Bezowy tort cytrynowy, czyli o tortowym Świętym Graalu

To jest ten moment, kiedy chwalę się moim dzieckiem – kupiłam Kitchen Aida. Spękałam z kolorem, bo zawiedziona zbyt mlecznym odcieniem “Jagody”, poszłam w kremową klasykę. Nie będę wypisywać tu nazw, jakich używam zwracając się do mojego miksera, bo sam fakt, że takowe istnieją jest dość kompromitujący, ale jedno jest pewne – daje mi on dużo, dużo radości.

Nie będę jeszcze zdradzać, do jakich eksperymentów Kitchen Aid posłużył na początku, ale teraz pora pochwalić się pierwszym tortem bezowym przygotowanym z jego udziałem. Jest to kolejna część serii o pamiętnej kolacji – robię mały przeskok, ale do dań głównych jeszcze wrócę.

Kto kiedyś był w “Słodki… Słony…” – warszawskiej cukierni Gesslerowej, powinien kojarzyć te przepiękne bezowe bajzle, które kuszą zwykle obok kasy. Mam lekką obsesję na punkcie tych tortów, zwłaszcza wersji kawowej i wiem, że nie jestem jedyna. Bezowiec kawowy ma idealne zastosowanie w strategii samonagradzania. Jednak teraz, kiedy odkrywam tajniki tego typu ciast, pewnie będę szukać jeszcze bardziej absurdalnych powodów, żeby samodzielnie przygotować sobie taki malutki, skromniutki torcik. Mam jedno niecenzuralne określenie na stan zbytniej dostępności baaardzo grzesznego jedzenia, ale ograniczę się do tego: dobrze, że przynajmniej tracę kalorie kicając z radości, kiedy białka same się ubijają.

Składniki (do tortu o średnicy ok. 23cm):

biszkopt:
125g bardzo miękkiego masła
4 żółtka
100g drobnego cukru
100g mąki pszennej
25g mąki kukurydzianej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
skórka otarta z 1 cytryny
4 łyżeczki soku z cytryny
2 łyżeczki mleka

beza:
4 białka
odrobina soli
200g drobnego cukru

a do środka:
150ml śmietanki – do ubijania

150g kremu cytrynowego lemon curd (do kupienia np w Marks & Spencer lub delikatesach) lub kwaśnej konfitury (pomarańczowa lub z mirabelek powinna też świetnie pasować)

1. Wymieszaj dobrze żółtka jajek, 100g cukru, masło, mąkę pszenną i kukurydzianą, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną i skórkę z cytryny. Tutaj po raz pierwszy przydaje się mikser.

2. Następnie dodaj do mikstury sok z cytryny i mleko i dodatkowo wymieszaj.

3. Podziel miksturę między dwie wysmarowane masłem formy i rozsmaruj je na nich. Nie muszą być idealnie równe wielkością, ważne, żeby okrągłe placki, jakie masz stworzyć, były takiej samej wielkości – to będą kolejne warstwy Twojego ciasta. Do rozsmarowania użyj silikonowej szpatułki, ułóż masę tak, by tworzyła dość równą i cienką, ale nieprześwitującą warstwę.

4. Ubij białka z odrobiną soli, a następnie bardzo powoli (kiedy białka nadal są ubijane – znowu mikser) dodawaj 200g cukru. Rób to partiami, żeby białka nie opadły. Tutaj najważniejsza jest cierpliwość – musisz uzyskać naprawdę sztywną pianę.

5. Rozłóż ubitą pianę z białek po równo na dwie wcześniej przygotowane biszkoptowe podstawy. Jedna forma będzie podstawą ciasta – dla niej białka powinny być uformowane “na płasko”. Druga forma będzie wierzchem – tutaj uformuj białka na biszkopcie dowolnie, ładnie wyglądają kiedy tworzą jakby bezowe chmury – po prostu nie uklepuj zbytnio białek i voila 🙂 Wierzchnią bezę możesz dodatkowo obsypać lekko cukrem.

6. Wsadź obie formy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 20 – 25 minut. Jeśli piekarnik na to nie pozwala, możesz robić to partiami.

7. Kiedy czas upłynie, upewnij się, że beza w środku jest upieczona – możesz do tego użyć wykałaczki – nic nie powinno się do niej przykleić. Wierzch lekko się zarumieni – to nic złego.

8. Kiedy ciasto ostygnie, bezy lekko opadną i mogą popękać, ale to nie zepsuje ich smaku 🙂 Wyjmij je delikatnie z form i ubij śmietanę.

9. Tuż przed podaniem przygotuj konstrukcję: na spód idzie biszkopt z płaską bezą, następnie połóż bitą śmietanę, potem lemon curd lub konfiturę, a na sam koniec biszkopt z “nieułożoną” bezą.

Smacznego!

Biscotti nr2 z białą i ciemną czekoladą, czyli o destrukcyjnym wpływie literatury

Jeśli ktoś potrafi czytać książki kucharskie bez nabierania dzikiej chęci do jedzenia, to albo czytając coś zjada, albo kłamie. W trakcie przygotowań do Kolacji Stulecia, stół powoli znika pod natłokiem książek kucharskich, co ma koszmarny wpływ na moją równowagę psychiczną. To jest tak jak z oglądaniem programów podróżniczych, tylko gorzej. Piękni ludzie w pięknych miejscach wywołują u mnie frustrację z kategorii “czemu mnie tam teraz nie ma”, jednak podświadomie czuję, że po prostu w danej chwili teleportacja z kanapy na Nową Zelandię na przykład jest zbyt skomplikowana.

Dużo gorzej jest z jedzeniem – oglądając programy kulinarne czy właśnie czytając przepisy pojawia się uczucie “czemu tego teraz nie jem”, tylko że tutaj podświadomość nie ma wystarczających właściwości terapeutycznych. Wypad do sklepu jest bardzo realny, a do tego jeszcze można liczyć na pomoc składników w domu. I wtedy, kiedy nie mogę już patrzeć na kolejne zdjęcie ślicznych ciastek/makaronów/owoców, pojawia się problem.

Na dwusetnej stronie kolejnej książki dałam za wygraną i wpadłam do kuchni zrobić biscotti. Przepis Nigelli miał w tytule “breakfast”, co pozwalało mi się łudzić, że nie rzucę się na ciastka późnym wieczorem. Niesamowite, jak z wiekiem nie przestaję się oszukiwać.

W każdym razie, są dwa dobre punkty tej historii: biscotti uratowały mnie od deprechy i zrobiłam naprawdę fajne, śniadaniowe ciastka. Przed podaniem zawsze uprzedzam o konieczności maczania w kawie (biscotti z natury mają być twarde), ale widziałam na własne oczy osoby, które je zjadły bez tego i przeżyły. Biscotti w każdej formie po prostu rządzą.

Składniki na około 14 sztuk:

2 średnie jajka
100g drobnego cukru
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
125g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
garść migdałów w płatkach
50g ciemnej czekolady
50g białej czekolady

1. Utrzyj cukier z jajkami, a następnie dodaj ekstrakt migdałowy.

2. Powoli dosyp mąkę, proszek do pieczenia i sól, cały czas mieszając.

3. Kiedy wszystkie składniki się połączą, dorzuć migdały i pokruszone kawałki czekolady. Wymieszaj.

4. Z ciasta uformuj rulon jak na bagietkę, lekko go spłaszczając.

5. Piecz ciasto na papierze do pieczenia w temperaturze 180 stopni przez 25 minut. Następnie wyjmij z piekarnika, odstaw na 5 minut do ostygnięcia i pokrój na małe kromki o grubości około 1cm.

6. Rozłóż ciastka z powrotem na papierze i piecz przez kolejne 10 minut. Następnie obróć je i dopiecz, jeśli to konieczne (zależnie od wielkości piekarnika wg mnie) przez kolejne 5 minut.

7. Podawaj po ostygnięciu lub przechowuj je w szczelnym pojemniku na najbliższą okazję przy kawie 🙂

Smacznego!

Pieczone figi z mascarpone, czyli zabawy wieczorową porą

Do niedawna mój kontakt ze świeżymi figami ograniczał się do epizodu, kiedy to mieszkałam pod chorwackim figowcem na kempingu. Wszyscy się nim zachwycali, ale mnie wówczas najbardziej cieszył fakt, że mogę pod tym drzewem trzymać dmuchany materac i leżeć sobie na nim w cieniu. Byłam młoda i głupia, co tu dużo mówić.

Moje ignoranckie zachowanie postanowiłam odkupić odpowiednim uczczeniem sześciu żywych fig, na które przypadkiem trafiłam w sklepie. W garnku stopiłam masło z cukrem, cynamonem i wodą różaną, wyjęłam mascarpone, a figi wylądowały w piekarniku. Kiedy w mieszkaniu poczułam boski kwiatowy zapach przypomniałam sobie, dlaczego tak uwielbiam robić desery wieczorami. Chodzi o rytuał, który można wytworzyć tylko na koniec dnia, kiedy czuję, że nic nie muszę i zasłużyłam na coś tylko dla siebie. Kiedy postanawiam spędzić wieczór w kuchni nie ma już miejsca na wyrzuty sumienia na myśl o niewykonanych telefonach czy nieodbytych spotkaniach. W tym wypadku chodziło o spontaniczne i proste sprawienie sobie przyjemności i to się, jak to zwykle bywa z udziałem czegoś słodkiego, udało. No i odkupiłam te biedne i zapomniane figi z Chorwacji, mam nadzieję.

Składniki (dla 2-3 osób):

6 świeżych fig
200g serka mascarpone

25g masła
1 łyżeczka cukru waniliowego (lub więcej do posypania dodatkowo serka mascarpone)
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka wody różanej

1. Stop masło z wodą różaną, cukrem i cynamonem.

2. Na każdej z fig zrób po dwa nacięcia, żeby mogły “rozwinąć się” podczas pieczenia. Polej je odrobiną gorącego syropu.

3. W piekarniku nagrzanym do 200 stopni piecz figi przez 15 minut.

4. Podawaj z serkiem mascarpone polanym dodatkowo pozostałym syropem.

Smacznego!

Ciasto podwójnie cytrynowe z migdałami, czyli obrzędy ku czci pogody

Mam bardzo mało ambitne wytłumaczenie, dlaczego zrobiłam akurat ciasto cytrynowe – jest żółte. Czyli pozytywne. Jak pogoda w ostatnich dniach. Zazwyczaj pamiętam o prawidłowości, że wspominając o pogodzie: a) stoję w kolejce i ktoś mnie zaczepia, b) nie mam już nic ciekawego do powiedzenia. Jednak w tym wypadku mam na swoją obronę prosty fakt, że bez słońca na dłuższą metę żyje się kiepsko więc kiedy już postanowiło się pojawić, daję sobie prawo do poświęcenia mu więcej uwagi.
Z powodu niedoświetlenia, zaczęłam już się zastanawiać nad wizytą w solarium i obsesyjnie marzyć o prysznicu z kolorowymi diodami, żeby rano się ożywiać na żółto, a wieczorami uspokajać na niebiesko. To już nie to samo co moje dawne bardzo kompromitujące marzenia o lampie z lawą, ale rozumiecie sytuację – było źle.
Na szczęście poprawa sytuacji nastąpiła automatycznie – nucenie dziarskich piosenek i wypatroszenie ipoda z bardziej depresyjnych kawałków to pierwsze sygnały, teraz przyszła pora na śliczne żółte ciastko i prześwietlone zdjęcia. Jest ono dość podobne do jednego z moich ulubieńców, pomarańczowego ciasta z kaszą manną, przy którym doceniłam dodawanie syropu po pieczeniu. Ten deser nie wymaga kombinowania – po prostu wymieszajcie składniki, a w zamian dostaniecie pyszne, żółte ciasto, którego zjedzenie możecie potraktować jako obowiązek w celu uczczenia pierwszych dni wiosennego słońca. Bierzcie i jedzcie – nie wiadomo, ile będziemy mieli takiego pogodowego farta.

Składniki (dla kwadratowej formy o boku ok 23cm):
Ciasto:
200g miękkiego masła
200g drobnego cukru
200g migdałów w płatkach
100g mąki kukurydzianej (lub polenty)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3 jajka
skórka otarta z 2 cytryn
Syrop:
sok z 2 cytryn
125g cukru pudru

1. Wymieszaj masło z cukrem, a w oddzielnym naczyniu wymieszaj sypkie składniki: migdały, mąkę, proszek.

2. Dodawaj sypkie składniki i jajka do maślanej masy, stopniowo, naprzemiennie i stale mieszając.

3. Kiedy uzyskasz jednolitą masę, wmieszaj skórkę z cytryny.

4. Piecz ciasto przez około 35 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

5. Przygotuj syrop gotując sok z cytryn i cukier w małym naczyniu. Kiedy cały cukier się roztopi – syrop jest gotowy – nie musi być bardzo kleisty.

6. Po wyjęciu ciasta ponakłuwaj je delikatnie wykałaczką i wylej ostrożnie syrop, pilnując, czy masz wystarczająco dużo otworów, żeby jak najwięcej sosu mogło wsiąknąć w ciasto.

Smacznego!

Ciastka czekoladowe, czyli psychoanaliza dla początkujących

Sprawa jest prosta i powtórzę kolejny raz: kiedy nie jest dobrze, potrzeba czekolady. Ostatnie czekoladowe ciastka przygotowywałam też w nie najlepszym stanie i zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to jakieś zjawisko psychologiczne, które można by zdefiniować, przebadać i opisać, żeby na przyszłość móc sobie lepiej radzić z problemami. Jestem ostatnio bardzo za uproszczaniem świata. Serio. Potrzebuję tylko więcej silnej woli, żeby przestać komplikować wszystko dookoła.
Między innymi komplikuję wszystkie trudniejsze sprawy, które próbuję powiedzieć prosto w oczy. Zazwyczaj  kończy się na tym, że w ważniejszych dla mnie tematach powiedzenie tego, co mam na myśli, staje się niezwykle trudne albo nawet niemożliwe. Zawsze w takich sytuacjach zamykam za sobą drzwi i w głowie mam tylko “jak to w ogóle możliwe, że to powiedziałaś”. Zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że mówimy o tej samej osobie, która ma bloga i w wieku parunastu lat napisała książkę dla rodziców w ramach programu “Kupcie mi chomika”. I to niedługo po napisaniu pierwszej książki o krainie radosnych królików (10 l.).
Podsumowując: jestem trochę przytłoczona i próbuję się ratować. Kwestia artykułowania problemów to jedno, a doraźne narzędzia to drugie. I tutaj pojawia się czekolada. Jedzona normalnie (lub nienormalnie, w ilościach hurtowych), nie załatwi sprawy, bo żeby naprawdę docenić jej terapeutyczne właściwości, trzeba się na niej skupić. Topienie, kruszenie, mieszanie – chociaż na chwilę mogą to być decyzje, od których zależy nasze szczęście. To cudowne, że można się do nich ograniczyć, chociaż chwilowo, żeby poczuć się lepiej. Nie potrzebuję wtedy wielkich zmian czy wielkich wyznań, wystarczy mi tylko takie małe, chrupiące ciastko, prosto ze ślicznej książki ze ślicznymi obrazkami. Polecam wszystkim zmęczonym, czymkolwiek.

Składniki (na około 12 ciastek):
50g masła
400g czekolady (mlecznej lub deserowej – wg uznania)
2 jajka
145 brązowego cukru
1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego lub waniliowego
85g mąki
1/2 łyżeczki soli
1/2 proszku do pieczenia
1. Roztop czekoladę i masło w garnku ustawionym nad garnkiem z parującą wodą. Pamiętaj, żeby garnek z czekoladą nie dotykał dnem tego z wodą.
2. Ubij jajka z cukrem i ekstraktem. Dolej czekoladowo-maślaną masę i wymieszaj dokładnie.
3. W innym naczyniu wymieszaj mąkę, sól i proszek do pieczenia. Następnie dodawaj masę czekoladową partiami, powoli, dokładnie mieszając.
4. Formuj kulki z ciasta używając łyżki do lodów lub zwykłej łyżki do zupy. Pamiętaj, żeby umieszczać kulki w odstępach – będą się rozlewać w trakcie pieczenia.
5. Piecz ciastka w temperaturze 170 stopni przez 10-15 minut. Przed podaniem lub przełożeniem odczekaj około 10 minut, dając im czas, aby stwardniały.
Smacznego!

Biscotti z migdałami i żurawiną, czyli włoski rozwiązywacz problemów

Szukając tła dla wieczornej degustacji cytrynówki mojego kuzyna Piotrka, znalazłam sposób na rozwiązanie trzech problemów za jednym przepisem. Problem pierwszy: po tegorocznej produkcji mincemeat w zamrażarce została jeszcze żurawina. Problem drugi: brakowało mi siły na zrobienie czegoś skomplikowanego. No i problem trzeci: po ostatniej wizycie w IKEI w kuchni stoi rząd pustych słoików jak jeden wielki wyrzut sumienia. Miałam zacząć robić w nich pyszne konfiturki i marynatki (do Ory: od kiedy spróbowałam Twojej papryki w miodzie nic nie było takie samo), ale ta perspektywa zaczęła się oddalać z każdym kolejnym weekendem..
Tym sposobem odkryłam biscotti. Włoski przysmak, który może stać przez długi czas w zamkniętym szczelnie pojemniku (czyt. słoiku, ha). Z dowolnymi bakaliami, niezwykle szybki i prosty w wykonaniu. To zabawne, że włoskie słowa zawsze dodają klasy każdej, nawet najprostszej potrawie. Ale ta klasa jednocześnie nie wiąże się z uczuciem onieśmielenia, jakiego nabywam czytając na przykład przepisy francuskie. To tak jakby Francuzi, nadając nazwy swoich potraw, chcieli powiedzieć “Patrz i podziwiaj, co my tu mamy. Głupio Ci, że nie wiesz o co w tym daniu chodzi? I dobrze. Delektuj się tym, zobacz jacy jesteśmy genialni i nawet nie próbuj nas doścignąć.” Nie mam takiego wrażenia czytając przepisy włoskie. Sprowadzają się one dla mnie do jednej prostej prawdy: brzmi bosko. wygląda cudownie. jedz.
To oczywiście bardzo subiektywne uogólnienie. Dalej przecież mam obsesję na punkcie francuskich makaroników i czytam z namaszczeniem “Świnię w Prowansji”. Ale koniec końców, i tak wracam do tej błogiej włoskiej prostoty.

Składniki (na około 14 sztuk):

85g cukru light muscovado (lub cukru pudru)
1 jajko
140g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
55g żurawiny (suszonej lub świeżej)
55g migdałów (lub orzeszków piniowych)
1. Wymieszaj dokładnie cukier z jajkiem, aż uzyskasz jasną, lejącą masę.
2. Przesiej mąkę do naczynia z miksturą, a następnie dodaj żurawinę i migdały. Zamiast tego możesz dodać dowolne składniki, jak orzechy, rodzynki czy daktyle.
3. Na papierze do pieczenia uformuj z ciasta podłużną rolkę, przypominającą bagietkę.
4. Piecz przez 20-25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
5. Wyjmij ciasto z piekarnika, odczekaj 3 minuty i pokrój je w poprzek na kawałki o grubości około 1,5cm. Połóż “kromki” z powrotem na papierze do pieczenia.
6. Wstaw pokrojone ciasto do piekarnika na dodatkowe 10 minut. Po wyjęciu pozostaw do ostygnięcia i podawaj lub wstaw do szczelnego pojemnika na czarną godzinę.
Smacznego!

Trufle z malibu, czyli o wiecznym braku satysfakcji

Chyba nikogo już nie zdziwi, że wolny dzień w tygodniu wykorzystałam na przygotowanie trufli. Po ostatniej serii trufli z likierem Baileys zaczęłam myśleć, że to jest Moja Ukochana Trufla. To nieskromne, jednak subiektywnie uznałam, że miała ona wszystko, czego od trufli oczekuję i dlatego wolałam na początku poświęcić dzień właśnie jej, a nie jakiejś skomplikowanej niewiadomej. Ale jak dobrze, że są przy mnie ludzie, którzy umieją przywołać mnie do porządku. Bo nigdy, przenigdy nie wolno uznawać, że osiągnęło się truflowy ideał.
Czy trufle z malibu są lepsze od wersji z Baileysem – nie wiem. Są pyszne, a biały krem prezentuje się cudnie na tle ciemnej czekolady. I były większym wyzwaniem logistycznym (nie ufajcie białej czekoladzie, naprawdę..). I właśnie o to czasami w kuchni chodzi. Lubię wyzwania, i to bardzo. Nawet ezoteryczny przewodnik, który dawali w dodatku do styczniowego Zwierciadła, powiedział mi, że jestem “Czarnym Bzem”, który uwielbia stawiać sobie bardzo trudne do zrealizowania cele. Przewodnik poszedł do kosza, ale prawda jest taka – na dłuższą metę nie umiem zadowolić się prostszym rozwiązaniem czegokolwiek. I dlatego też wiem, że w ogólnym rozrachunku nie byłabym z siebie zadowolona, gdybym została przy moich ukochanych baileysowych truflach.
A swoją drogą, też je przygotowałam tego samego dnia, żebym na wszelki wypadek miała się czym pocieszyć, gdyby Projekt Malibu nie wypalił.

Składniki (na około 30 trufli):

Nadzienie:
180ml gęstej śmietany (użyłam Rama Cremefine)
25g masła
250g białej czekolady
60-70ml malibu
Polewa:
250g czekolady – wykorzystałam 2 gorzkie i pół białej, ale decyzja należy do Ciebie. Wybrałam gorzką ze względu na wyjątkowo słodkie nadzienie i wydaje mi się, że to jest bardzo trafne rozwiązanie.
1. Przygotuj nadzienie łącząc w garnku śmietanę i masło. Doprowadź do wrzenia, a następnie szybko dodaj pokruszoną czekoladę. Wyłącz palnik i mieszaj masę przez około 3 minuty, powoli, aż czekolada całkowicie się roztopi. Powoli dolewaj malibu. Jego ilość dopasuj do własnego gustu – po prostu spróbuj..
2. Przelej masę do płaskiego naczynia, ostudź i wstaw do lodówki na około 2 godziny.
3. Wyjmij masę i wstaw ją do miksera/blendera na około 2 minuty. Dzięki temu stanie się bardziej puszysta i lekka. 
4. Przełóż masę z powrotem do płaskiego naczynia i wstaw, tym razem do zamrażarki, na około 3 godziny. Im dłużej masa będzie w zimnie, tym łatwiej będzie uformować kulki. Przy białej czekoladzie, najlepiej ten czas wydłużyć maksymalnie i na przykład po uformowaniu kulek dodatkowo wstawić je jeszcze na noc do zamrażarki. Biała czekolada o wiele trudniej i dłużej przyjmuje zwartą formę, stąd potrzebujesz więcej cierpliwości, a później większego tempa przy oblewaniu kulek czekoladą..
5. Tuż przed wyjęciem naczynia z zamrażarki, zacznij topić czekoladę na polewę. Najlepiej robić to nad naczyniem z wodą – pamiętaj tylko, żeby dno naczynia z czekoladą nie dotykało wody. Podgrzewaj wodę powoli, nie dopuszczając do gotowania – czekolada wtedy zacznie się zbrylać zbyt szybko. 
6. Wrzucaj uformowane kulki szybko do roztopionej czekolady, obtaczaj je w masie i kładź z powrotem z zimnym naczyniu. Jeżeli w trakcie oblewania polewą pozostałe trufle zbyt szybko będą się topić i tracić formę, przełóż je na chwilę z powrotem do zamrażarki. 
8. Gotowe trufle trzymaj w lodówce, będą dobre jeszcze tydzień po przygotowaniu.
Smacznego!

Naleśniki z rodzynkami i sosem toffi, czyli o granicach przyzwoitości

Kiedyś wspominałam już o moim uwielbieniu do grzesznych, weekendowych śniadań, ale muszę przyznać, że przy tym przepisie przekroczyłam jakiekolwiek normy żywieniowej poprawności. Uprzedzam więc – to jest śniadaniowy, słodki, uzależniający hardcore.

Naleśniki są dość klasyczne, jeśli nie liczyć dodanych rodzynek. Są bardziej puszyste dzięki dodaniu ubitych białek w ostatniej chwili przed smażeniem, ale prawdziwa jazda zaczyna się przy kremie. Jest niebezpiecznie prosty w przygotowaniu (tak prosty, że można go przygotowywać do wszystkiego… ), a do tego całkowicie zmienia wymiar dość tradycyjnego dania. Jeśli jeszcze wyobrażę sobie, że na wierzch tych naleśników z sosem można położyć gałkę lodów, to już właściwie mogłabym zakończyć pisanie bloga uznając, że nic bardziej hedonistycznego nie wymyślę.

Składniki (na około 20 naleśników):

Sos:
175g cukru brązowego lub muscovado
2 łyżki golden syrup (lub miodu)
175g masła
150ml śmietanki 30%

Naleśniki:
100g rodzynek
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

25g masła
2 jajka
200g mąki pszennej
45g cukru brązowego lub muscovado
szczypta soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
250g jogurtu naturalnego lub greckiego
150ml mleka

1. We wrzącej wodzie zanurz rodzynki i pół łyżeczki sody oczyszczonej.

2. Przygotuj sos, wrzucając wszystkie składniki do garnka – podgrzewaj do zagotowania, a następnie zostaw na średnim ogniu przez kilka minut, mieszając. Powinien mieć błyszczącą, kleistą fakturę.

3. Stop masło na naleśniki i odstaw do ostygnięcia.

4. Oddziel żółtka od białek – białka ubij w oddzielnej misce, a żółtka wymieszaj z płynnymi składnikami – jogurtem i mlekiem.

5. W jeszcze jednej misce wymieszaj sypkie składniki – mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę, sól.  Do tej miski wlej wymieszane płynne składniki. Wymieszaj.

6. Odcedź rodzynki, posiekaj i dodaj do mikstury. W tym czasie możesz już nagrzewać patelnię.

7. Teraz dodaj białka i masło – wszystko delikatnie wymieszaj i zacznij smażyć, nakładając za każdym razem około 40ml ciasta (mam miarki, które ułatwiają mi pracę, ale spokojnie możesz użyć do tego chochelki do zupy).

8. Możesz przygotować naleśniki wcześniej, a następnie wsadzić je wszystkie do piekarnika (temp. 150 stopni) owinięte folią – wtedy wszystkie na raz będą równie ciepłe i puszyste.

Smacznego!

Ciasto kakaowe ze świątecznymi bakaliami, czyli historie urodzinowe

Jestem koszmarnym obiektem do zaskakiwania. Wyciągania informacji o niespodziankach uczyłam się od lat, a do dziś pamiętam pierwszy chyba sukces, kiedy to dostałam kucyka Pony (różowy, z tęczą na tyłku) w niedzielę na obiedzie u dziadków, jakiś tydzień przed urodzinami. Piątymi lub szóstymi, lubiłam kucyki Pony w okresie moralnie poprawnym, tak do Waszej wiadomości.

Dlatego też te urodziny pozostaną niezapomniane przez długi, długi czas. Przy moim wątpliwym talencie do psucia niespodzianek, tym razem nie spodziewałam się niczego, co wydarzyło się tamtego dnia. Chyba nie umiem opisać, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim osobom, które tego dnia dały mi tak dużo radości. Mam nadzieję, że wtajemniczeni to po prostu wiedzą.

Wobec wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, ciasto urodzinowe przyniesione do pracy to bardzo niewielki dowód wdzięczności. Jest mi tym bardziej głupio, że wybierając je kierowałam się egoistycznym podejściem z kategorii “jakie składniki wrzucone do ciasta będą ładniej pachnieć w piekarniku”. O tej porze można już bezkarnie używać wszystkich typowo świątecznych przypraw, przynajmniej w moim świecie, więc zaszalałam z suszonymi śliwkami, żurawiną, skórką pomarańczową i migdałami. To nie jest ciasto dla minimalistów. Ani abstynentów. Obfitość aromatów w tym cieście jest dla mnie dość nietypowa, bo zwykle ograniczam się do prostszych rozwiązań, jednak to, co mnie urzekło w tym przepisie to jeden prosty schemat – wrzucasz do garnka i czekasz. I mieszasz..

Składniki (do tortownicy o średnicy około 23cm):

250g suszonych śliwek
100g rodzynek
50g żurawiny
50g kandyzowanej skórki pomarańczowej
175g masła
175g cukru muscovado
175ml płynnego miodu
125ml kremowego likieru (ja zmieszałam Baileysa z likierem czkoladowo-pomarańczowym, ale wierzę, że każda kombinacja będzie dobra – świetny może być Sheridan lub Kahlua)
skórka i sok z 2 pomarańczy
1 łyżeczka korzennej przyprawy do piernika
4 łyżki kakao
3 jajka
150g mąki pszennej
75g migdałów w płatkach
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

1. Wrzuć do garnka bakalie, masło, cukier, miód, likier, skórkę i sok z pomarańczy, przyprawę do piernika i kakao. Doprowadź do wrzenia i trzymaj na wolnym ogniu przez 10 minut, powoli mieszając od czasu do czasu. Następnie zdejmij garnek z palnika i pozostaw do ostygnięcia przez około 30 minut.

2. Wyłóż tortownicę papierem do pieczenia i nastaw piekarnik na 150stopni.

3. W misce ubij jajka, a następnie przelej je do garnka z masą, dosypując mąkę, sodę, proszek do pieczenia i migdały. Wymieszaj wszystko dokładnie i przelej do tortownicy.

4. Piecz przez 1,5 godziny.

Smacznego!

Pralinki bakaliowe, czyli o tym, jak trudno mieszkać koło sklepu z luksusowym jedzeniem

Kiedy kolejny raz pogrążam się finansowo w nowootwartym Piotrze i Pawle koło domu, zastanawiam się czasami, czy gotowanie nie jest kolejną manifestacją mojego talentu do komplikowania sobie życia. Po pierwsze – łatwiej było pilnować budżetu, kiedy pobyt w hipermarketach traktowałam jak survival.   Po drugie – przy takiej ilości gotowych, kuszących dań zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam ochoty zaopatrzyć się w zagraniczne sosy w bajeranckich torebeczkach, gotowe pasty do kanapek i pralinki wszelkiego rodzaju. I skończyć z sajgonem w kuchni, przyjmując pozę wylegującej się na kanapie mimozy, która podejmuje największy wysiłek ustawiając te pralinki na stylowym talerzyku.
To by było jednak za proste. Zwłaszcza, że kiedy zdarza mi się wrócić do domu z jakimś gotowcem, czuję się jak zdrajczyni wobec całej kolekcji książek kucharskich, dla których wyczyściłam regały tuż po skończeniu studiów. A żaden szanujący się iberysta nie wywozi na podkielecką wieś Historii Portugalii Antonio Henrique de Oliveira Marquesa pod byle pretekstem. 
Dlatego też obiecuję sobie, że jeśli mam jeść słodycze, to te własnego autorstwa – niezależnie od tego, w jak pięknych opakowaniach są te w sklepie za rogiem. Ale żeby trzymać się tego postanowienia, muszę szukać rozwiązań szybkich, łatwych i przyjemnych. Tak oto poznajcie jedno z największych oszustw tego bloga – pralinki bakaliowe.
To jeden z tych deserów, dla których kolejność działań trudno mi nazwać przepisem. Potrzebujecie czekolady i ulubionych bakalii – orzechów, żurawiny, rodzynek. I już. Topicie czekoladę w kąpieli wodnej i kiedy jest płynna, wrzucacie do niej bakalie. Po wymieszaniu, łyżką wyciągacie niewielkie porcje i umieszczacie do zastygnięcia na pergaminie. Możecie podkręcić smak odrobiną alkoholu lub ekstraktem – to naprawdę zależy od Was.
Bawcie się dobrze przy kombinowaniu, jakiego pretekstu potrzebujecie, żeby przygotować takie pralinki  jak najszybciej, serio.