Czekoladowe trufle z likierem Baileys, czyli powrót do korzeni

Rok temu opublikowałam tutaj pierwszy wpis, na trufle właśnie. Sajgon, jaki wywołałam tą produkcją za pierwszym razem, był motywem przewodnim dla tytułu tego bloga. 
Teraz historia zatacza koło – Paulinka, dla której były pierwsze trufle, obchodziła w poniedziałek kolejne urodziny. Może to brak kreatywności, a może kulinarny sentymentalizm, jednak nie miałam wątpliwości co do wyboru tegorocznego prezentu. 
Ale praktycznie na tym podobieństwa się kończą. Kuchnia tym razem nie pogrążyła się w chaosie. Rok temu transmitowałam mojej siostrze na Skypie cały proces, co było po prostu wizualizacją mojej dzikiej walki z żywiołem, jakim jest kakao. Tym razem myślę, że Kasia oglądając moje przygotowania nudziłaby się jak mops. Było spokojnie i sielankowo. Faktem jest, że potrzebowałam praktycznie dnia na przygotowanie. Ale było coś niezwykle uspokajającego w tej rutynie zmuszającej mnie do przekładania, przelewania i formowania czekolady co kilka godzin.
Rok temu pisałam o atakach histerii i radości, jakie towarzyszą mojej truflowej działalności. Starzeję się albo dojrzewam, wszystko jedno, ale teraz przy truflach mogę napisać jedno – cudowniejszej czekoladowej terapii wyobrazić sobie nie mogłam. I to nie tylko dlatego, że towarzyszył mi pyszny, pyszny Baileys.
Paulinko, dziękuję, że pozwalasz obdarowywać się truflami :* 

Składniki na około 30 trufli:
Nadzienie:
180ml gęstej śmietany (użyłam Rama Cremefine)
35g masła
250g czekolady – rodzaj i proporcje do wyboru – polecam 2 tabliczki mlecznej i pół deserowej
60-70ml likieru Baileys
Polewa:
250g czekolady – wykorzystałam 2 mleczne i pół białej
1. Przygotuj nadzienie: do jednego garnka wlej śmietanę i dodaj kostkę masła, w drugim pokrusz czekoladę. Doprowadź śmietanę i masło do wrzenia, a następnie szybko przelej płyn do garnka z czekoladą. Mieszaj masę około 3 minuty, powoli, aż czekolada całkowicie się roztopi. Powoli dolewaj likier. To jest pierwszy moment, w którym bezkarnie możesz próbować czekoladowej masy. 
2. Przelej masę do płaskiego naczynia, ostudź i wstaw do lodówki na około 2 godziny.
3. Wyjmij masę i wstaw ją do miksera/blendera na około 2 minuty. Dzięki temu stanie się bardziej puszysta i lekka. To jest kolejny moment, w którym należy spróbować masy i ocenić, czy proporcje się zgadzają..
4. Przełóż masę z powrotem do płaskiego naczynia i wstaw, tym razem do zamrażarki, na około 3 godziny. Im dłużej masa będzie w zimnie, tym łatwiej będzie uformować kulki, jednak uważaj, żeby nie przegiąć. Jeśli masa będzie za bardzo zbita, odczekaj trochę trzymając ją w temperaturze pokojowej.
5. Tuż przed wyjęciem naczynia z zamrażarki, zacznij topić czekoladę na polewę. Najlepiej robić to nad naczyniem z wodą – pamiętaj tylko, żeby dno naczynia z czekoladą nie dotykało wody. Podgrzewaj wodę powoli, nie dopuszczając do gotowania – czekolada wtedy zacznie się zbrylać zbyt szybko. Jeżeli chcesz, by na powierzchni trufli pojawiły się “paski”, wrzucaj stopniowo różne rodzaje czekolady, nie mieszając ich dokładnie – wtedy ich kolory nie połączą się ze sobą do końca, a Ty otrzymasz śliczne szlaczki na truflach z mlecznej czy białej czekolady.
6. Z zimnej masy formuj kulki. Ja do tego używam łyżki do melona, jednak normalna wystarczy. Możesz poprawiać ich kształt ręcznie. W tym celu używam zawsze gumowych, dobrze umytych wcześniej rękawiczek – może to tylko mój prywatny przesąd, ale wtedy czekolada, poprzez brak bezpośredniego kontaktu ze skórą, nie topi się tak szybko.
7. Wrzucaj kulki szybko do roztopionej czekolady, obtaczaj je w masie i kładź z powrotem z zimnym naczyniu. Ten etap wymaga najszybszego tempa, ale bez stresu – wszystkie estetyczne niedociągnięcia i tak nie mają znaczenia. Każda trufla i tak będzie smakowała wyśmienicie. 
8. Gotowe trufle trzymaj w lodówce, możesz dodatkowo posypać je kakao.
Smacznego!
Posted by Picasa

Makaron z pieczarkami w oliwie cytrynowej, czyli o trybie gotowania jednoosobowego

Chyba tak naprawdę nie przepadam za gotowaniem tylko dla siebie. Niby zmieniają się głównie proporcje składników, niby wykonuję te same czynności, ale wszystko staje się bardziej mechaniczne. I tu nie chodzi o poszukiwanie widowni. Po prostu bez ludzi dookoła, bez ich reakcji, rozmów czy  też bez chaosu, jaki czasami wywołują, znika ogromny czynnik, dla którego tak kocham gotowanie. Jedzenie zbliża ludzi. A kiedy jestem sama, mogę tylko bardziej zbliżyć się do wyższych poziomów bezmyślnego obżarstwa.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała umilić sobie każdej możliwej czynności i wycisnąć z niej każdego pozytywnego akcentu. Ten obiad przygotowałam robiąc wszystkie rzeczy, na które bym sobie w towarzystwie nie pozwoliła. Włączyłam muzykę nieprzyzwoicie głośno. Śpiewałam. Przemieszczałam się po kuchni ślizgając się w skarpetkach po posadzce, a naczynia zmyłam dopiero jakieś dwie godziny później.
Było naprawdę fajnie. I nawet obiad, mimo że w towarzystwie książki, smakował mi bardzo. I wytarłam resztki oliwy z talerza kawałkiem pszennego (!) chleba. Ha.

Składniki  (na 1 dużą porcję):

100g świeżych pieczarek
40ml oliwy
1/2 łyżeczki soli
1 ząbek czosnku
1 – 2 łyżeczki soku z cytryny
1 łyżeczka suszonego tymianku
2-3 łyżki startego parmezanu
kilka listków bazylii
około 200g makaronu
1. Obierz i pokrój pieczarki na plasterki. W misce wymieszaj oliwę, sól, zmiażdżony i posiekany ząbek czosnku, sok z cytryny, tymianek. Następnie dodaj pieczarki i wszystko dokładnie wymieszaj.
2. Nastaw makaron – kiedy będzie się gotował (do stanu al dente), wrzuć pieczarki na nagrzaną patelnię i smaż na średnim ogniu.
3. Kiedy makaron będzie gotowy, zdejmij pieczarki z ognia i wymieszaj z odcedzonym makaronem. Ważne, żeby pieczarki były jedynie podsmażone i nie zrobiły się zbyt “wodniste”. W oryginalnym przepisie występują na surowo, ja mam lekkie obawy przed taką formą podania, ale jednocześnie zależy mi, żeby pieczarki zachowały swoją formę i smak.
4. Tuż przed podaniem posyp danie parmezanem i listkami bazylii.
Smacznego!
Posted by Picasa

Mini tarty z wiśniami w rumie, czyli o prawie dziedziczenia

Kiedy dowiedziałam się przypadkiem, że moja babcia uwielbiała chodzić w niebotycznie wysokich szpilkach i zawsze trzymała takie pod biurkiem w pracy, chciałam a) zapytać się, czy jeszcze ma je w szafie, b) rzucić się jej na szyję. To był ten dziwny moment, kiedy przypominasz sobie, że wcale nie jesteś kompletną indywidualnością, z charakterem ukształtowanym przez twoje mniej lub bardziej właściwe wybory, a raczej kolejną wersją twoich najbliższych, którzy przez lata po cichu kreowali to, kim jesteś.
Powtarzalność i świadomość powielania schematów to dość smutna prawda, jednak zupełnie inaczej podchodzę do tej kwestii jeśli chodzi o rodzinę. Nawet jeśli to naciągana teoria, to jest to zabawne i tak naprawdę cudowne, że mogłam “odziedziczyć” w jakiś kosmiczny sposób uwielbienie do wysokich obcaców po mojej babci. Nigdy bym nie posądzała siebie o tego typu sentymentalizm, jednak jest coś przemiłego w świadomości, że powielam cechy osób, które kocham najbardziej na świecie. 
O ile historia ze szpilkami jest prozaiczna i dość przypadkowa, to z własnej woli i z ogromną determinacją zamierzam udowodnić sobie, że odziedziczyłam po babci też talent do gotowania. Bardziej szczegółowo – do robienia przetworów. A konkretnie, do wiśni w rumie. Mam obsesję na ich punkcie i zaburzony komfort psychiczny za każdym razem, kiedy w komodzie brakuje zapasowego słoika z napisem W/rum.
Czekoladowe mini tarty oficjalnie podaje się ze świeżymi owocami, ale serio, chcecie poczekać z ich przygotowaniem do momentu, kiedy wcześniej wyprodukujecie sobie wiśnie w rumie z przepisu mojej babci.

TARTA
Składniki na ciasto (na 6 małych tartaletek, o średnicy około 12cm):
175g mąki pszennej
30g kakao
50g cukru pudru
1/4 łyżeczki soli
125g masła
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody
Składniki na krem:
50g białej czekolady
250g serka mascarpone
100ml śmietany (lub Ramy Cremefine)
1. Przygotuj ciasto, miksując najpierw mąkę, kakao, cukier i sól. Następnie dodaj pokrojone w kostki masło. Miksuj, a następnie dodaj żółtko i zimną wodę. Kiedy składniki się połączą, wyjmij ciasto i uformuj je w dwa dyski. Owiń je folią aluminiową i wstaw do lodówki na co najmniej 30 minut. Spokojnie też możesz przygotować ciasto nawet dzień wcześniej.
2. Po wyjęciu ciasta, wyłóż nim foremki. Powtórzę swoją teorię na ten temat – olej wałek i stolnicę, jednak oczywiście decyzja należy do Ciebie.
3. Wstaw foremki z ciastem do zamrażarki na około 30 minut – to zapobiega ich rośnięciu podczas pieczenia.
4. Po wyjęciu, piecz je przez 10-15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
5. Przygotuj krem, topiąc czekoladę i dodając ją do mascarpone i ubitej śmietany. 
6. Po wyjęciu ciasta, odczekaj chwilę aż ostygnie i następnie dodaj krem do każdej tarty. Przed podaniem udekoruj owocami lub wiśniami w rumie właśnie…
WIŚNIE W RUMIE:
2kg wiśni
1kg cukru
setka rumu
kilka goździków
1. Wydreluj wiśnie i odstaw na 2 godziny, żeby puściły sok
2. Odlej sok i wymieszaj go z cukrem, a następnie gotuj go przez 20 minut.
3. Do garnka dodaj wiśnie i gotuj przez kolejne 30 minut
4. Odstaw miksturę na 12 godzin. Po tym czasie dodaj goździki i z powrotem gotuj przez 30 minut.
5. Na koniec wlej rum, wymieszaj i gorące wiśnie wraz z sokiem przelej do słoików.
Smacznego!
Posted by Picasa

Fussili z czosnkowym boczkiem, czyli esencja słowa "ekspres"

To danie spełniało już różne role: ratunku w sytuacji skrajnego głodu, obiadu powitalnego dla Taty, obiadu pożegnalnego dla diety, czy też pocieszacza dla przyjaciół. Wszystkie przypadki, w których sięgałam po boczek z zamrażarki łączy jedno: potrzebowałam czegoś szybkiego i dekadenckiego.
To, że rozsądek rzadko pozwala mi na wykorzystanie sera, boczku i oliwy w jednym naczyniu, nie oznacza, że uciekam od takiego połączenia. Wręcz przeciwnie – kiedy wracam do tej potrawy, mam wrażenie, jakbym cały czas z utęsknieniem na nią czekała, odliczając dni do momentu, kiedy znajdę kolejny pretekst do jej przygotowania.
Jednocześnie to jeden z najlepszych dowodów, że naprawdę nie zawsze jakość dania wzrasta wprost proporcjonalnie do poświęconego mu czasu. Oczywiście możecie ten przepis wykorzystać jako bazowy do wyjątkowych i wyszukanych dań (i bez wątpienia uzyskacie rewelacyjne efekty), jednak w tym przypadku ja trzymam się mojej mantry – proste rozwiązania są najlepsze.

Składniki:

makaron
oliwa
boczek wędzony pokrojony w kostkę
czosnek
opcjonalnie: parmezan
Celowo nie podaję proporcji – zależą one tylko i wyłącznie od Twojego gustu. Ja zwykle dla dwóch osób przygotowuję połowę opakowania makaronu, smażę 100g boczku na dwóch ząbkach czosnku i  3 łyżkach oliwy i dodaję odrobinę parmezanu tuż przed podaniem. Jednak wszystko zależy od tego, co lubisz najbardziej – czy chrupiące mięso, czy czosnkowy aromat, czy może słodko-słony parmezan.
1. Pokrój boczek w drobną kostkę i smaż na patelni ze zmiażdżonymi ząbkami czosnku na oliwie. Smaż do momentu, aż boczek będzie mocno przyrumieniony i chrupiący.
2. Ugotuj makaron i dodaj go następnie do boczku z oliwą – wszystko dokładnie wymieszaj i podawaj ze startym parmezanem lub bez.
Smacznego!
Posted by Picasa

Tarta ze śliwkami, czyli zwierzenia meteopatki

Rozmawiając z przeróżnymi ludźmi, w przeróżnych okolicznościach, od dobrych kilku lat przypomina mi się zasłyszana gdzieśtam “złota myśl”: należy uciekać od omawiania jakiegokolwiek aspektu pogodowego, tej swoistej “deski ratunkowej” wskazującej, że absolutnie nic ciekawszego nie mamy już do powiedzenia. To oczywiście nie przeszkadza mi omawiać pogody przy każdej możliwej okazji. Jak na prawdziwą Polkę-meteopatkę przystało.
No więc mamy jesień. I jest pięknie. Ale to, co przeżyłam, zamarzając co rano w tramwaju podczas godzinnych dojazdów do pracy, musi zostawić ślady w psychice. Dołączając do tego klasyczną deprechę po powrocie z Paryża, naprawdę trudno było mi zaakceptować to, co dzieje się na dworze. Słońce trochę pomaga, ale serio – kto wierzy, że to potrwa dłużej niż kolejne trzy dni? Mimo wszystko, w oswajaniu rzeczywistości specjalizuję się nie od dziś – kupiłam kapelusz i śliwki.
Przepis pochodzi z francuskiego ELLE a Table. Postanowiłam posłusznie wykonać wszystko zgodnie z instrukcją i przekonałam się kolejny raz, że warto czasami być posłuszną – to jest prościutkie i szybkie ciasto, które nie musi pojawiać się tylko w swojej sezonowo-śliwkowej postaci. Ale szczerze polecam właśnie ze śliwkami, jeżeli poszukujecie uzasadnienia, po co nam w ogóle taka beznadziejna pora roku jak jesień.

Składniki (do płytkiej formy o średnicy ok 21cm):

ok 500g śliwek
1 łyżka cukru trzcinowego
1 łyżeczka cynamony

Ciasto:

250g mąki
125g masła
40g cukru
1 jajko
2 łyżki mleka

Krem:

40g zmielonych migdałów
1 jajko
20g cukru
40g stopionego masła
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (ewentualnie)

1. Przygotuj ciasto, miksując mąkę, masło (pokrojone w kostkę), cukier. Po połączeniu tych składników dodaj jajko i mleko, a następnie uformuj kulkę. Owiń folią i wstaw na minimum 30 minut do lodówki.

2. Przygotuj krem, mieszając wszystkie składniki. Pamiętam, żeby po stopieniu trochę przestudzić masło przed przelaniem do masy. Mielone migdały oczywiście możesz uzyskać miksując je z dowolnej postaci.

3. Po wyjęciu ciasta z lodówki, wyłóż je do formy, ponakłuwaj widelcem. Następnie wylej krem i rozprowadź dokładnie po całym spodzie ciasta. Ułóż na nim przekrojone na połówki śliwki i posyp je cukrem oraz cynamonem.

4. Piecz ciasto w piekarniku nagrzanym do 180stopni przez 40 minut.

Smacznego!

Quiche z tuńczykiem, czyli o desancie na Paryż

Podobno jak byłam mała, rodzice w celu zachęcenia mnie do chodzenia po górach obiecywali, że w schronisku na szczycie będą Snickersy. Nie pamiętam tego, ale nie mam jak się obronić przy ich radosnych powrotach do tej historii, bo jeśli to prawda, to niewiele się zmieniło. Różnica polega tylko na tym, że teraz nikt nie musi mi obiecywać Snickersa, ja go sobie sama zlokalizuję zanim wyjdę z domu, żeby się upewnić, czy w ogóle warto.
Jutro o tej porze będę w Paryżu. I serio, nie czułabym się nawet w połowie tak szczęśliwa gdyby nie fakt, że na stole leży notes z rozpisanymi adresami sklepów/targów/kawiarni, gdzie podają najlepsze makaroniki/croissanty/bagietki. W przewodniku zaznaczone są tylko kulinarne miejscówki. Nie mogę się doczekać odwiedzin w Le Bon Marche, gdzie jak mówi mój kuzyn Piotrek, chłodzą marchewki ciekłym azotem. A teraz, jeszcze w domu, celebruję Francję na swój sposób od paru dni, zaczynając dzień croissantami, a tutaj – publikując lekko francuski przepis.
Zanim zrobię podejście do makaroników, z kuchni francuskiej najbardziej lubię przygotowywać oczywiście quiche. Pozwalam sobie nadal na moją obsesję na punkcie tart także dlatego, że brakuje mi umiejętności i cierpliwości do kuchni francuskiej przez duże K. Ale tak długo jak moje obsesje pozwalają mi na zachowanie jakiegoś stopnia kreatywności, nie martwię się. A ten quiche z tuńczykiem, mimo znanej już dobrze podstawy z ciasta, naprawdę jest smakowym objawieniem, przynajmniej dla mnie.

Składniki (na tartę w okrągłej, głębokiej formie o średnicy ok 23cm):

Ciasto:

300g mąki
150g zimnego masła
1 jajko
ok. 2 łyżek ciepłego mleka
szczypta soli
Nadzienie:
250g tuńczyka w zalewie, w kawałkach
4 jajka
300g twarogu
125ml mleka
2 łyżki mąki
ok 30g kaparów (wg uznania)
ok 150g czarnych oliwek (wg uznania)
150g startego parmezanu
sól i pieprz do smaku

1. Przygotuj ciasto łącząc mąkę, masło i jajko. Użyłam w tym celu blendera, jednak każda forma wyrabiania ciasta jest dobra, jeśli uzyskasz kleiste duże grudki. Następnie dolej mleko, które powinno Ci ułatwić połączenie ciasta i uformowanie kuli. Ja użyłam 2 łyżek, jednak wszystko zależy od tego, jak wcześniej wyrobisz ciasto – im słabiej tym więcej mleka będziesz potrzebować.

2. Uformuj z ciasta kulę, owiń folią i wstaw do lodówki na minimum 30 minut. W tym czasie możesz zająć się szykowaniem nadzienia.

 
3. Odsącz tuńczyka z zalewy, rozdrobnij go następnie w misce widelcem. Dodaj jajka, twaróg, kapary oraz oliwki.
 
4. W innej misce wymieszaj mleko z mąką, a następnie przelej do miski z tuńczykiem i wszystko wymieszaj. Dodaj sól i pieprz do smaku oraz 2/3 parmezanu.
 
5. Uformuj ciasto w naczyniu, wstaw do piekarnika na 10 minut w temperaturze 180 stopni. Postaraj się je obciążyć ryżem lub fasolą wrzuconą na pergamin.
 
6. Kiedy ciasto się podpiecze, wlej farsz, posyp resztą parmezanu i piecz przez około 30 minut w 210 stopniach.
 
7. Po wyjęciu z piekarnika odczekaj około 10 minut przed podawaniem.
 
Smacznego!
Posted by Picasa

Tarta czekoladowa z konfiturą morelową, czyli o słodko-gorzkiej rzeczywistości

Przez ostatnie miesiące nie raz słyszałam od osób znających mnie osobiście, że ten blog pokazuje rzeczywistość w wersji bezwstydnie hedonistycznej i pogodnej. Niektórzy widzą w tym zaletę, gratulując beztroskiego życia, inni uznają, że przy moim trybie życia jest to wizja mocno odrealniona. Oczywiście, jak zwykle, prawda znajduje się pośrodku.
Czas, który spędzam w kuchni, jest właściwie odrealnioną wersją codzienności. I tak, jest wtedy beztrosko i pogodnie. Chyba, że mówimy o pierwszych podejściach do ciasta na tartę, ale to inna historia. Do kuchni wchodzę z tysiącem różnych emocji. Ale właśnie w gotowaniu tak cudowny jest fakt, że emocje najbardziej negatywne w kuchni po prostu znikają, ponieważ od momentu wyjęcia mąki z szafki zmieniają się moje priorytety. Myślenie o pracy jest po prostu nieefektywne, kiedy podstawowym problemem staje się kwestia doboru odpowiednich proporcji śmietany do nowego  przepisu.
Rzeczywistość często zawodzi, w przeciwieństwie do czekolady. I nie widzę nic złego w tym, że można do niej uciec w gorszej chwili. Wierzę, że jedzenie jest dobre wtedy, kiedy jego przygotowaniu towarzyszą dobre emocje, więc nie pozwalam sobie na myślenie o czymkolwiek negatywnym w kuchni. Parę razy mi się to zdarzyło i serio, to były momenty spektakularnych wpadek kulinarnych.
Na szczęście przy tej tarcie zasada pozytywnego podejścia w kuchni się sprawdziła. I niezależnie jak ciężki mógł być dzień, jedna rzecz się nie zmienia – gotowanie jest hołdem dla przyjemności. Jeśli kiedyś pomyślę inaczej, to będzie znak, że najwyższa pora dokładnie zbadać, skąd dowożą najlepsze jedzenie pod mój adres.

Składniki (na tartę w płytkiej formie o średnicy około 23cm):
Ciasto:
300g mąki
150g zimnego masła
1 jajko
około 2 łyżki ciepłego mleka
szczypta soli
Nadzienie:
5łyżek konfitury morelowej (lub tak naprawdę jakiejkolwiek ulubionej, która jest lekko kwaskowa)
250g gorzkiej czekolady (lub deserowej)
4 jajka
250ml śmietanki kremówki
30g cukru brązowego
1. Przygotuj ciasto, mieszając wszystkie składniki. Celowo nie polecam słodkiego ciasta – połączenie lekko słonej wersji z bardzo słodkim, kremowym nadzieniem jeszcze lepiej podkreśla smak czekolady i konfitury. Z ciasta uformuj kulę, owiń folią aluminiową i wstaw na co najmniej 30 minut do lodówki.
2. Po wyjęciu ciasta z lodówki wyłóż nim formę na tartę. Już nie raz pisałam o wyższości formowania go bez użycia wałka, bezpośrednio w formie, jednak oczywiście fachowcom używającym normalnej metody powiem tylko tyle – szacun. Celowo przygotowuję więcej ciasta niż może wydać się potrzebne na taką tartę, jednak po prostu lubię kiedy boki są grubsze. Jeżeli jednak wolisz przygotować bardziej rasową tartę na cieńszym cieście, jest jedna prosta zasada dla przygotowania ciasta – mąki musi być dokładnie 2x tyle co masła. Mleko służy do połączenia ciasta, więc użyj go w ilości, która zagwarantuje, że ciasto będzie się formować w zbitą masę.
3. Włóż ciasto na tartę do piekarnika nagrzanego do 220 stopni na 10 minut. Pamiętaj o jego obciążeniu fasolą lub ryżem w trakcie pieczenia – dzięki temu się nie podniesie i zachowa kształt.
4. Kiedy ciasto jest w piekarniku, przygotuj czekoladowy krem – stop czekoladę w kąpieli wodnej. Roztrzep jajka, dodając cukier i śmietankę. Kiedy czekolada się rozpuści, połącz wszystkie składniki.
5. Po wyjęciu ciasta z piekarnika poczekaj 10 minut aż trochę przestygnie. Następnie posmaruj konfiturą i wylej czekoladową masę.
6. Wstaw tartę ponownie do piekarnika nagrzanego tym razem do 190 stopni i piecz przez 10-15 minut.
Smacznego!

 

Posted by Picasa

The Książka, czyli co dalej, co dalej

Stało się. Książka powstała, a przede wszystkim – odbył się ślub. Nie daję sobie prawa do pisania o szczegółach wesela, więc ograniczę się do prostego podsumowania – było naprawdę wyjątkowo.. I “wyjątkowo” nie jest tu eleganckim eufemizmem do ukrycia jakiś negatywnych wrażeń. Nie zapomnę tego dnia i to nie tylko dlatego, że po raz pierwszy w życiu miałam na głowie irokeza.
A książka.. Nie powstałaby bez Izy. Kochana, dobrze wiesz, jak ogromny dług wdzięczności mam wobec Ciebie. 
Ale mimo to, że projekt się skończył, nie przestałam pomieszkiwać w kuchni. Właściwie to spędziłam tam ostatni weekend, zdając sobie sprawę, że Trufle stały się pewnym elementem rzeczywistości, który niezwykle lubię. Na pewno istnieją czynniki, które odsunęłyby mnie od wpisów tutaj, jednak na ten moment mogę sobie wyobrazić tylko załamanie nerwowe po kolejnej nieudanej sesji deserów z czekolady. Ale jestem wbrew pozorom bardzo cierpliwa, więc spoko.

Posted by Picasa

Mufiny z borówkami, ciastka i sisha, czyli wieczór panieński Kasi

Tryb poimprezowy ma swoje plusy – zatrzymuje w domu i usprawiedliwia brak jakiejkolwiek aktywności. A co to była za impreza.. Kasiowy wieczór panieński. Z udziałem fondue. Sushi. Przepysznie uzależniających, grzesznych drinków. Tortilli. Sajgonek z kurczakiem w miodowo-śliwkowej marynacie. Było kobieco, romantycznie i przezabawnie. Zwykle powiedziałabym, że dwa pierwsze elementy są całkowicie spoza mojej bajki, ale w tym wypadku chodziło o coś więcej. Kasia nie przestawała się uśmiechać i wyglądała na naprawdę szczęśliwą. To wystarczyło, żebym uznała ten wieczór za genialny, a kiedy dodamy do tego naprawdę mnóstwo śmiechu, shishę, dymne bańki mydlane i odjechane towarzystwo, to już nie muszę chyba szerzej opisywać wszystkiego, co tam się działo.
A trzymając się kontekstu tego bloga – z Inflanckiej miały przyjechać słodycze. Surprise surprise. W czwartek w nocy zostały upieczone ciastka, rano przed pracą – borówkowe mufiny. To był trudny i długi tydzień, kiedy myślałam, że nie będę w stanie przygotować nic prócz popcornu. I na tym etapie, choć rzadko umiem to przed sobą przyznać, potrzebowałam wsparcia. Szacun tutaj dla Karoli, która w takich momentach włącza tryb nadaktywności i wyciąga mnie z dołka. Lub dosłownie – z kanapy. I tak oto dzięki niej mogę Wam przedstawić przepis na Borówkowe Mufiny. Które, razem z czekoladowymi ciastkami, wiele widziały ostatniej piątkowej nocy zanim zostały zjedzone.

Składniki na 12 mufinów:

75g masła
200g mąki
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
75g cukru pudru
200ml śmietany lub Ramy Cremefine
1 jajko
200g borówek
1. Rozpuść masło i pozostaw do ostygnięcia.
2. W jednej misce wymieszaj płynne składniki – jajko ze śmietaną. Dodaj także masło po ostygnięciu.
3. W drugiej misce wymieszaj sypkie składniki – mąkę, sodę, proszek do pieczenia, cukier.
4. Połącz wszystkie składniki – płynne i sypkie – dodając do nich borówki. Wymieszaj wszystko wykonując jak najmniej ruchów – najważniejsze to nie “przemieszać” ciasta, dzięki temu uzyskasz nierówną fakturę mufina.
5. Nagrzej piekarnik do 200 stopni, rozlej masę do formy na mufiny i piecz przez 20 minut.
Smacznego!
Posted by Picasa

Krewetki z fetą i pomidorami, czyli gdzie jest granica rozsądku

Krewetkowych historii ciąg dalszy. Wyznaczanie sobie granic nie jest moją mocną stroną, co udowadniają nie tylko bardziej dramatyczne zakręty życiowe, ale także spis przygotowywanych dań. Jak już okazuje się, że krewetki są super, to po co zatrzymywać się na jednym opakowaniu. Jeśli już piec mufiny, to dlaczego musi to być tylko jedna blacha. A jeśli decyduję się kupić orzeszki piniowe, to po co zatrzymywać się na ilości, która nie zrujnuje mojego budżetu. Ten ostatni przypadek to jedna z bardziej kompromitujących historii ostatnich lat, więc pozwolę sobie ograniczyć ją tylko do prostego, zbiorczego wniosku: nie znam granic. 
Dlatego też obecnie dzielnie wykorzystuję pokłady krewetek, co sprawia mi oczywiście ogromną przyjemność. Idziemy w kierunku równie prostym, jednak tym razem z wykorzystaniem piekarnika. Przepis pochodzi z Kuchni, z sekcji “5 składników”, co w porównaniu z resztą magazynu powinno się chyba rozumieć jako sekcję “5, bo nie ogarniesz nic więcej na tym etapie”. Ale po pierwsze: nauczyłam się celebrować mój brak fachu, a po drugie: kto by się martwił brakiem wyrafinowania w przepisie, kiedy w tak banalny sposób można się po prostu uszczęśliwić. 

Składniki (na 2 porcje):
500 – 600g średnich krewetek (mrożonych, gotowanych)
4 dymki
150g pokruszonej fety
500-600g obranych i pokrojonych w kostkę pomidorów
2 ząbki czosnku
oliwa, sól, pieprz
1. Na patelni, na rozgrzanej oliwie zeszklij posiekane drobno dymki i czosnek.
2. Dodaj pomidory na patelnię i zagotuj. Mieszaj je, aż sok odparuje i zacznie powstawać gęsty sos. Przypraw wszystko solą i pieprzem. Jeśli po około 4 minutach nadal pomidory będą zbyt płynne, odlej część wody z patelni. 
3. Kiedy otrzymasz już gęstą miksturę, dodaj rozmrożone krewetki. Następnie wszystko przerzuć do żaroodpornego naczynia i przykryj pokruszoną fetą. Nie musisz dbać o regularnie pokrojone kostki sera, wystarczy go rozdrobnić.
4. Wstaw naczynie do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piecz przez 5-10 minut. Czas zależy od tego, jak dobrze udało Ci się wcześniej rozmrozić krewetki. Danie jest gotowe, kiedy ser na wierzchu zacznie się rumienić.
Smacznego!
Posted by Picasa