Ciasto marchewkowe, czyli co dobrego z Anglii

Z ciastem marchewkowym sprawa wygląda tak jak z wieloma grzesznymi deserami mojego wykonania: po dodaniu jednego bardzo zdrowego składnika uważam je za dania dietetyczne. I kolejny raz proszę nie wyprowadzać mnie z błędu.
Od dłuższego czasu przymierzałam się do upieczenia ciasta marchewkowego i zebrałam parę naprawdę rewelacyjnych przepisów, więc możecie spodziewać się pewnie wersji drugiej, trzeciej, dziesiątej w najbliższej przyszłości. Ale moje pierwsze ciasto marchewkowe postanowiłam zrobić zgodnie z przepisem z Pret a Manger, mojej ukochanej knajpy, którą poznałam podczas pobytu w Anglii. Traktowałam do miejsce jako ratunek przed mrożonkami, które ze względu na cenę i smak były kuszące, ale za to ich skład doprowadził mnie do alarmowego rozmiaru tyłka a mojego afrykańskiego przyjaciela do “syndromu żyrafy”, jak sam to nazwał. Ani jedno ani drugie nie było przyjemne.
Pret to miejsce, które słynie ze zdrowego podejścia do jedzenia. Żadnych konserwantów, większość potraw przygotowywana na miejscu, a ryba w kanapkach to nikt inny jak “Dolphin Friendly Tuna”. Pół roku nabijałam się z tego określenia, ale kupili mnie. Nie jestem wojującym ekologiem, jednak w kontraście z tym, co oferowały standardowe spożywczaki, kanapki oklejone napisami “organic” stały się moim ulubionym pożywieniem.
A wracając do ciasta. Uwielbiam je. Ze względu na cenę kupowałam sobie jedynie w nagrodę za jakieśtam osiągnięcia i dlatego mogę szczerze przyznać, że ciasto marchewkowe przyczyniło się do całkiem wysokiej średniej na studiach w tym okresie. Nie ma lepszej motywacji niż jedzenie. I do niewielu rzeczy mam większy sentyment niż do tego ciasta.

Składniki (na ciasto do kwadratowej formy o boku ok 20cm):

Ciasto:
2 jajka
200g brązowego cukru
200g mąki
150ml oleju słonecznikowego
200g startej marchewki
50g orzechów laskowych lub włoskich
75g ananasa w kawałkach
25g wiórek kokosowych
25g rodzynek
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka soli

Polewa:
300g cukru pudru (w przepisie jest 400g, ale bez przesady…)
100g serka naturalnego (np. Philadelphia)
50g masła (użyłam 25g i też było dobrze)

1. Najpierw przygotuj polewę dokładnie mieszając masło i serek, a następnie dodając cukier. Wstaw masę do lodówki.

2. Dokładnie ubij jajka, dodaj do nich cukier i wymieszaj, a następnie powoli dolewaj olej.

3. Ósemkami wmieszaj marchewkę, orzechy, ananasa, rodzynki i kokos. Wszystkie te składniki możesz dodawać w proporcjach, jakie najbardziej Ci odpowiadają. Ja do mojej wersji zmniejszyłam ilość wiórek, a dodałam rodzynki, Ty możesz wybrać zupełnie inne dodatki i na pewno będzie pyszne.

4. Do masy wsyp mąkę, cynamon, sodę i sól. Wymieszaj wszystko dokładnie i przelej do formy lekko wysmarowanej masłem.

5. Piecz przez jedną godzinę w piekarniku nagrzanym do 150 stopni.

6. Po wyjęciu ciasta poczekaj, aż ostygnie i wyjmij polewę z lodówki. W oryginalnym przepisie należy przepiąć całe ciasto na pół i wyłożyć jego środek połową masy. Ja jednak wolałam nie ryzykować i postanowiłam położyć więcej polewy na wierzchu ciasta, nie przejmując się zbytnio tym, żeby było równiutkie i eleganckie. Tak czy inaczej, wychodzi pyszne.

Smacznego!

Mufiny czekoladowo-pomarańczowe dla Ewy, czyli pakiet dziękczynny

Prawda jest taka, że ja i Karolcia jesteśmy dość zaradne. Uratowałyśmy już mieszkanie przed powodzią, przetrwałyśmy nienormalne lizbońskie upały, jednej z nas udało się nie zostać ugryzioną przez Yorkshire Terriera, a druga potrafi tak opiekować się bazylią, że nie zdechnie po dwóch dniach od przyniesienia ze sklepu. Jednak są pewne ograniczenia dla całej tej naszej zaradności, jak na przykład MS Office Word.
Ale mamy tyle szczęścia, że w chwilach zwątpienia w sprawiedliwość świata, na horyzoncie pojawia się wybawienie. Karoli objawiło się ostatnio w postaci Ewy, która odratowała jej licencjat z poważnego komputerowego kryzysu. I w takich sytuacjach uruchamiamy nasz pakiet dziękczynny, który obejmuje pełen zakres potraw, które można przygotować z wykorzystaniem max dwóch palników i małego piekarnika (czyli raczej indyk nie wejdzie – taka informacja dla potencjalnych wybawców).
Dlatego też prezentuję dziś przepis na czekoladowo – pomarańczowe mufiny, przygotowane na życzenie Ewy. Wersja ze zdjęcia zawiera ciemne kakao, ostatnim razem przygotowałyśmy je ze słodkim kakao do picia – bardzo, bardzo ciekawe rozwiązanie. Ponadto, jest to zmodyfikowany przepis w stosunku do poprzednich mufinów czekoladowo-pomarańczowych. Myślę, że ta wersja jest lżejsza i naprawdę polecam porównanie obu przepisów wszystkim mufinowym eksperymentatorom.
PS. Siostro, po twojej deklaracji w komentarzu do brownie uznaję, że już się pakujesz, żeby przyjechać wreszcie na ciasto.

Składniki na 12-14 mufinów:
260g mąki pszennej
25g kakao
165g cukru pudru
50g roztopionego masła
160ml mleka
120g śmietany 22%
2 jajka
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 tabliczki czekolady (użyłam mlecznej i białej)
50g kandyzowanej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
1. Roztop masło i pozostaw w garnku do ostygnięcia.
2. Wymieszaj wszystkie składniki. Z lenistwa możesz zrobić to w jednej głębokiej misce, jednak dokładniej wymieszasz wszystko dzieląc składniki na dwie miski. Do jednej wlej mleko, śmietanę, dwa jajka, ekstrakt i roztopione masło. Wymieszaj. W drugiej misce wymieszaj sypkie składniki: mąkę, kakao, cukier, sodę, proszek do pieczenia, pokruszoną czekoladę, skórkę pomarańczową. Na samym końcu połącz składniki sypkie i płynne. Pamiętaj, żeby mieszać je tak krótko, aby tylko dokładnie je wymieszać, wykonaj przy tym jak najmniej ruchów.
3. Rozlej ciasto do foremek i piecz przez 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.
Smacznego!
Posted by Picasa

Hummus paprykowy, czyli ku czci blendera

Możliwe, że zburzę pewien przekąskowy mit, jaki mógł się wytworzyć wokół potraw, jakie podajemy najbliższym na spotkaniach jedzeniowych, jednak z drugiej strony nigdy nie ukrywałam, że dla ograniczenia ryzyka wybieram zawsze na takie okazje najprostsze przepisy. Otóż od kiedy uskładałam sobie na mój wymarzony blender, otworzył się przede mną boski, nieznany wcześniej świat. W nim żadna pasta nie rozbryzguje się po kafelkach. Mąka na kruche ciasto nie ląduje na liściach bazylii. Życie jest proste, sielankowe, w kolorze obudowy mojego blendera.
No i ten mój blender robi dla mnie różne miłe rzeczy, tak jakby uznał, że jego celem jest sprawianie mi przyjemności. W chwilach większej głupawki prawię mogę usłyszeć jak do mnie mówi i pyta, jak mi mija dzień. I przygotowuje dla mnie ten hummus. Niebywale zdrową i pyszną pastę do wszystkiego, od ciabatty po nachosy. Potrzebujecie poświęcić jej jakieś 3 minuty i pogadać ze swoim blenderem.

Składniki (na średniej wielkości miseczkę hummusu):

1 słoik pieczonej lub smażonej papryki
ok. 400g czerwonej soczewicy – przygotowana zgodnie z opisem na opakowaniu (w oryginalnym przepisie jest puszka ciecierzycy)
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
2 łyżki serka typu filadelfia
2 łyżki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
1 łyżeczka soku z limonki
sól do smaku
1. Wrzuć wszystko do blendera i zmiksuj na średnio gładką masę.
Smacznego!

Sałatka z sosem miodowo-musztardowym, czyli pokaż mi swoją Komodę…

Kiedy brakuje ochoty na gotowanie jest mi bardzo łatwo wpaść w ciąg sięgania do Komody. Chyba nie uniknę kolejnej jedzeniowej analogii do mojej osobowości, jednak myślę, że mój system szkicowania portretu psychologicznego na podstawie Komody może Wam kiedyś bardzo pomóc. Jeśli uda Wam się zajrzeć do szafki na jedzenie u osoby, która Was interesuje, to gratuluję. Jesteście na dobrej drodze do poznania jej szybciej, niż by tego chciała. 
W moim przypadku, szafek na jedzenie mamy kilka. Jedak jest też Komoda, do której trafia większość najlepszego jedzenia. Mąka i cukier to nie to, czego należy szukać próbując poznać człowieka. W moim przypadku Komoda reprezentuje najmnorczniejsze cechy charakteru. Jest zagracona. Po lewej stronie, tej trudnodostępnej, znajdują się zdrowe składniki w puszkach: groszek, kukurydza, pesto, papryka. Ewidentnie nie dobieram rozkładu z rozsądkiem. Ich zasięg zmienia się zależnie od etapu życia (na diecie/nie na diecie), ale nigdy zdrowe puszki nie zajmowały wystarczająco dużo miejsca, by dosięgnąć Prawej Strony Komody. Tej zawsze pod ręką. Przepełnionej dobrymi rzeczami. Czekoladą. Ciastkami. Tej bardzo, bardzo hedonistycznej. Prawda Strona Komody obrazuje też mój stan emocjonalny. Maksymalnie zagracona wskazuje na to, że nie mam potrzeby ratowania się grzesznym jedzeniem. Pustawa, no cóż. Wskazuje co wskazuje. 
Mogłabym znaleźć jeszcze dużo podstaw do analizy, ale myślę, że umiecie doskonale wnioskować sami, że na przykład kontakty z osobą, która ma składniki poukładane alfabetycznie będą dość, no, konkretne. I tak dalej. Uwierzcie w moc szafki z jedzeniem po prostu. 
Ale co najważniejsze, Komoda nie pozwala nam umrzeć z głodu. Nigdy przenigdy. I to na jej podstawie wielokrotnie powtarzam, że warto inwestować w długotrwałe składniki. Ten przepis na sałatkę z sosem jest tego doskonałym przykładem. Sałatka jak sałatka, jest bardzo luźną propozycją, którą niezwykle często zmieniam zależnie od zasobów lodówki i nastroju. Ale sos to inna sprawa.. Próbując odtworzyć moją ukochaną wersję z Salad Story zaczęłam kombinować i stworzyłam coś naprawdę pysznego, co wymaga właśnie posiadania kilku buteleczek konkretnych składników. Tak, to jest kilka buteleczek, ale potraktujcie to jako inwestycję.

Składniki (na ok. 2 porcje):
do sałatki (luźna propozycja):
ok. 100g wędzonego boczku pokrojonego w słupki
1 ząbek czosnku
ok. 500g mieszanki sałat
garść czarnych oliwek
starty parmezan
do sosu:
2 czubate łyżeczki musztardy Dijon (miodowej lub klasycznej)
2 łyżeczki octu balsamicznego
2 łyżeczki miodu
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka sosu sojowego
1. Boczek podsmaż z czosnkiem na patelni i odstaw do ostygnięcia
2. Przygotuj sos, mieszając wszystkie składniki. Proporcje możesz zmieniać wg uznania, trzymając się podstawowej zasady: musztarda zaostrsza, miód dosładza. Jeżeli chcesz zwiększyć ilość sosu i jednocześnie go lekko osłabić, dolej oliwy. W moim przypadku kluczem do uzyskania pożądanego smaku był sos sojowy, jednak myślę, że bardzo trudno zepsuć ten sos, więc możesz spokojnie eksperymentować z proporcjami. W najgorszym wypadku dodając kolejne elementy i ratując się równoważeniem ich innymi uzyskasz po prostu dużo sosu. A to nigdy nie jest zła sytuacja.
3. Wrzuć wszystkie składniki do miski warstwowo i już.
Smacznego!
Posted by Picasa

Potrójnie czekoladowe ciasteczka, czyli coś od siebie

Nie jestem ostatnio najbardziej dziarską osobą na świecie, chociaż nie mam prawa mieć do losu żalu absolutnie o nic. Pytania “co by było gdyby” są nie na miejscu w sytuacji, kiedy moim jedynym zmartwieniem powinien być dylemat w stylu “jak walnę dodatkowy podrozdział o brazylijskich mediach, to czy za bardzo odjadę od tematu czy w jakże sprytny sposób dodam sobie kilkanaście stron”.
A jak się ma to do ciastek, już tłumaczę. To były moje ciastka pożegnalne. Kiedy przygotowuję coś dla innych w ramach swoistego “dziękuję”, staję przed dylematem, czy szykować coś szpanerskiego i odjechanego, czy może kierować się jedynym egoistycznym kryterium: co chciałabym najbardziej zjeść i co sprawiłoby mi największą przyjemność. To mało medialne stwierdzenie. Muszę się przyznać, że uwielbiam przygotowywać jedzenie dla innych, jednak to mnie przypada największa frajda oblizywania łyżek i próbowania pierwszego kawałka. Jestem hedonistką, a gotowaniem mogę trochę się rozgrzeszyć, dając część tej mojej ogromnej przyjemności innym.
Nie chcę egzaltować tego mojego lekkiego doła, absolutnie nie uważam, że jest to wydarzenie godne jakiejkolwiek dłuższej dyskusji. Dobrze jest czasem sobie w nim po prostu pobyć i dać sobie czas. A chyba nie jest zaskoczeniem dla osób, które mnie znają, że właściwie przekazywanie emocji najłatwiej mi wychodzi jedzeniem. Więc po prostu upiekłam te moje ukochane, hedonistyczne ciastka i teraz pozwalam sobie posiedzieć trochę w spokoju.

Składniki (na około 12-16 ciastek):
125g gorzkiej czekolady
150g mąki
30g kakao
1 łyżeczka sody (opcjonalnie)
1/2 łyżeczki soli
125g miękkiego masła
75g brązowego cukru
50g drobnego białego cukru
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (lub jeśli chcesz dodać skórkę pomarańczową, proponuję cytrynowy)
1 jajko z lodówki
3 tabliczki czekolady (ja wybieram dwie mleczne i jedną białą)
możesz dodać skórkę pomarańczową – ciastka są wtedy trochę lżejsze w smaku i dzięki temu można zjeść ich więcej
1. Rozpuść 125g gorzkiej czekolady w kąpieli wodnej.
2. W jednej misce wymieszaj mąkę, kakao, sodę i sól.
3. W drugiej misce utrzyj masło i oboma rodzajami cukru, a następnie do mikstury dodaj roztopioną czekoladę. Wszystko wymieszaj, a następnie dodaj jeszcze jajko i ekstrakt.
4. Do płynnej masy dodaj sypkie składniki z pierwszej miski oraz pokruszone 3 tabliczki czekolady.
5. Na folii aluminiowej poodmierzaj porcje ciastek, najłatwiej za pomocą łyżki do lodów. Pamiętaj, żeby zostawiać odstępy około 5cm między ciastkami. Nie uklepuj kulek, roztopią się i uzyskają ładną, okrągłą formę przy pieczeniu.
6. Piecz ciastka 18 minut w temperaturze 170 stopni. Przy wyjmowaniu bardzo ostrożnie przekładaj je na papierowe ręczniki, najlepiej odczekując około 5 minut po wyjęciu z piekarnika, żeby pozwolić im stwardnieć. Mi brakuje cierpliwości, co kończy się 1/3 złamanych ciastek, które muszę wtedy zjeść sama. Straszna ze mnie niezdara, no straszna..
Smacznego!
Posted by Picasa

Brownie nr2, czyli były sobie 4 tabliczki czekolady

Wiem, że wrzucałam już pomysł na brownie, ale w miarę czekoladowego rozwoju zaczynam się orientować, że z brownie jest jak z portugalskim bacalhau. Istnieje na niego z tysiąc przepisów i ciężko stwierdzić, czy one zasadniczo mogą się różnić między sobą na poziomie przepisu nr 556, jednak taka ilość rozwiązań daje cudowną nadzieję, że następne brownie będzie lepsze od poprzedniego, że może własna zmiana w proporcjach doprowadzi nas do czekoladowego ideału i że może przez to stworzymy wart zanotowania przepis nr 1001..
Z tą lekką manią wielkości na punkcie czekolady przedstawiam więc Brownie nr 2, wersję o lekko twardszej konsystencji, o mocniejszym smaku. Idealne z lodami, ale to chyba nikogo nie zaskakuje..

Składniki (do formy o boku 20cm):

150g masła
200g gorzkiej czekolady (do tego przepisu użyłam jednej deserowej i jednej o 90% zawartości kakao)
175g cukru pudru
1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego
3 jajka
75g mąki
100g białej czekolady
100g mlecznej czekolady
1. W garnku roztop czekoladę gorzką i masło, a następnie lekko je ostudź.
2. Ubij jajka z cukrem i ekstraktem. Następnie dodaj mąkę i wymieszaj.
3. Do mikstury dodaj masę czekoladową oraz pokruszone kawałki czekolady.
4. Piecz 30 minut w piekarniku nagrzanym do 160 stopni.
Smacznego!
Posted by Picasa

Tarta z kurczakiem, czyli czas na zmiany (ale bez przesady)

Faza na tarty trwa, a ta była tak dobra, że zrobiłyśmy ją dwa razy z rzędu. To oznacza, że zrezygnowałam dla niej z mojego cwanego systemu robienia potraw bez powtórek. A to oznacza, że praktycznie dostałam na jej punkcie obsesji, a do tego jeszcze pokochałam pora. I przekonałam się w końcu do połączenia kurczak – ananas.
Oj tak, jedzenie może służyć jako metafora odnajdywania w sobie odwagi do eksperymentów i podejmowania ryzyka. Może przypadek por/ananas nie robi na Was zbyt dużego wrażenia jako przykład przekraczania pewnych granic i rozwoju, jednak myślę, że zawsze trzeba gdzieś zacząć.
Bardzo dziękuję Kornikowi za ten przepis.

Składniki (na formę o średnicy ok. 20 cm):

Składniki na ciasto:
80 g zimnego masła
200 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki curry
4 łyżki soku z ananasa (dodałam jedną więcej, by sypkie składniki łatwiej się połączyły)
1 jajko (opcjonalne, ale dzięki niemu łatwiej uformować ciasto)
Składniki na marynatę do kurczaka:
1 łyżka oliwy
3 łyżki soku z ananasa
1/3 łyżeczki suszonego rozmarynu
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka miodu
Składniki na nadzienie:
250 g piersi kurczaka
150 g ananasa pokrojonego w kostkę
1 por
1 zielona papryka
100 g startego lub pokrojonego w paski żółtego sera
2 jajka
2 łyżki śmietany
sól, pieprz do smaku
1. Pierś kurczaka pokrój w kostkę i wrzuć do woreczka z przygotowaną wcześniej marynatą. Ugniataj woreczek tak, żeby marynata połączyła się z kurczakiem. Zamknięty woreczek włóż do lodówki i trzymaj tam przez ok. 1,5 h. Myślę, że kurczaka w marynacie możesz też przygotować dzień wcześniej i zostawić w lodówce.
2. W misce lub blenderze umieść sypkie składniki ciasta. Następnie dodaj pokrojone masło, jajko i sok z ananasa. Rozetrzyj lub zblenduj na gładką masę. Z gotowego ciasta sformuj kulkę, zapakuj w folię i włóż do lodówki na ok. 1 h.
3. Na rozgrzanej patelni wysmarowanej oliwą umieść kurczaka z marynatą i smaż, aż marynata odparuje. Pod koniec odlewam płynną pozostałość marynaty z patelni.
4. Do kurczaka dodaj pokrojoną w kostkę paprykę, pora pokrojonego w plasterki i kostki ananasa. Smaż całość przez kilka minut po czym odstaw do ostygnięcia.
5. Wyjmij ciasto z lodówki, przełóż do naczynia na tartę i uformuj je.  Wysmaruj formę niewielką ilością masła, jeśli nie jest teflonowa. Ponakłuwaj ciasto widelcem, przykryj folią i obciąż je, np. sypkim ryżem. Włóż ciasto do  piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piecz je przez 10 minut.
6. W naczyniu roztrzep jajka, dodaj śmietanę, sól i pieprz.
7. Włóż do formy z ciastem kurczaka z warzywami i ananasem, a następnie zalej sosem z jajek i śmietany. Całość przykryj serem.
8. Gotową tartę włóż do piekarnika nagrzanego do 175 stopni i piecz przez 35 minut. Po wyjęciu poczekaj przed krojeniem około 10 minut.
Smacznego!

Pomarańczowe ciasto z kaszą manną, czyli słodycze light

Kiedy teoretycznie nie powinno się jeść słodyczy, a jednocześnie nie można opanować marzeń o czymś grzesznym i słodkim, trzeba się jakoś ratować. Zazwyczaj po prostu ulegam bez walki, ale dobrze działa też terapia zastępcza. Polega na przygotowywaniu słodyczy, które spełniają w większej części moje oczekiwania, ale jednocześnie są w jakiś sposób zdrowsze/lżejsze niż moje typowe wybory.
Proszę nie wyprowadzać mnie z błędu, jeśli niesłusznie uznaję, że ciasto pozbawione mąki na rzecz kaszy mannej jest zdrowsze. Szukałam długo czegoś na wzór moich ukochanych financiers z Vincenta i znalazłam. Ciasto jest rozkosznie słodkie, mocno pomarańczowe z dodatkiem chrupiących migdałów, czyli spełnia wszystkie grzeszne wymogi. A do tego mogę uznać, że mimo wszystko nadal jest to ciasto, które mnie nie pogrąży.
Przepis pochodzi z bloga Anoushki – bardzo dziękuję za inspirację 🙂

Składniki (na ciasto pieczone w kwadratowej formie o boku ok. 23cm):

Ciasto:
200g kaszy manny
150g cukru
ok. 200ml mleka
100g migdałów w płatkach
4 jajka
3 łyżki masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
otarta skórka z dwóch pomarańczy
szczypta soli
Syrop:
150g cukru pudru
wyciśnięty sok z 2 pomarańczy
wyciśnięty sok z 1 cytryny
pół łyżeczki kardamonu

1. Zagotuj mleko i zalej nim kaszę. Odstaw do ostygnięcia. Miałam trudności z nasączeniem całej kaszy, jednak wtedy poradziłam sobie dolewając odrobinę mleka – myślę, że to absolutnie nie pogorszyło smaku ciasta.
2. Zetrzyj skórkę z dwóch pomarańczy i wyciśnij z nich sok.
3. Wymieszaj żółtka z cukrem, a następnie dodaj kaszę, masło, migdały, proszek do pieczenia i skórkę pomarańczową.
4. Białka z jajek ubij na sztywną pianę, a potem delikatnie wymieszaj ją z masą.
5. Przelej ciasto do wysmarowanej lekko masłem formy i piecz przez około 40 minut w temperaturze 170 stopni.
6. Zacznij szykować syrop około 15 minut przed końcem pieczenia, gotując cukier z sokiem z pomarańczy i cytryny. Doprowadź go do wrzenia, a następnie podgrzewaj, aż osiągniesz lepką konsystencję.
7. Po wyjęciu ciasta z piekarnika, ponakłuwaj je wykałaczką i rozlej na nim gorący syrop.
Smacznego!

Chilli con Carne, czyli zdrowy Meksyk

Ta wersja chilli con carne nie zawiera żadnej gotowej przyprawy i oprócz świetnego smaku, jest to jedna z głównych cech, za którą tak bardzo cenię tą potrawę. Wiem, że niezwykle łatwo jest teraz dorwać gotowy mix do chilli con carne, ale chyba mam ochotę rozpocząć jakąś prywatną krucjatę przeciwko wszystkiemu, co zawiera glutaminian sodu i inne E-bajery. Nie mam charakteru dziarskiej eko aktywistki, tylko po prostu można znaleźć o wiele więcej satysfakcji przygotowując jedzenie, które od początku do końca jest zrobione z prostych, zdrowych składników.

 Składniki na dwie duże porcje:

1 łyżka margaryny lub masła
1 czerwona cebula
3 ząbki czosnku lub 3 kostki czosnku
300 g mielonej wołowiny
2 łyżki koncentratu pomidorowego
3 łyżeczki sosu chili
1 puszka pokrojonych pomidorów (ok. 400 g)
1 puszka czerwonej fasolki (ok. 400 g)
1 łyżeczka majeranku
1 łyżeczka słodkiej papryki
pieprz i sól, ew. przyprawa do mięsa wołowego
1. Rozpuść na patelni margarynę lub masło, wrzuć cebulę i czosnek, mieszaj aż się zeszkli.
2. Surowe mięso przypraw, dodaj pieprz i ugnieć widelcem
3. Włóż mięso na patelnię i smaż 4-5 minut. Jeśli powstaną grudki, rozgnieć je widelcem.
4. Dodaj koncentrat, sos chili, wymieszaj i podsmaż.
5. Dodaj pomidory, fasolę, majeranek i paprykę. Wymieszaj i zagotuj. 
Smacznego!

S

Nudle z warzywami i masłem orzechowym, czyli orient ekspres dla tradycjonalistów

Nie znam się zbyt dobrze na kuchni azjatyckiej ani na jej europejskich odmianach, dlatego dość długo przymierzałam się do przygotowania dania zbliżonego do tego gatunku. Zawsze miałam wrażenie, że w przygotowaniu albo w grę wchodzą jakieś dzikie składniki albo smak jest tak odjechany, że zmarnuję tylko czas na coś, co absolutnie nie będzie się nadawało do zjedzenia.
Jestem tak naprawdę przerażająco konserwatywna w niektórych kwestiach żywieniowych i postawiona przed wyborem przygotowania przepysznego pewniaka lub fascynującego dziwactwa, wybiorę raczej to pierwsze. Ale pracuję nad tym. Granicę nie do przejścia ustawiłam sobie na razie na małżach, ale jestem otwarta na propozycje 😉
Przepis na nudle nie jest niczym ryzykownym, bo po składnikach można było od razu stwierdzić, że będzie to smaczne danie. Trik jednak polegał na tym, że nie byłam w stanie określić, czy będzie to po prostu tak smaczne jak na przykład, no nie wiem, jajko z majonezem, czy tak smaczne jak bagietka z mozarellą i pesto z Vincenta, która zapewnia mi dobry humor na cały dzień (oczywiście od święta, mam  mózg i ograniczony budżet). Skłaniam się w kierunku porównania z bagietką.
A, no i oczywiście podlega idealnie pod kategorię pakowania do pracy. Pyszne również na zimno.

Składniki na 2 duże porcje:
ok. 300g makaronu typu nudle
opakowanie mrożonych warzyw – mieszanka chińska (nie mamy teraz sezonu na świeże, ale śmiało można dodać kiełki fasoli mung czy czerwoną paprykę); uważam, że podstawą jest obecność grzybów mung i marchewki posiekanej w słupki – mieszanek tego typu jest do wyboru do koloru obecnie
dressing:
1/2 łyżki oleju sezamowego
1/2 łyżki oleju
1/2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka słodkiego sosu chili
50g masła z orzechów ziemnych
1 łyżka soku z cytryny/limonki
PS. Wydaje mi się, że świetnie w tym daniu będą też pasować orzeszki ziemne – wypróbuję przy kolejnym podejściu.
1. Wymieszaj wszystkie składniki dressingu. Wiem, jest ich wiele i znajdują się w nim rzeczy, które niekoniecznie są na Waszej codziennej liście zakupowej. Ale konsekwetnie polecam zakup różnego rodzaju olejów i sosów, ponieważ one mają bardzo długi termin ważności, używa się ich bardzo wydajnie i naprawdę się przydają w jakiejkolwiek sytuacji podbramkowej.
2. Ugotuj makaron wg instrukcji na opakowaniu, a warzywa wrzuć na patelnię lekko natłuszczoną olejem lub oliwą.
3. Kiedy makaron jest gotowy, wrzuć go na chwilę do patelni z warzywami i wymieszaj. Następnie wyłącz ogień i dodaj sos. Ma on być bardzo gęsty i oblepiać makaron, a nie rozlewać się na nim. Może to sprawić Wam trochę kłopotów przy dokładnym rozprowadzeniu go przy całym daniu, jednak tylko w taki sposób potrawa smakuje najlepiej, zachowując chrupką strukturę i świeżość nawet po paru godzinach w pojemniku.
Smacznego!