marzeń mięsożerców

Było jedno założenie dla sobotniej kolacji – zakaz korzystania z jakiegokolwiek wcześniej wykorzystanego przepisu. Sprawa o tyle trudna, że zabroniłyśmy gościom przynosić jedzenia, więc w wypadku nieudanego eksperymentu nie było linii obrony. Jednak kielecki upór i bydgoski rozsądek pomogły w przygotowaniu 5 nowych dań, którymi oczywiście zamierzam się chwalić ile wlezie.

Pierwsze na stół wjechały frankfurterki. Nie ma nic prostszego niż parówka w cieście, a jej kielecka wersja z Piekarni pod Telegrafem nie raz uratowała mnie w chwilach skrajnego głodu czy skrajnego smutku (kto spróbował ten zrozumie – zwłaszcza, kiedy mówimy o grzesznej wersji z serem na wierzchu..).

W wersji warszawskiej powstała edycja mini, z własnoręcznie robionym ciastem, które możecie zastąpić gotowym ciastem francuskim przy ataku lenistwa. Jednak ciasto gorąco polecam – z resztek ulepiłam kulki, które wchłonęłam jeszcze przed przyjściem gości. Wyobrażam sobie tą przystawkę w wersji wegetariańskiej, z przeróżnymi sosami i może nawet warzywami. Po prostu na bazie tego prostego przepisu możecie stworzyć sobie przystawkową utopię niskim nakładem czasu i stresu – imprezowy pewniak po prostu.

Składniki (na około 35 sztuk):

Ciasto:
150g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
15g startego żółtego sera
125ml mleka
1 jajko (plus jeszcze jedno do posmarowania ciasta przed pieczeniem)
1,5 łyżki oleju

300g frankfurterek

1. Wymieszaj składniki na ciasto ręcznie lub za pomocą robota kuchennego – najważniejsze, żeby w przypadku tego ciasta składniki naprawdę dobrze się połączyły.

2. Rozwałkuj ciasto (możesz robić to partiami dla oszczędności miejsca) i zawijaj w nie frankfurterki.

3. Przekrój każdą owiniętą ciastem parówkę (czy frankfurterka to właściwie parówka?) w poprzek na 3 lub 4 części.

4. Posmaruj każdy kawałek jajkiem roztrzepanym z odrobiną mleka.

5. Piecz przez około 12 minut w temperaturze 220 stopni. Możesz podawać na ciepło lub na zimno, odgrzewanie też dozwolone.

Smacznego!

Biscotti nr2 z białą i ciemną czekoladą, czyli o destrukcyjnym wpływie literatury

Jeśli ktoś potrafi czytać książki kucharskie bez nabierania dzikiej chęci do jedzenia, to albo czytając coś zjada, albo kłamie. W trakcie przygotowań do Kolacji Stulecia, stół powoli znika pod natłokiem książek kucharskich, co ma koszmarny wpływ na moją równowagę psychiczną. To jest tak jak z oglądaniem programów podróżniczych, tylko gorzej. Piękni ludzie w pięknych miejscach wywołują u mnie frustrację z kategorii “czemu mnie tam teraz nie ma”, jednak podświadomie czuję, że po prostu w danej chwili teleportacja z kanapy na Nową Zelandię na przykład jest zbyt skomplikowana.

Dużo gorzej jest z jedzeniem – oglądając programy kulinarne czy właśnie czytając przepisy pojawia się uczucie “czemu tego teraz nie jem”, tylko że tutaj podświadomość nie ma wystarczających właściwości terapeutycznych. Wypad do sklepu jest bardzo realny, a do tego jeszcze można liczyć na pomoc składników w domu. I wtedy, kiedy nie mogę już patrzeć na kolejne zdjęcie ślicznych ciastek/makaronów/owoców, pojawia się problem.

Na dwusetnej stronie kolejnej książki dałam za wygraną i wpadłam do kuchni zrobić biscotti. Przepis Nigelli miał w tytule “breakfast”, co pozwalało mi się łudzić, że nie rzucę się na ciastka późnym wieczorem. Niesamowite, jak z wiekiem nie przestaję się oszukiwać.

W każdym razie, są dwa dobre punkty tej historii: biscotti uratowały mnie od deprechy i zrobiłam naprawdę fajne, śniadaniowe ciastka. Przed podaniem zawsze uprzedzam o konieczności maczania w kawie (biscotti z natury mają być twarde), ale widziałam na własne oczy osoby, które je zjadły bez tego i przeżyły. Biscotti w każdej formie po prostu rządzą.

Składniki na około 14 sztuk:

2 średnie jajka
100g drobnego cukru
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
125g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
garść migdałów w płatkach
50g ciemnej czekolady
50g białej czekolady

1. Utrzyj cukier z jajkami, a następnie dodaj ekstrakt migdałowy.

2. Powoli dosyp mąkę, proszek do pieczenia i sól, cały czas mieszając.

3. Kiedy wszystkie składniki się połączą, dorzuć migdały i pokruszone kawałki czekolady. Wymieszaj.

4. Z ciasta uformuj rulon jak na bagietkę, lekko go spłaszczając.

5. Piecz ciasto na papierze do pieczenia w temperaturze 180 stopni przez 25 minut. Następnie wyjmij z piekarnika, odstaw na 5 minut do ostygnięcia i pokrój na małe kromki o grubości około 1cm.

6. Rozłóż ciastka z powrotem na papierze i piecz przez kolejne 10 minut. Następnie obróć je i dopiecz, jeśli to konieczne (zależnie od wielkości piekarnika wg mnie) przez kolejne 5 minut.

7. Podawaj po ostygnięciu lub przechowuj je w szczelnym pojemniku na najbliższą okazję przy kawie 🙂

Smacznego!

Pieczone figi z mascarpone, czyli zabawy wieczorową porą

Do niedawna mój kontakt ze świeżymi figami ograniczał się do epizodu, kiedy to mieszkałam pod chorwackim figowcem na kempingu. Wszyscy się nim zachwycali, ale mnie wówczas najbardziej cieszył fakt, że mogę pod tym drzewem trzymać dmuchany materac i leżeć sobie na nim w cieniu. Byłam młoda i głupia, co tu dużo mówić.

Moje ignoranckie zachowanie postanowiłam odkupić odpowiednim uczczeniem sześciu żywych fig, na które przypadkiem trafiłam w sklepie. W garnku stopiłam masło z cukrem, cynamonem i wodą różaną, wyjęłam mascarpone, a figi wylądowały w piekarniku. Kiedy w mieszkaniu poczułam boski kwiatowy zapach przypomniałam sobie, dlaczego tak uwielbiam robić desery wieczorami. Chodzi o rytuał, który można wytworzyć tylko na koniec dnia, kiedy czuję, że nic nie muszę i zasłużyłam na coś tylko dla siebie. Kiedy postanawiam spędzić wieczór w kuchni nie ma już miejsca na wyrzuty sumienia na myśl o niewykonanych telefonach czy nieodbytych spotkaniach. W tym wypadku chodziło o spontaniczne i proste sprawienie sobie przyjemności i to się, jak to zwykle bywa z udziałem czegoś słodkiego, udało. No i odkupiłam te biedne i zapomniane figi z Chorwacji, mam nadzieję.

Składniki (dla 2-3 osób):

6 świeżych fig
200g serka mascarpone

25g masła
1 łyżeczka cukru waniliowego (lub więcej do posypania dodatkowo serka mascarpone)
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka wody różanej

1. Stop masło z wodą różaną, cukrem i cynamonem.

2. Na każdej z fig zrób po dwa nacięcia, żeby mogły “rozwinąć się” podczas pieczenia. Polej je odrobiną gorącego syropu.

3. W piekarniku nagrzanym do 200 stopni piecz figi przez 15 minut.

4. Podawaj z serkiem mascarpone polanym dodatkowo pozostałym syropem.

Smacznego!

Pizza z sosem śmietanowym, szynką i fetą, czyli o zarządzaniu kryzysowym

Wczorajszy dzień upłynął w dużej mierze w trybie poimprezowym, jednak tego typu sytuacje podbramkowe sprzyjają kreatywności. Pizza sprawdziła się bosko – prosta, nie wymaga wysiłku, idealna na dzień przed telewizorem. Przynajmniej teoretycznie, bo z jednej strony marzyłam o dniu kanapowym od dłuższego czasu, ale chęć na piękną kulkę mozarelli do pizzy wygrała. To ciekawe, że kiedy nawet dzień nie sprzyja jakiejkolwiek aktywności i mięśnie nie są w najlepszym stanie, o wiele łatwiej jest się ruszyć kiedy w perspektywie znajduje się porządna mozarella. 
Ze spaceru po kawałek sera przyniosłam gigantycznego Larousse Gastronomique, ale o tym opowiem przy okazji opisywania patentów na jak najszybsze przepuszczenie pensji. 
Wracając do pizzy – mozarelli nie przyniosłam (ten sklep akurat postanowili zamknąć na niedzielę), została zastąpiona fetą i szynką. Z białym sosem wypadło to świetnie i szczerze mogę polecić go jako bazę do praktycznie każdej pizzy, która zawiera jakieś mięsko lub ostrzejszy ser. Czyli do każdej najsmaczniejszej. Z ciastem poszłam tym razem na łatwiznę, używając mąki do pizzy z suchymi drożdżami, ale mam wypróbowany już jeden przepis, który może być niezłą bazą na ciasto przygotowane w normalnym trybie.

Składniki na ciasto:

250g mąki do pizzy (z drożdżami w proszku)
160ml ciepłej wody
1-2 łyżki oliwy
sól i pieprz do smaku
Składniki na biały sos do pizzy:
200g śmietanki 30%
połowa cebuli
1-2 ząbki czosnku
oregano
tymianek
Dodatki (wg uznania):
100g fety
3 plastry szynki
liście bazylii
1. Zagnieć ciasto mieszając wszystkie składniki. Uformuj kulkę i odstaw w naoliwionym naczyniu.
2. Zeszklij pokrojoną cebulkę, dodaj posiekany czosnek. Następnie wlej śmietankę i dosyp przyprawy. Gotuj na średnim ogniu, aż sos zgęstnieje. Mnie to zajęło około 10 minut. Pamiętaj, żeby co jakiś czas mieszać sos na patelni, żeby nie wykipiał.
3. Z kulki uformuj spód, zostawiając więcej ciasta na brzegach. Wylej sos i następnie dodaj pokruszoną fetę i pokrojoną szynkę. Możesz dodatkowo posypać wszystko oregano.
4. Piecz pizzę w temperaturze 200 stopni przez około 25 minut.
Smacznego!

Ciasto podwójnie cytrynowe z migdałami, czyli obrzędy ku czci pogody

Mam bardzo mało ambitne wytłumaczenie, dlaczego zrobiłam akurat ciasto cytrynowe – jest żółte. Czyli pozytywne. Jak pogoda w ostatnich dniach. Zazwyczaj pamiętam o prawidłowości, że wspominając o pogodzie: a) stoję w kolejce i ktoś mnie zaczepia, b) nie mam już nic ciekawego do powiedzenia. Jednak w tym wypadku mam na swoją obronę prosty fakt, że bez słońca na dłuższą metę żyje się kiepsko więc kiedy już postanowiło się pojawić, daję sobie prawo do poświęcenia mu więcej uwagi.
Z powodu niedoświetlenia, zaczęłam już się zastanawiać nad wizytą w solarium i obsesyjnie marzyć o prysznicu z kolorowymi diodami, żeby rano się ożywiać na żółto, a wieczorami uspokajać na niebiesko. To już nie to samo co moje dawne bardzo kompromitujące marzenia o lampie z lawą, ale rozumiecie sytuację – było źle.
Na szczęście poprawa sytuacji nastąpiła automatycznie – nucenie dziarskich piosenek i wypatroszenie ipoda z bardziej depresyjnych kawałków to pierwsze sygnały, teraz przyszła pora na śliczne żółte ciastko i prześwietlone zdjęcia. Jest ono dość podobne do jednego z moich ulubieńców, pomarańczowego ciasta z kaszą manną, przy którym doceniłam dodawanie syropu po pieczeniu. Ten deser nie wymaga kombinowania – po prostu wymieszajcie składniki, a w zamian dostaniecie pyszne, żółte ciasto, którego zjedzenie możecie potraktować jako obowiązek w celu uczczenia pierwszych dni wiosennego słońca. Bierzcie i jedzcie – nie wiadomo, ile będziemy mieli takiego pogodowego farta.

Składniki (dla kwadratowej formy o boku ok 23cm):
Ciasto:
200g miękkiego masła
200g drobnego cukru
200g migdałów w płatkach
100g mąki kukurydzianej (lub polenty)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3 jajka
skórka otarta z 2 cytryn
Syrop:
sok z 2 cytryn
125g cukru pudru

1. Wymieszaj masło z cukrem, a w oddzielnym naczyniu wymieszaj sypkie składniki: migdały, mąkę, proszek.

2. Dodawaj sypkie składniki i jajka do maślanej masy, stopniowo, naprzemiennie i stale mieszając.

3. Kiedy uzyskasz jednolitą masę, wmieszaj skórkę z cytryny.

4. Piecz ciasto przez około 35 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

5. Przygotuj syrop gotując sok z cytryn i cukier w małym naczyniu. Kiedy cały cukier się roztopi – syrop jest gotowy – nie musi być bardzo kleisty.

6. Po wyjęciu ciasta ponakłuwaj je delikatnie wykałaczką i wylej ostrożnie syrop, pilnując, czy masz wystarczająco dużo otworów, żeby jak najwięcej sosu mogło wsiąknąć w ciasto.

Smacznego!

O innych truflach i szynce ze szczęśliwej świni, czyli sztuka przetrwania Rzymie

Nigdzie wydawanie pieniędzy na jedzenie nie było tak łatwe jak w Rzymie. Wykładając kolejne słoiki na stół przez chwilę zrobiło mi się głupio, ale nie ma miejsca na wyrzuty sumienia w towarzystwie kremu z białych trufli czy oliwy z cytryną i rozmarynem. Na swoje usprawiedliwienie mam jedno – jedzenie z Rzymu uszczęśliwia. To nie są półprodukty, którym musicie poświęcić dużo uwagi czy opanować skomplikowane umiejętności. Do większości przywiezionych składników potrzebuję makaronu, bagietki lub kawy. I już. Jak dla mnie nie istnieje lepsza rekomendacja.
Wbrew pozorom starałam się też zwiedzać i nie wchodzić do każdego sklepu z jedzeniem (tak w ogóle to oliwa pod di Trevi ma dwukrotne przebicie ceny – strzeżcie się). Paulinkowe notatki z odpowiednimi oznaczeniami wskazały nam drogę do kultowych lodów czy makaronów, a do tego Lonely Planet powiedziało nam, gdzie można dostać obłędną bruschettę i domowe wino. A dla zainteresowanych szczegółami, oto moja subiektywna toplista (kolejność przypadkowa):
1. Ricci Est! Est! Est! – via Genova 32 – stara pizzeria/winiarnia (od 1900 roku). Bruschetta, która nauczyła mnie kochać pastę truflową i pizza z crema di carcioffi i szynką parmeńską. Wróciliśmy tam także po domowe białe wino. Mogłabym tam zamieszkać.
2. Pastarito – via IV Novembre 139 – nieprzyzwoicie duże półmiski makaronu, z których każdy jest pyszniejszy od poprzedniego. Tutaj polubiłam sałatę radicchio, której gorzkawy smak rewelacyjnie łączy się z owczym serem. Właściwie to już nie wiem, co nie łączy się z owczym serem – dzisiaj na kolację polałam go octem balsamicznym aromatyzowanym owocem granatu, potem dorzuciłam konfiturę z fig i uznałam, że jestem w niebie.
3. Sant Eustachio – Piazza Sant Eustachio 82 – nie wierzcie Julii Roberts, która w Jedz, Módl się, Kochaj kupuje tam kawę machając rachunkiem i krzycząc z nowowyuczonym akcentem. Tłum – jest. Włosi – są. Kawa – jest.  Ale jak po prostu zastosujecie staropolską metodę wystawionego łokcia, spokojnie dotrzecie do kontuaru i po chwili odbierzecie najlepszą, mocną kawę w Rzymie (z dala od cukru!).
4. La Barrique – via del Boschetto 41b – kiedy dostaliśmy kilkunastostronicową kartę win, uznaliśmy, że mamy problem. Słusznie oddaliśmy nasz los w ręce pani kelnerki, która na bank zdała wszystkie egzaminy somelierskie. Potem było tylko lepiej, kiedy właściciel zaczął kroić szynkę parmeńską. Zamówieniem tej szynki udało mi się stłumić presję towarzystwa, żebym uczciła szampanem zakup moich Szpilek. Szynka okazała się sto razy lepsza.
5. Alimentari Placidi – via Le Manzoni, 15/17 – ostatniego dnia w tym sklepie przemiły pan pokroił nam plastry szynki parmeńskiej i kawał sera. Jest tam też cała półka poświęcona truflom i rzędy grzesznych past i kremów. Szynka i ser zostali później zabrani na spacer pod Koloseum i przylecieli bezpiecznie do Polski.
Nie chcę dopuścić do zmęczenia materiału, więc zatrzymam się na tym etapie. Prawda jednak jest taka, że chociaż ludzi pod di Trevi jest nienormalnie dużo i choć na Awentynie w niedzielę nie podają tiramisu przed południem, to Rzym z perspektywy jedzenia jest wyjątkowy, kuszący i uzależniający. A że nie zjadłam trippa alla Romana, bo jestem mięczak, nie mam wyjścia i muszę tam wrócić.

Ciastka czekoladowe, czyli psychoanaliza dla początkujących

Sprawa jest prosta i powtórzę kolejny raz: kiedy nie jest dobrze, potrzeba czekolady. Ostatnie czekoladowe ciastka przygotowywałam też w nie najlepszym stanie i zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to jakieś zjawisko psychologiczne, które można by zdefiniować, przebadać i opisać, żeby na przyszłość móc sobie lepiej radzić z problemami. Jestem ostatnio bardzo za uproszczaniem świata. Serio. Potrzebuję tylko więcej silnej woli, żeby przestać komplikować wszystko dookoła.
Między innymi komplikuję wszystkie trudniejsze sprawy, które próbuję powiedzieć prosto w oczy. Zazwyczaj  kończy się na tym, że w ważniejszych dla mnie tematach powiedzenie tego, co mam na myśli, staje się niezwykle trudne albo nawet niemożliwe. Zawsze w takich sytuacjach zamykam za sobą drzwi i w głowie mam tylko “jak to w ogóle możliwe, że to powiedziałaś”. Zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że mówimy o tej samej osobie, która ma bloga i w wieku parunastu lat napisała książkę dla rodziców w ramach programu “Kupcie mi chomika”. I to niedługo po napisaniu pierwszej książki o krainie radosnych królików (10 l.).
Podsumowując: jestem trochę przytłoczona i próbuję się ratować. Kwestia artykułowania problemów to jedno, a doraźne narzędzia to drugie. I tutaj pojawia się czekolada. Jedzona normalnie (lub nienormalnie, w ilościach hurtowych), nie załatwi sprawy, bo żeby naprawdę docenić jej terapeutyczne właściwości, trzeba się na niej skupić. Topienie, kruszenie, mieszanie – chociaż na chwilę mogą to być decyzje, od których zależy nasze szczęście. To cudowne, że można się do nich ograniczyć, chociaż chwilowo, żeby poczuć się lepiej. Nie potrzebuję wtedy wielkich zmian czy wielkich wyznań, wystarczy mi tylko takie małe, chrupiące ciastko, prosto ze ślicznej książki ze ślicznymi obrazkami. Polecam wszystkim zmęczonym, czymkolwiek.

Składniki (na około 12 ciastek):
50g masła
400g czekolady (mlecznej lub deserowej – wg uznania)
2 jajka
145 brązowego cukru
1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego lub waniliowego
85g mąki
1/2 łyżeczki soli
1/2 proszku do pieczenia
1. Roztop czekoladę i masło w garnku ustawionym nad garnkiem z parującą wodą. Pamiętaj, żeby garnek z czekoladą nie dotykał dnem tego z wodą.
2. Ubij jajka z cukrem i ekstraktem. Dolej czekoladowo-maślaną masę i wymieszaj dokładnie.
3. W innym naczyniu wymieszaj mąkę, sól i proszek do pieczenia. Następnie dodawaj masę czekoladową partiami, powoli, dokładnie mieszając.
4. Formuj kulki z ciasta używając łyżki do lodów lub zwykłej łyżki do zupy. Pamiętaj, żeby umieszczać kulki w odstępach – będą się rozlewać w trakcie pieczenia.
5. Piecz ciastka w temperaturze 170 stopni przez 10-15 minut. Przed podaniem lub przełożeniem odczekaj około 10 minut, dając im czas, aby stwardniały.
Smacznego!