Mufiny marchewkowe z kremem cytrynowym, czyli ulubione ciasto w mniej grzesznej wersji

Mufin, jaki jest, każdy widzi, a jego cudowne właściwości opisywałam już nie raz. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że moje ulubione ciasto marchewkowe pewnego dnia po prostu przelałam do foremek.

Nie byłabym też sobą gdybym nie znalazła sposobu na dodanie cytryny, ale z szacunku do ludzi, którzy mają mniej monotematyczne upodobania zaznaczam – jeśli pominiecie sok cytrynowy w kremie, też na pewno będzie dobry, a ja postaram się nie obrazić 😉

Polecam zrobić więcej kremu i trzymać w lodówce na sytuacje kryzysowe – nigdy nie zawodzi. O każdej porze dnia i nocy i chętnie dopasowuje się do zwykłej łyżki, lodów, czy nawet bagietki. To w ramach bardzo dekadenckiego podejścia do śniadania, które każdemu się raz na jakiś czas przecież należy.

Składniki (na 12 mufinów)

Ciasto:

4 jajka
100g drobnego cukru
100g brązowego cukru
200ml oleju roślinnego
250g mąki pszennej
2 łyżeczki cynamonu
1/4 świeżo startej gałki muszkatałowej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
300g obranych i startych marchewek

Opcjonalnie: garść płatków migdałowych

Krem (wersja cytrynowa lub waniliowa):

100g miękkiego masła
125g cukru pudru
135g kremowego serka (np. Philadelphia)
szczypta soli

Opcjonalnie: sok z 1/2 cytryny lub 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

1. Zacznij od przygotowania ciasta. Ubij jajka z cukrem, a następnie, cały czas mieszając, dodawaj powoli olej.

2. Następnie dodaj wszystkie pozostałe składniki oprócz marchewki i migdałów. Przemieszaj wszystkie składniki, żeby się dobrze połączyły, a na koniec dodaj startą marchewkę i migdały.

3. Wlej ciasto do foremek na mufiny i piecz je w 170 stopniach przez 25-30 minut. Po wyjęciu z piekarnika pozwól im zostać w formie prze około 15 minut, a następnie wyjmij je najlepiej na metalową kratkę.

4. W międzyczasie przygotuj krem: najpierw dobrze wymieszaj masło i cukier puder, aż stworzą jednorodną, jasną masę. Następnie dodaj serek, cytrynę lub wanilię oraz maleńką szczyptę soli. Dobrze wymieszaj. Nakładaj krem na wystudzone mufiny. Ja ozdabiam je jeszcze startą skórką z cytryny.

Smacznego!

Zupa cebulowa z miodowymi grzankami, czyli słowo na listopad

Musicie wiedzieć, że z założenia nie byłam nigdy fanką ani zup, ani cebuli. Osłabiona jednak chorobą poddałam się sugestiom mojej Siostry, która nie zna strachu, a tym bardziej słowa “nie”. No i zwierzyłam się Wam ostatnio odnośnie planów kuchennych eksperymentów.. Obiecałam też sama sobie, że nie wrócę do czasów chlebków pita nadziewanych serkiem topionym jako główne danie każdego tygodnia. Tym sposobem – powstała zupa, której zjadłam trzy talerze pod rząd. I tęsknię za czwartym.

To bardzo łagodne danie, idealne dla mojego listopadowo-chorobowego stanu. Ma ten smak, który od razu przywołuje na myśl kojący i prosty obrazek, z kocykiem i fajnym serialem w roli głównej. Myślę, że spokojnie sprawdziłoby się w wersji glamour, ale nie o to chodzi o tej porze roku, przynajmniej nie w moim słowniku.

Składniki (na ok.4 porcje):

3 duże cebule
1 łyżka masła
1 łyżka oliwy
1/4 szkl. mąki pszennej

bulionetka lub kostka rosołowa drobiowo-warzywna
liść laurowy
sól, pieprz do smaku
3 łyżki śmietany

kawałek sera pleśniowego typu Gorgonzola/Lazur
bułka pełnoziarnista
2 łyżki oliwy
2 łyżki miodu

1. Pokrój drobno cebule, jednocześnie nagrzewając patelnię z oliwą i masłem. W garnku zagotuj litr wody i rozpuść w niej kostkę rosołową.

2. Wrzuć je na patelnię i smaż, aż zmiękną. W momencie kiedy zaczną się już rumienić, posyp je mąką i dokładnie wymieszaj. Smaż przez jeszcze minutę, a następnie wrzuć do wrzącej wody.

3. Do zupy dodaj liść laurowy, około łyżeczki soli (wg uznania – to też zależy, ile i czy w ogóle zamierzasz później dodać ser pleśniowy), pieprz. Gotuj na średnim ogniu przez 30min.

4. W międzyczasie pokrój bułkę na kwadraciki i polej oliwą i miodem. Zapiekaj w piekarniku nagrzanym do 150 stopni przez 10 minut.

5. Kiedy czas gotowania minie, zdejmij zupę z ognia, wyjmij liść laurowy i dodaj śmietanę – dokładnie wymieszaj. Jeśli przeszkadzają Ci kawałki cebuli, możesz wrzucić ją do blendera.

6. Przed podaniem wrzuć na wierzch grzanki i pokrojony ser pleśniowy.

Smacznego!

Mufiny w trzech odsłonach, czyli słodyczomania jako reakcja na otaczającą rzeczywistość

To jest ten okres, kiedy na pytanie “To co tam u Ciebie”, odpowiedź “Po staremu” naprawdę, naprawdę jest nieadekwatna. Zmieniłam pracę, w piątek miałam pierwszy dzień w nowej. Pożegnanie z ekipą spod znaku Żurawia (dla wyjaśnienia, ten jakże wyszukany kryptonim to nie obelga, tylko hołd dla mojego ulubionego logo) było dla mnie niepoprawnie wzruszające i trudne. Pozostaje mi wierzyć, że przekupując towarzystwo jedzeniem, będę miała szansę wkupić się w ich łaski także poza terenem biurowca.

Druga rzecz – zmieniam mieszkanie. Już za chwileczkę, już za momencik zrobię zdjęcie na stole w kuchni, którą wstawiłam w miejscu salonu. Jest duża. Jest przy oknach. Niedługo przywitam nieprzyzwoicie duży stół.

Trzecia (taka kolejność wyłącznie z aspektów stylistycznych) – Karola, moja najbliższa i najważniejsza kulinarna recenzentka, wyjeżdża na rok w delegację. Żaden przepis nie wyszedł z kuchni bez jej aprobaty i szczerze, nie wiem, jak Skype zamierza mi to zrekompensować. Nie znam lepszego partnera do degustacji makaroników i do wszelkich podróży kulinarnych – czy to Paryż czy buda z Megażelami na festiwalu. Z drugiej strony – Karola Gotuje. I to jak. Nawet nie chcę zaczynać opisywać pustki, jaką wywoła jej brak obecności w domu, ale dodając do tego jeszcze brak jej sosu pomidorowego – ludzie sobie z takimi zmianami po prostu nie radzą.

W obecnej sytuacji, co robi każda normalna, acz skołowana dziewczyna? Je. Albo gotuje. Tym sposobem zaczynam fazę dań pożegnalnych – brzmi to smutno, jednak o ile smutniej byłoby żegnać się przy chipsach.

Dlatego też na pożegnanie w pracy przygotowałam trzy rodzaje mufinów – trzy smaki, żeby uszczęśliwić frakcje czekoladową, kawową i owocową. A z mojej własnej perspektywy – filozofię Mufina przedstawiłam nie raz i powtórzę – nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie potrafiłby naprawić dobry mufin.

Przepisy powstały na bazie z The Ultimate Muffin Cookbook duetu Weinstein i Scarborough. Kiedy pieczesz Mufiny Dziękczynne dla ludzi, którzy dali Ci tyle uśmiechu co mnie przez ostatnie dwa lata w pracy, nie eksperymentujesz z ciastem, tylko idziesz po radę do Amerykanów, po prostu.

Poniżej podaję składniki na 12 sztuk standardowej wielkości mufinów. Do każdego rodzaju obowiązują takie zasady pieczenia:

1. W oddzielnej misce wymieszaj wszystkie sypkie składniki.

2. W innej ubij jajka, a następnie dolewaj pozostałe składniki płynne. Następnie do sypkich dodaj płynne delikatnie mieszając – tylko tyle, żeby składniki się połączyły, a nie przemieszały za mocno.

3. Piecz mufiny w temperaturze 180 stopni przez średnio 23 minuty.

4. Po upieczeniu ustaw je na metalowej kratce do ostygnięcia.

Dodatkowe uwagi do poszczególnych przepisów podaję poniżej. Proporcje w szklankach – w końcu przepisy są prawdziwie amerykańskie 😉

Mufiny kakaowe z kawałkami czekolady

2 szklanki mąki pszennej
3/4 szkl. drobnego cukru (może być brązowy)
1/2 szkl. przesianego kakao
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
50g posiekanej mlecznej czekolady

2 jajka w temperaturze pokojowej
1 i 1/4 szkl. mleka 2% lub 3,2%
1/3 szkl. oleju roślinnego
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Opcjonalnie: oprócz pokruszonej czekolady możesz dodać garść płatków migdałowych.

Mufiny z cytrynowym kremem

1 i 3/4 szkl. mąki pszennej
1/2 szkl. mąki kukurydzianej
1/2 szkl. drobnego cukru
2 łyżeczki sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli

2 jajka w temperaturze pokojowej
1 szkl. maślanki lub śmietany (min 18%)
1/4 szkl. oleju roślinnego
1/3 szkl. soku z cytryny
2 łyżki skórki startej z cytryny
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Krem cytrynowy: możesz kupić gotowy (np. z Marks & Spencer), lub przygotować własny, na przykład według tego przepisu.

Żeby nałożyć krem, najpierw wypełnij foremki do połowy gotowym ciastem, następnie nakładaj po pół łyżeczki kremu na sam środek każdego mufinka. Na koniec, przykryj mufiny resztą ciasta pilnując, żeby krem był całkowicie “schowany”.

Kawowe mufiny z ciasteczkami Oreo

1 szkl. i  2 łyżki mleka
2 łyżki kawy rozpuszczalnej

2 szkl. mąki pszennej
2/3 szkl. cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
10 pokruszonych ciasteczek Oreo

1 jajko
8 łyżek stopionego i ostudzonego masła
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Przed ubiciem jajek, pamiętaj żeby stopić i ostudzić masło. Przygotuj też mleko – podgrzej je mocno i rozpuść w nim kawę. Następnie ostudź tą miksturę i dodaj do płynnych skłaników.

Smacznego!


Sos pomidorowy z rodzynkami, migdałami i anchois, czyli łoś w świecie Haute Cuisine

W ostatnich dniach miałam najprawdziwszy Kulinarny Tour. I nie chodzi tylko o to, że bardziej niż kiedykolwiek doceniłam bliską odległość Piotra i Pawła, biegając w dresie po kolejne tabliczki czekolady.

To, co jeszcze po kilku dniach doprowadza mnie do stanu kompletnego rozmarzenia to toasty sorbetem marchewkowym, jakie wznosiłam z okazji drugich urodzin magazynu Food & Friends. Nic już nie będzie takie samo po tym wieczorze w Concept 13, taka prawda. Tego wieczoru spróbowałam kilku wyśmienitych dań, które zmieniły moje postrzeganie współczesnej kuchni. Dla przykładu posłużymy się przykładem koronnym – Magiczną Marchewką.

Na początku przyglądałam się stołowi z tajemniczymi mikroporcyjkami na boku talerzy, w oczekiwaniu, aż wjedzie na nie wielki kawał mięsa lub przynajmniej makaron. Nic nie wjechało, a te mikroporcyjki były kompletnym deserem nr 1. Składał się na niego owy marchewkowy sorbet, minipralinka z marakui, kosmiczny plasterek marchewki i czekoladowy malutki obwarzanek w płynnym karmelem..

I w końcu, głównie dzięki temu tajemniczemu plasterkowi marchewki o tak niepojętej konsystencji, zrozumiałam dwie rzeczy. Pierwsza: nic nie wiem o jedzeniu. Druga: chcę się nauczyć. Przez lata nabrałam przekonania, że świadomie wybieram styl prostego, radosnego bajzlu na talerzu, bo nie odpowiadają mi przekombinowane maleńkie potrawo-statuetki wymagające godzin przygotowania. Przed ustaleniem werdyktu popełniłam jeden błąd w kalkulacji – nigdy takiej naprawdę dobrej statuetki nie spróbowałam.

To odkrycie smutne i radosne zarazem, kiedy uświadamiasz sobie, jak ograniczoną masz wiedzę na temat, który Cię pasjonuje, ale jednocześnie odkrywasz, jak wiele jeszcze możesz się nauczyć. I co jeszcze możesz zjeść, w tym kontekście.

A co do ma do kolejnego makaronu, który dzisiaj zjadłam? No cóż, nie od razu Rzym zbudowano. Nie zmienię stylu gotowania z dnia na dzień i nie zacznę się stołować w restauracjach pretendujących do gwiazdek Michelina. Ale ale, zaczęłam po prostu kombinować. Odważyłam się na przepis z anchois, pomieszałam proporcje z oryginału Nigelli, otrzymałam w efekcie coś naprawdę przepysznego.

Wierzę, że znajdę kompromis, który pozwoli mi tworzyć w domu coraz bardziej wyszukane potrawy bez konieczności stosowania ciekłego azotu i tym podobnych gadżetów. Ale oficjalnie nadszedł czas na zakończenie krucjaty przeciwko nowatorskiej i nieoczywistej kuchni. Drogie dzieci, po prostu nic nie wiecie, póki nie spróbujecie.

Składniki (na dwie porcje):

ok. 250g makaronu
200g pomidorków koktajlowych
3 filety anchois
15g rodzynek sułtanek (te złociste)
1 ząbek czosnku
15ml (ok. 1 łyżka) kaparów
25g płatków migdałowych
30ml oliwy z oliwek

opcjonalnie: liście świeżej bazylii i kilka suszonych pomidorów w zalewie

1. Przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu – kiedy będzie prawie gotowy, odlej niecałą szklankę wody z garnka, przyda się na później.

2. W czasie, kiedy makaron się gotuje, wrzuć do blendera wszystkie powyższe składniki, oprócz bazylii. Posiekaj mocno, tak, żeby wszystkie składniki stworzyły pastę z drobnymi kawałeczkami migdałów. Suszone pomidory wykorzystaj wedle uznania – wzmocnią smak pomidorów jeśli nie uda Ci się kupić świeżych, które będą wystarczająco aromatyczne lub jeśli uznasz, że zbyt mocno czujesz smak czosnku czy anchois – wedle uznania 🙂

3. Odcedź gotowy makaron i wymieszaj z sosem. Jeśli będzie go za mało i będzie za gęsty, dolej odrobinę wcześniej odlanej wody.

4. Podawaj ze świeżymi listkami bazylii.

Smacznego!

Ciasto z jabłkami od Nigelli, czyli o urokach domowego ciasta

Muszę przyznać, że na dłuższy czas zapomniałam o Nigelli Lawson, zniechęcona jej rozwojem z zakresie twarzowego botoksu i równie przerażających zdjęć jedzenia, publikowanych na jej fejsikowym profilu. Wiemy dobrze, że smarftony służą głównie do przechwalania się zdjęciami jedzenia, ale niektórzy po prostu powinni się powstrzymać. Ale oto pewnego dnia ujrzałam takie coś i zdałam sobie sprawę, że ja, mimo wszystko, jestem jednak wierna.

I tak powitajmy pierwszy z przepisów z książki Nigelissima – wybór trochę przypadkowy (musiałam zużyć jabłka), lecz niezwykle przyjemny w realizacji. Szczerze, to chyba jeden z tych przepisów, gdzie surowe ciasto jest jeszcze lepsze od gotowego.. Sprawdźcie sami, nic mi później nie dolegało.

Zastosowanie idealnie śniadaniowe – wystawiłam sobie do towarzystwa masło i konfitury Babci, popatrzyłam na jesienne liście za oknem i poczułam się jak naprawdę porządna kura domowa, z herbatką w ręku i zapachem cynamonu w tle. I to bez śladu ironii.

Składniki (do okrągłej formy o średnicy ok. 23cm):

100g masła
250g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
150g drobnego cukru
2 jajka
skórka starta z 1 cytryny
1 łyżeczka esencji waniliowej lub ziarenka z 1 laski wanilii
75ml pełnotłustego mleka, w temperaturze pokojowej
3 duże jabłka (ok. 500g)

cynamon i brązowy cukier do smaku

1. Wymieszaj dokładnie mąkę, proszek do pieczenia, sól, masło, cukier, skórkę cytrynową i ekstrakt waniliowy. Przesiałam wcześniej mąkę z proszkiem i solą, jednak jeśli Ci się spieszy, nie jest to konieczne. Jeśli mieszasz ciasto ręcznie, wykorzystaj taką kolejność: najpierw utrzyj masło z cukrem, potem dodaj jajka, a na końcu mąkę i resztę dodatków. Masa powinna być jednolita i lekko płynna.

2. Przekrój jedno z jabłek i połówkę obierz i podziel na drobne kosteczki. Dorzuć je do ciasta i wymieszaj. Resztę jabłek pokrój na plastry, nie musisz ich już obierać.

3. Posmaruj delikatnie formę masłem i przelej do niej ciasto. Poukładaj plastry jabłek, a następnie posyp je mieszanką cynamonu i brązowego cukru – wedle uznania.

4. Piecz w temperaturze 200 stopni przez 40-45 minut. Podawaj ciepłe, jednak ostrożnie przy wyjmowaniu ciasta z formy – lepiej odczekać kilkanaście minut.

Smacznego!

Tagiatelle z mięsnym sosem nie ze słoika, czyli czar kuchennych klimatów

Od razu uprzedzam – dla tych, którzy zabiorą się za przygotowywanie tego dania na głodniaka, świat nie będzie miłym miejscem. Przygotowanie dania zajmuje około 45 minut, ale jedząc go można odnieść wrażenie, że sam sos ma świadomość swojego okrucieństwa i chce nam się odwdzięczyć swoim cudownym smakiem.

Od pierwszego kęsa wiedziałam, że kończą się czasy tolerancji dla słoikowych sosów do makaronu. Bo prawda jest taka, że mimo uwielbienia do gotowania, mam słabość do wygody, jaką dają gotowce. Wystarczy jednak, że włączę sobie jakiś lekko kompromitujący bit w tle, założę niewyjściowe ciuchy, porozstawiam garnki na każdej płaskiej powierzchni w kuchni i już mamy wartość dodaną do potraw własnego wyrobu – klimat. Żaden słoik Wam tego nie da.

Skłaniki (na 4 porcje):

oliwa (ok. 4 łyżki)
85g wędzonego boczku
1 posiekana cebula
1 posiekany ząbek czosnku
1 marchewka, pokrojona w kostkę
1 natka selera
225g mielonego mięsa wołowego
115g wątróbek drobiowych
2 łyżki passaty (lub siekanych pomidorów z puszki)
125ml białego wytrawnego wina
125ml wywaru wołowego
1 liść laurowy
parmezan do smaku
sól i pieprz

450g makaronu

1. Podgrzej oliwę na głębokiej patelni lub garnku, wrzuć boczek i smaż na średnim ogniu przez około 5 minut.

2. Dodaj na patelnię warzywa: cebulę, czosnek, marchewkę i seler. Smaż przez kolejne 5 minut, co jakiś czas mieszając.

3. Dodaj mielone mięso i smaż wszystko na większym ogniu przez kolejne kilka minut, aż mięso zbrązowieje.

4. Dodaj wątróbki i mieszaj przez 2-3 minuty.

5. Wrzuć passatę, oregano i liść laurowy, dolej też wywar wołowy i wino. Zmniejsz ogień i gotuj wszystko przez około 30 minut. W tym czasie ugotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu dla uzyskania makaronu “al dente”.

6. Odcedź makaron, wyjmij liść laurowy z sosu i wymieszaj wszystko razem. Tuż przed podaniem, posyp porcje startym parmezanem.

Smacznego!

Proste ciasto cytrynowe, czyli przechwałki kulinarne

Kiedy pieczesz jedno ciasto dwa razy pod rząd i za każdym razem nie masz nawet resztek żeby sprawdzić, jak smakuje dzień po upieczeniu, to albo głodzisz swoje towarzystwo przez tydzień i jest im wszystko jedno, co przed nimi postawisz, albo robisz kawał dobrej roboty. Nikogo nie głodziłam. Jestem super w cieście cytrynowym i mogę to sobie nawet wpisać w CV – tak bezwstydnie jestem z siebie dumna.

Sztuka polega na procesie dodawania składników – to klucz do otrzymania tej miękkiej, pełnej konsystencji, która uszczęśliwia mnie bardziej niż zniżka na praliny. Podzielcie składniki na 3 miski – masę jajeczno-cukrową, suche składniki i mleko z wanilią. I dodawajcie do masy jajecznej na zmianę suche składniki i mleko –  i tak kilka razy, bardzo dokładnie mieszając.

Jestem pewna, że to odkrycie to oczywista oczywistość dla bardziej wtajemniczonych, jednak nie mam aspiracji na stanowisko kulinarnego konkwistadora, a jedynie chcę dobrze jeść. Cytryny i ciasto prowadzące do samouwielbienia w moim świecie byłyby podstawą każdego zestawu terapeutycznego.

Składniki (na podłużną formę o wymiarze 23x13cm):
300g drobnego cukru
3 jajka
skórka starta z 2 cytryn
350g mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka soli
250ml mleka 3,2%
ziarenka z 1 laski wanilii
200g stopionego masła
Syrop:
skórka i sok z 1 cytryny
50g drobnego cukru
100ml wody

 

1. W elektrycznym mikserze ubij jajka z cukrem i skórką cytrynową.
2. Do drugiej miski przesiej mąkę, proszek do pieczenia i sól. Do trzeciej miski wlej mleko z wanilią.
3. Łącz składniki dodając do masy jajecznej kolejno: 1/3 suchych składników (mąka itp) i 1/3 mleka – i tak po kolei, na zmianę, aż do połączenia wszystkich składników. W trakcie dodawania, mikser powinien cały czas być włączony na średnie obroty. Kiedy opróżnisz miski z mąką i mlekiem, podkręć obroty i poczekaj aż cała masa stanie się lekka i puszysta.
4. Spowolnij obroty miksera i delikatnie wmieszaj stopione masło – poczekaj aż wszystkie składniki znowu się idealnie połączą.
3. Przelej masę do formy i piecz ciasto w temperaturze 170 stopni przez około 1h15min.
4. Opcjonalnie: możesz przygotować syrop, którym polejesz ciasto, żeby uzyskać słodką skórkę na wierzchu i wilgotniejsze ciasto. Podczas, gdy ciasto się piecze, wrzuć do garnuszka sok i skórkę cytryny, dosyp cukier i zalej wszystko 100ml wody. Doprowadź do wrzenia i gotuj aż do momentu, kiedy objętość syropu zredukuje się o połowę i kiedy uzyskasz kleistą konsystencję.
5. Ciepłe ciasto ustaw na metalowej kratce nad zlewem i ponakłuwaj lekko skórkę wykałaczką. Następnie wylewaj powoli i równomiernie syrop na wierzch ciasta.
Smacznego!

Tarta z cukinią i fetą, czyli kiedy mniej znaczy więcej

Za parę miesięcy zmienię adres, a co za tym idzie – kuchnię. Duża, duża zmiana i duży, duży stół, który dołączy do rodziny. Mam jednak ogromny sentyment do obecnego domu, w którym chyba do perfekcji opanowałam technologię gotowania w miniprzestrzeni. Przy tym rodzaju tarty wspięłam się na wyżyny sprytu i uznajmy, że głównie z braku miejsca, a nie z czystego lenistwa.

Otóż, sprawa jest prosta – nie układam ciasta w formie ani nie szykuję śmietanowego nadzienia, rozwałkowuję ciasto od razu na blasze do pieczenia i rozkładam składniki jeden na drugim. Jeśli macie gdzie postawić garnek z cukinią i blachę właśnie – jesteście ustawieni.

 Składniki (na około 6 porcji – zależy, jak długo chce Ci się rozwałkowywać ciasto):

Ciasto:
250g mąki pszennej
180g masła – zimnego, pokrojonego w kostki
2 szczypty soli
1 łyżeczka cukru
1 jajko
6 łyżek mleka

Nadzienie:
1 średniej wielkości cukinia
5 łyżek tapenady pomidorowej (stoi często przy pesto w sklepach)
1 czerwona cebula
1 opakowanie fety (ok. 180g)
słodka papryka w proszku
sól
pieprz
oliwa

1. Wymieszaj składniki na ciasto – najpierw połącz mąkę, sól, cukier i zimne masło aż do uzyskania grudek. Następnie dodaj jajko i zimne mleko i mieszaj dalej do uzyskania jednorodnej masy. Wyręczam się mikserem, jednak ręcznie jest to oczywiście też proste. Owiń gotowe ciasto folią spożywczą i odstaw do lodówki na minimum pół godziny.
UWAGA: gorąco polecam przygotowanie większej ilości ciasta do zamrożenia. Za jednym razem zrób ciasto z podwojonej ilości składników i zamroź połowę – będzie Ci służyć w czasach kryzysowych 😉

2. Pokrój cukinię na cienkie plasterki i wrzuć na 3 minuty do wrzącej, osolonej wody. Następnie wylej wodę, wlek zimną,  ponownie odcedź cukinię i odstaw na bok.

3. Wyłóż blachę papierem do pieczenia i rozwałkuj na niej schłodzone ciasto. Wałkuj aż do uzyskania cienkiej, równomiernej warstwy ciasta o owalnym kształcie.

4. Ponakłuwaj ciasto widelcem, posmaruj spód tapenadą, zostawiając trochę miejsca wolnego na bokach, które później możesz zawinąć.

5. Na koniec – układaj warstwami cukinię i drobno posiekaną cebulę. Posyp odrobiną czerwonej papryki, solą, pieprzem. Na koniec rozrzuć pokrzuszoną fetę i polej wszystko delikatnie oliwą.

6. Zawiń lekko boki tarty jeśli lubisz, kiedy są grubsze i chrupiące. Jako że w tarcie nie ma płynnych składników, ten element możesz też pominąć 🙂

7. Piecz tartę w temperaturze 180 stopni przez około 40 minut.

Smacznego!

Placuszki z bobu i sera, czyli o walce z obsesjami żywieniowymi

Cierpię na przypadłość, którą nazywamy w rodzinie “zaklętą pętlą burrito” – nazwa dziwna, ale oczywiście ma mocne podłoże historyczne. Dawno dawno temu, kiedy w Kielcach nie było jeszcze galerii handlowej ani żadnej rzeźby dzika, jeździliśmy czasami do Krakowa zaznać klimatów metropolii. Świat Ikei i precli witaliśmy jednak, szczerze mówiąc, z pewnym znużeniem, które zamieniało się w ekscytację tylko w jednym magicznym miejscu na ulicy Św. Tomasza, niedaleko sklepu ze snowboardami. Znajdowała się tam bowiem pewna restauracja meksykańska, tak ważna dla mojego dalszego rozwoju kulinarnego, że przez dalsze lata po jej zamknięciu wracając do Krakowa odwiedzałam inne meksykańskie knajpy w poszukiwaniu dawnego kucharza/menagera/kogokolwiek, kto mógłby przenieść ze sobą magiczny przepis na Burrito Mojego Życia.

Nie będę dodawać, że wraz ze śmiercią tego miejsca umarło moje przywiązanie do Krakowa, a teraz, lata po tym tragicznym wydarzeniu, z każdą wizytą w innej meksykańskiej knajpie umiera moja nadzieja, że kiedykolwiek zjem burrito choć w połowie tak dobre.

Rozpisałam się, ale historia jest prosta: w tamtej restauracji przez lata, przenigdy nie zamówiłam nic oprócz burrito z czerwoną fasolą. A do dzisiaj zawsze, za każdym razem kiedy jestem w meksykańskiej knajpie, przede mną ląduje burrito. Jestem jego zakładnikiem, a raczej zakładnikiem moich pięknych wspomnień. Nie dają mi one szczęścia, tylko rosnące rozczarowanie i niechęć z każdą wizytą w meksykańskiej knajpie.

Morał? Drogie dzieci, walczcie ze swoimi obsesjami żywieniowymi, które prowadzą tylko do udręki. Pozwólcie sobie pomóc. Róbcie placuszki z bobu.

Skąd one w tej historii? Proste – zaklęta pętla burrito przybiera u mnie czasem różne formy. Obecnie obsesyjnie serwuję sobie sałatkę z tuńczyka i fety do pracy. Jestem w stanie zjeść garnek borówek i uznać, że to jedyny owoc na świecie. A potem albo kończy się sezon na borówki, albo nie mogę patrzeć na tuńczyka. Tak czy inaczej – kolejny ciężar do mojego ciężkiego życia.

Dlatego też odpaliłam sobie aplikację Jamiego Olivera, zobaczyłam coś smażonego z serem, bobem, groszkiem, pozmieniałam co się dało i tadaaaa, powstało coś pysznego, niecodziennego i prostego. Ryzyko, że wkręcę się w placuszki i będę się nimi notorycznie żywić jest duże, ale na szczęście parę osób zna dobrze moje słabości i liczę, że zostanę wyciągnięta z ciągu zanim przez te placki stracę kontakt z rzeczywitością.

Przepis (na około 10 placuszków dla dwóch głodnych osób):

ok. 250g bobu
1 czerwona cebula
100g twardego sera typu pecorino, parmezan lub Old Amsterdam (użyłam tego ostatniego)

75g mąki
1 jajko
60ml mleka
sól, pieprz
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżka oliwy
świeża bazylia

1. Do wrzącej i osolonej wody wrzuć bób – nie dostałam świeżego, więc gotowałam mrożony przez 3 minuty. Ważne, żeby nie był rozgotowany, ale skórka zdążyła lekko zmięknąć – nie obieramy go później.

2. Wymieszaj mąkę, jajko, mleko i proszek, dopraw solą i pieprzem. Zetrzyj ser i dodaj go też do masy.

3. Posiekaj drobno cebulę, odcedź przegotowany bób i oba składniki też dodaj do plackowej masy.

4. Smaż na rozgrzanej patelni na łyżce oliwy. Na średnim ogniu wystarczy po minutę-dwie na stronę.

5. Podawaj ciepłe lub zimne, smacznego!

Makaron z kremem z kurek, czyli o potędze blogosfery

Nie wyobrażam sobie, żeby kulinarnej blogosferze był ktoś, kto nie zna Kwestii Smaku. Właściwie była to pierwsza ze stron, na jaką trafiłam próbując gotować i pierwsza, na której zaczęłam spędzać więcej czasu niż na, powiedzmy to sobie szczerze, Pudelku. Internet przez lata nie był moim przyjacielem i nie uznawałam, że można znaleźć w sieci coś więcej niż stertę plotek, których nikt nie czyta, ale każdy dobrze zna.

Teraz, kiedy przeglądam kulinarne blogi i portale poświęcone gotowaniu nie mogę wyjść z podziwu, jak wielkim susem przeszliśmy do ery celebracji jedzenia. Nie zagłębiając się nawet w telewizję czy prasę, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w sieci. Jest to już kanał opiniotwórczy także w kategorii kulinarnej, który ma własne prawa, język, gwiazdy, sukcesy i, no cóż, skandale.

To ostatnie widzieliśmy w okoliczności niedawnej promocji książki plagiatującej przepisy polskich blogerów kulinarnych. Słabe? Słabe. Ale szydło wyszło z worka i to, co zostaje, to jeden fakt – mamy niesamowicie dobrych blogerów kulinarnych, którzy tworzą społeczność, do której coraz więcej osób chciałoby dosięgnąć. Ale sorry, do tego trzeba czegoś więcej niż magii klawiszy ctrl-c i crtl-v.

Kiedyś trafiłam na stwierdzenie, że ilość podróbek jest miarą sukcesu. Chodziło chyba o ciuchy. Smutna teoria, która w jakimś stopniu jednak znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie czuję się silnym elementem blogosfery, ale czuję się świadkiem dużych zmian, które koniec końców odbieram jako pozytywne. Kiedy przeglądam Magazyn Smak czy podglądam na fejsiku poczynania Socjalu czy Beirutu, czuję, że sieciowa swoboda wypowiedzi i kreatywność to przecież zmiana na lepsze.

A tych, którzy odważą się plagiatować poczynania zarówno wielkich jak i małych w kulinarnym necie – dopadniemy i już.

Dzisiaj, symbolicznie bardziej, przepis z linka ukochanej Kwestii Smaku. Nie dorastam do pięt i absolutnie mi to nie przeszkadza, jeśli tylko na stronie mogę znaleźć coś tak pysznego.. Przepis znajdziecie tutaj.