Opowieści ze Świata Muffinów, czyli co zjadłam w USA

Cudownym elementem mojej pracy jest to, że między pisaniem maila a robieniem kawy można usłyszeć “A może poleciałabyś do Seattle”. Pojawiają się tu dwa czynniki sprawcze: pierwszy to mój zawód, bo co tu ukrywać, zdarza nam się pracować w tej branży z dużym polotem. Drugi, o wiele ważniejszy, to ludzie, od których mogę coś takiego usłyszeć i ci, którzy potem dokładają wszelkich starań, żebym moją podróż odbyła w niewyobrażalnie przyjemnych warunkach. Sami zainteresowani wiedzą dobrze, o co chodzi, ale ja czułabym się nieuczciwie nie wspominając także tutaj, jak bardzo jestem im wdzięczna za taką szansę.

A teraz przejdźmy do rzeczy. Odwiedziłam dwa miasta – Seattle i Nowy Jork – odległe o siebie o tysiące kilometrów w ujęciu geograficznym i metaforycznym. To pierwsze urzekło mnie jedną ze swoich atrakcji, dumnie opisywaną w przewodnikach: panowie na targu przy Pike Street rzucają do siebie rybami. Nawet dużymi łososiami.

Z czego jeszcze słynie Seattle, gdyby fish-throwing fishermen niewystarczająco Was przekonywali do podróży? Pierwszy na świecie Starbucks. Sklep z lat dwudziestych pełen wzruszonych Azjatów  opuściłam dość szybko, za to spędziłam cudowną godzinę w pierwszej kawiarni Sbuxa otwartej bodajże w latach 70-tych. Duży drewniany stół i mieszkanka kawy dedykowana specjalnie temu miejscu. Uroczo, ale nie na tyle, żebym po dwóch godzinach nie zdradziła Sbuxa z kawiarnią naprzeciwko, wskazaną mi przez jednego z mieszkańców jako “totally the best coffee you’ll ever drink”. Miał drań rację, tak myślałam przez kilka dni – teraz podałabym mu namiar na Roasting Plant przy Orchard Street w Nowym Jorku, żeby porównał, bo ja nie umiem się zdecydować. W obu miejscach podają świeżo mieloną i paloną kawę, której nie da się porównać z niczym innym, ale o tym później.
W każdym razie, opuściłam Seattle zakochana w nie-Starbucksowej kawie, urzeczona metropolią, która w amerykańskim ujęciu wcale metropolią nie jest i jej klimatem, który w jakiś niewytłumaczalny sposób odebrałam jako spokojny i przytulny. Mimo takiego układu centrum:
Dlaczego Seattle jest niewielkim miastem, zrozumiałam wjeżdżając na Manhattan. Overwhelming było jednym z głównych słów, jakich używałam opisując miasto mieszkańcom, którzy chcieli wiedzieć, jak odbieram ich dom. Ale o tym przytłoczeniu mówiłam z zachwytem dziewczyny, która stoi na rzeczywistych rozmiarów planie zdjęciowym jej ukochanych filmów (i Seksu w Wielkim Mieście, powiedzmy sobie szczerze). W NY po raz pierwszy jedzenie stało się dla mnie rzeczą jednak drugorzędną. Wobec takich widoków i atmosfery miasta, nie byłam w stanie skupić się na polowaniu na wszystkie zaznaczone knajpki i sklepy. I nie żałuję. Pokochałam za to kilka miejsc miłością tak wielką, że traktuję je już jak moje prywatne, lokalne knajpy, w których widziałabym siebie jako stałego bywalca zamawiającego “to co zawsze” do uśmiechniętej obsługi znającej imię moje i mojego psa. Bo zamierzam do NY wrócić z moim jeszcze nieistniejącym psem, żeby mu pokazać Central Park, ale to już inna historia.
Jedna z takich knajp to Nussbaum & Wu, punkt śniadaniowy, w którym poznałam smak prawdziwego bajgla i Króla Muffinów. Pierwszego dnia zaczęłam tam dzień właśnie od muffina (wielkości dwóch Polskich Klasycznych), który wystarczył mi do późnego popołudnia. Czwartego dnia zjadłam muffina, jogurt z muesli, smoothie z czarnych owoców i kawę, co wystarczyło mi już do południa tylko. Mój potencjalny pobyt w NY wymagałby, oprócz psa, obecności trenera personalnego.
Ten prosiaczkowy róż to truskawkowy twarożek. Bardzo dobry.
Inne miejsca mogę opisać w pakiecie podpisanym: Soho. Ta hipsterska mekka jest w stanie zapewnić mi wyżywienie na poziomie moich najbardziej hedonistycznych marzeń: ciastka z Little Cupcake Bakeshop, zakupy w Dean & Deluca i kawa w wyżej wspomnianej Roasting Plant. Nie skarżę się też na wszechobecne sklepy z wyjątkowymi ciuchami i takimi gadżetami.
Zaczęłam rozumieć, czemu niektórzy nowojorczycy mają poczucie, że wyjazd z Manhattanu jest czynnością zbędną. Żyjąc tam można odnieść wrażenie, że ta wyspa to kilkadziesiąt mikroświatów (mikro w skali amerykańskiej oczywiście), które nie mają zbyt wielkiej ochoty się uzupełniać, a jedynie przechwalać jeden przed drugim tym, co wspaniałego mają do zaoferowania. Kiedy już znajdziesz swoje miejsce, będzie się ono Tobie odwdzięczać zapewniając Cię, że to czego szukasz, jest właśnie tutaj. A jeśli jakimś cudem to się nie uda, to możesz mieć pewność, że wystarczy spacer kilka przecznic dalej.
Nie zostałam kompletnie zamerykanizowana, czytam teraz Sweet Life in Paris Lebovitza, czując powracającą tęsknotę za bagietką z truflowym brie i jednocześnie za pomidorową mojej Babci. Mimo to przeglądam kolejny raz zdjęcia i wiem, że naprawdę chcę wrócić do Nowego Jorku i poczuć ten przedziwny stan przytłoczenia miastem, które sprawia wrażenie, jakby starało spełniać wszystkie moje marzenia. Nawet jeśli dobrze wiem, że jest to tylko American Dream, nie rzeczywistość.

Sernik migdałowy ze śliwkami, czyli ckliwie o krewnych i znajomych królika

Od razu zaznaczam, że autorką tego ciasta jest Kasia, a przepis pochodzi z najnowszej Kuchni od autorki bloga mojewypieki.blox.pl, więc występuję tym razem w roli recenzenta i zarazem dumnej starszej siostry. Kasiowy sernik rozpoczął  bardzo intensywny tydzień, w którym jedzenie było tłem do wydarzeń duuużej skali. Wiemy już między innymi, że Siostra emigruje na magisterskie do Łodzi, że Kasia i Kornel robią Jajecznicę Mistrzów, że Karola dumnie dzierży tytuł Hipstera Tygodnia, że Kalina ma naprawdę obłędną szminkę i najlepszy pomysł na rozwój mojej kulinarnej kariery, i że Jaś zawsze będzie zamawiał szwajcarskie wino i pierogi z mięsem jeśli się nadarzy taka okazja. Mogłabym tak ciągnąć, jednak przekaz jest jeden – jeśli masz dookoła ludzi, którzy potrafią Cię rozbawić nawet kiedy w chwili ciszy dopada Cię strach i stres, i tak masz przewagę nad każdym problemem, który stanie na Twojej drodze.
Jak chyba się można domyślić, sernik jest tłem dla podziękowań. A dla niektórych – dla przeprosin, ale to oczywiście załatwię osobiście, pewnie ze wsparciem jakiś grzesznych deserów.. Ale tutaj – po prostu dziękuję.

Składniki:

Spód:
150g ciastek Digestive w czekoladzie
50g rozpuszczonego masła
Masa serowa:
70dag półtłustego twarogu (zmielonego dwukrotnie)
1,25 szklanki drobnego cukru
3 łyżki mąki ziemniaczanej
3 jajka
2/3 szklanki śmietanki 36%
1 łyżeczka aromatu migdałowego
50-60 dag śliwek przekrojonych na połówki
Kruszonka migdałowa:
3/4 szklanki mielonych migdałów
1/2 szklanki cukru brązowego (demerara)
120g rozpuszczonego masła
1. Dno tortownicy o średnicy 22-23cm wyłóż papierem do pieczenia
2. Rozdrobnij ciastka w malakserze do konsystencji piasku i zmieszaj ze stopionym masłem. Dno formy wyłóż powstałą masą.
3. Zmiksuj składniki masy serowej na gładki krem – wszystkie powinny mieć temperaturę pokojową. Nie rób tego zbyt długo, żeby masa się nie napowietrzyła i nie opadła po upieczeniu. Tutaj oklaski dla mojej Siostry. Ja przy sernikowych popisach nawalałam przy tej części.
4. Masę wylej na spód ciasteczkowy, na wierzchu ułóż śliwki rozcięciami do góry.
5. Przygotuj kruszonkę – ciepłe, rozpuszczone masło wymieszaj z pozostałymi składnikami, wyrabiając palcami kruszonkę. Posyp nią sernik.
6. Piecz w piekarniku nagrzanym do 180 stopni około godziny. Studzimy i wstawiamy do lodówki najlepiej na całą noc.
Smacznego!

Pieczarki z ricottą na grzance, czyli o dziwnych upodobaniach

Opowiem Wam o moich relacjach z pieczarkami. W kieleckiej szkolnej rzeczywistości ich obieranie było jedyną czynnością, oprócz jedzenia, która mogła mnie zaciągnąć do kuchni. W prostym ujęciu: w kuchni przez długi czas albo jadłam, albo obierałam pieczarki. Reszta czynności nie była już dla mnie zbyt wielką przyjemnością.
Swoją drogą, moje możliwości kulinarne w tym okresie były mocno ograniczone. Babcia górowała przy każdej możliwej potrawie, zapewniając mi królewskie wyżywienie każdego dnia, w zestawie z kompleksem, że co jak co, ale nawet naleśników na jej poziomie po prostu nie zrobię. Zdania nie zmieniłam, zmieniłam podejście. Ale obieranie pieczarek zawsze było zajęciem bezpiecznym i dziwnie przyjemnym.
Tym sposobem, pieczarki występują w kuchni przy różnych okazjach, a dzisiaj w wersji kanapkowo – przekąskowej. Świetnie wypadną jedynie przypieczone z ricottą, jako przystawka, a na chrupiącej kromce chleba mogą awansować do statusu lekkiego obiadu.

Składniki (na 6 grzanek):
150g drobnych pieczarek
około 150g serka ricotta
garść orzechów włoskich
1 łyżka startego parmezanu
łyżeczka oregano
oliwa z oliwek
6 kromek pełnoziarnistego chleba
sól, pieprz
1. Przygotuj blachę z folią aluminiową posmarowaną lekko oliwą z oliwek. Połóż na niej obrane kapelusze pieczarek, wierzchem do dołu. Posyp solą i pieprzem do smaku.
2. W misce wymieszaj ricottę, starty parmezan, posiekane orzechy włoskie i oregano. Tutaj też możesz dodać sól i pieprz.
3. Na blasze ułóż kromki chleba, lekko posmarowane oliwą. Krem z ricotty nałóż łyżeczką do kapeluszy pieczarek, a jeśli zostanie – możesz śmiało dodać go także na pieczywo.
4. Włóż blachę do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 10 minut – podawaj oddzielnie lub układaj pieczarki na grzankach.
Smacznego!

Mufiny z mąki razowej z bananem i rodzynkami, czyli efekt domina

Coraz bardziej wierzę w efekt domina i teorię, że jeśli porządnie wprowadzisz jedną zmianę w swoim życiu, to nie możesz liczyć na to, że reszta pozostanie bez zmian. I nie mówię tylko o mojej grzywce i fakcie, że przez nią muszę teraz dokładniej suszyć włosy, a co za tym idzie – wstawać całe 10 minut wcześniej. 
Pewnego dnia, w drodze do kina, kupiłam sobie buty do biegania. Następnie dokształciłam się w zakresie wszystkich zagrożeń dla mojego kolana, założyłam dresik i podreptałam w kierunku parku fontann nad Wisłą. Spodobało mi się i nic mi się nie stało. Siłę tego wyznania zrozumieją może tylko bardziej wtajemniczeni, ale podsumowując – zmiana takiego kalibru nie mogła przejść przez moje życie jakby nigdy nic, nie przestawiając niczego po drodze.
Mufiny razowe to oczywiście kolejna odsłona cyklu “jem zdrowo, więc będę piękna i szczupła”, ale przede wszystkim jest to jeden z drobnych elementów mojego powrotu do formy – psychicznej i fizycznej. Wracam do kuchni coraz częściej, powklejałam w końcu do zeszytu adresy miejsc, do których zamierzam trafić w najbliższych latach i nawet nie przeklinam zbyt głośno, kiedy grzywka nie chce się ułożyć. I to wszystko bez długiego urlopu. Cud nad Wisłą po prostu.

Składniki (na 12 sztuk):
1 duży, dojrzały banan
300g mąki razowej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
100g brązowego cukru
285ml maślanki
1 duże jajko
75g rozpuszczonego masła (lub oliwy z oliwek)
około 100g rodzynek (mogą być borówki)
1. W dużej misce wymieszaj mąkę, proszek, sodę, sól oraz cukier. Następnie dodaj maślankę, lekko wybełtane wcześniej jajko, masło (lub oliwę) i rozgniecionego banana. Wszystko wymieszaj tak, żeby składniki się jedynie połączyły. Nie przemieszaj ciasta – wtedy nie wyrośnie za dobrze. Na koniec dodaj rodzynki i przemieszaj wszystko delikatnie.
2. Przełóż łyżką ciasto do foremek do mufinów. Wierzch możesz posypać dodatkowo brązowym cukrem.
3. Piecz przez 20 – 25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
Smacznego!

Makaron z kurkami i kozim serem, czyli poznajcie moją Siostrę

Nie mam specjalnej puenty dla tego wpisu oprócz najprostszego faktu – bardzo, bardzo się cieszę z odwiedzin Kasi. To zapalona snowboardzistka i blond inżynier, z którą wspólnie układałyśmy choreografie do piosenek, inscenizowałyśmy reklamy (teraz sobie właśnie zdałam sprawę, że może istnieje jednak jakieś powiązanie między moim dzieciństwem a obecnym zawodem), a na wakacjach dopasowywałyśmy plan dnia do powtórek Sailor Moon o 8.30 i do nowego odcinka o 15.00. W międzyczasie siedziałyśmy na huśtawce i doglądałyśmy nasze króliki, które pasły się pod choinką. PS. Kasi króliki zawsze były chętne do współpracy, u mnie geniuszem był tylko Norman.
Do tego obie nie znosimy melonów (chociaż to bardziej rezultat traumy z dzieciństwa niż gustów smakowych), uwielbiamy amerykańskie So You Think You Can Dance i zaczytywałyśmy się w komiksach z Kaczorem Donaldem.
Nie ma konkretnego powodu, dla którego zrobiłam akurat makaron z kurkami na przyjazd Kasi, ale myślę, że dobrym podsumowaniem wpisu będzie poniższe zdjęcie. Poprosiłam o pomoc w oberwaniu bazylii. Kasia po chwili pokazała mi taką instalację, oświadczając “Koza na wczasach”.

Składniki (na 2 duże porcje):

250g kurek
1 łyżka masła
3 łyżki oliwy
2 ząbki czosnku
100g sera koziego
200g makaronu
sól
pieprz
liście świeżej bazylii
1. Zagotuj wodę na makaron, posól i przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
2. Opłucz dokładnie kurki, rozgrzej patelnię i wlej 2 łyżki oliwy i łyżkę masła. Kiedy masło się rozpuści, wrzuć kurki i posiekany czosnek, dodaj sól i pieprz (wedle uznania, ale ostrożnie z ilością).
3. Smaż kurki przez około 10 minut. Następnie, kiedy makaron będzie gotowy, odcedź go, dodaj łyżkę oliwy i kurki (wraz z sosem, jaki się wytworzy na patelni). Wszystko dokładnie wymieszaj.
4. Pokrój ser kozi i wrzuć do jeszcze gorącego makaronu. Wedle uznania, możesz też podać go na wierzch, bezpośrednio na porcji. Posyp danie listkami świeżej bazylii. Lub zrób z nich palemkę żeby uczcić przyjazd Kasi.
Smacznego!

Tarta z malinami i mascarpone, czyli jak witać nowy mikser w rodzinie

Żeby powitać nowego Kitchen Aida w rodzinie Kasi i Kornela, podczas ostatniego spotkania przygotowaliśmy Deser na Dwie Dzieże. Polega to mniej więcej na tym – dobierasz dwa desery, z których oba muszą zawierać albo jakiś tłusty krem albo przynajmniej białka do ubicia. I już. Nie ma lepszej wymówki do przygotowania podwójnej porcji słodyczy – po prostu nie można zostawić jednej dzieży w samotności na blacie.
Stanęło na bezie z lodami i właśnie na tarcie z malinami. Na bazie przepisu z Kwestii Smaku stworzyliśmy coś nieprzeciętnie dobrego. To, że mascarpone rządzi wiadomo nie od dziś. Ale spróbujcie dodać do niego odrobinę wody różanej i dajcie znać, czy istnieje lepsza kombinacja. Jak dla mnie na razie nie. Wiem, że woda różana brzmi dość niszowo, ale naprawdę jestem gotowa wskazać każdej jednej osobie, skąd można wziąć takie cudo żeby tylko zachęcić do wypróbowania tej kombinacji.

Składniki na tartę o średnicy około 30cm:
Ciasto:
250g mąki pszennej
150g schłodzonego masła
1 łyżka mleka
szczypta soli
3 łyżki cukru
1 jajko
Krem:
500g serka mascarpone
3-4 łyżki śmietanki 30%
3-4 łyżki cukru (wg uznania – możesz dodać w trakcie mieszania)
1 łyżeczka wody różanej
świeże maliny
1. Przygotuj ciasto kruche zagniatając masło, mąkę, cukier, jajko i szczyptę soli. Dodaj mleko, żeby składniki się połączyły. Uformuj dysk i wstaw na minimum godzinę do lodówki.
2. Wyłóż wysmarowaną masłem formę ciastem, a następnie ponakłuwaj je widelcem. Obciąż je fasolą lub ryżem, wysypanym i równomiernie rozłożonym na folii aluminiowej. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na 15 minut. Następnie zdejmij folię z obciążeniem i piecz przez kolejne 13-15 minut.
3. Pozostaw ciasto do ostudzenia i przygotuj krem, mieszając dokładnie mascarpone, śmietanę, cukier i wodę różaną. Dla wyznawców Kitchen Aida – zacznij od tempa 2, następnie zwiększ do 4 i potem do 6. Ubicie sztywnej masy powinno zająć Ci około 5 minut.
4. Rozsmaruj krem na cieście i posyp świeżymi malinami.
Smacznego!

Mufin z suszonymi morelami i białą czekoladą, czyli superbohater o wielu twarzach

Misja, dla której te Mufiny zostały przygotowane była z pozoru łatwa – przynosimy zestaw urodzinowych atrybutów, spotykamy się w jednym miejscu i na określony sygnał wyskakujemy zza krzaków. Życie nie jest jednak takie proste – jedyny autobus może postanowić uciec, a krzaki mogą okazać się za rzadkie. Dlatego też w takich okolicznościach należy ograniczać ryzyko do minimum w każdym zakresie działań. Rada weterana – inwestujcie w Mufiny.

Nieważne, w jakim chaosie się pogrążycie, one Was nie zawiodą. To deser stworzony do zadań specjalnych – od deprechy po urodzinowe niespodzianki właśnie. Moja miłość do tego deseru ewoluowała, ponieważ od pierwszej ody na jego cześć zauważyłam, że Mufin ma nie tylko moc uszczęśliwiającą, ale też właśnie ratowniczą. Nie zmieniam zdania – on sprawi, że Wasze dni będą bardziej kaloryczne i radośniejsze. A teraz jeszcze doszłam do wniosku, że on byłby w stanie wyprowadzić Was nawet z największej opresji. Nie ma sensu wchodzić w zasadność takiej tezy, wystarczy mi ślepo uwierzyć i po prostu upiec sobie takiego morelowo-czekoladowego Mufina.

Składniki na 12 mufinów:

280g mąki
1/2 łyżki proszku do pieczenia
100g drobnego brązowego cukru
85g suszonych moreli
100g białej czekolady

2 jajka
200ml maślanki
100ml oleju słonecznikowego

1. Połącz i wymieszaj sypkie składniki – mąkę, proszek, cukier, posiekane morele i czekoladę.

2. W oddzielnej misce ubij jajka, a następnie dolej maślankę i olej – wymieszaj.

3. Dodaj miksturę do sypkich składników i połącz wszystko mieszając widelcem. Pamiętaj, żeby nie przemieszać – wtedy mufiny będą bardziej puszyste.

4. Rozłóż masę do foremek i piecz przez około 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Smacznego!

Chlebki pitta, czyli o sile dziwnych tradycji

Sezonowo, czyli generalnie w każde święta i podczas rodzinnych wyjazdów, następuje taka chwila, kiedy chlebki pitta stają się największym obiektem pożądania. I to nie przy stole, ale w trakcie rundki gry Memory, mojej ukochanej “pamięciówki” polegającej na zapamiętywaniu i odkrywaniu par obrazków.

Jedna z tych par przedstawia właśnie chlebki pitta i stworzyliśmy z nich obiekt kultu na otarcie łez dla nieszczęśników, którzy próbują ze mną wygrać. Dobrodusznie wtedy pocieszam, przeważnie mojego biednego Tatę, że cóż, przegrał z kretesem, ale przynajmniej ma chlebki pitta w swoim zestawie kartoników i to czyni go swoistym mistrzem. Tak bezwstydnie chwalę się moimi sukcesami, bo praktycznie każdą inną grę przegrywam w mniej lub bardziej poniżający sposób.

Nasza tradycja wokół chlebków pitta jest tym dziwniejsza, że na tych kartonikach, tak zupełnie szczerze, są sfotografowane jakieś zupełnie przypadkowe bułki. Nie pamiętam jak przyszło mi do głowy mianowanie ich chlebkami pitta, ale kto by się tym przejmował, skoro w naszej rodzinie są już marką samą w sobie.

Jednak dopiero niedawno postanowiłam zrobić je samodzielnie – wyszły “bułeczkowe”, ale pyszne. Należy im poświęcić trochę uwagi i cierpliwości, ale rzeczywiście, samodzielnie robione pieczywo ma w sobie coś wyjątkowego.

Składniki (na około 14 chlebków):

15g świeżych drożdży
300ml letniej wody
1 łyżka cukru
1,5 łyżki oliwy
500g mąki do wypieku białego pieczywa
2 łyżeczki soli
opcjonalnie: dwie łyżki posiekanej świeżej bazylii lub łyżka oregano

1. Pokrusz drożdże w misce i dodaj cukier. Następnie, mieszając, dodawaj połowę mąki, wodę i oliwę. Odstaw na około 10 minut, aż na powierzchni wytworzy się pianka.

2. Wymieszaj resztę mąki, sól i przyprawy (jeśli masz na nie ochotę), a następnie dodawaj do drożdżowej mikstury jednocześnie mieszając. Zagniataj masę do momentu uzyskania gładkiego i elastycznego ciasta.

3. Przykryj ciasto wilgotną ściereczką i pozostaw do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na godzinę. Ciasto po tym czasie powinno znacznie zwiększyć swoją objętość.

4. Podziel ciasto na porcje i każdą z nich rozwałkuj na placek – do Ciebie należy decyzja, czy chcesz uzyskać większe placki czy mniejsze bułeczki. Ułóż je na folii aluminiowej, przykryj i odstaw na godzinę do wyrośnięcia.

5. Rozgrzej piekarnik do 150 stopni i podgrzej w nim blachy do pieczenia. Przełóż na nie placki, pokrop wodą i piecz przez 8-10 minut.

Smacznego!

Czekoladowa beza Pawłowej z malinami, czyli o sile pretekstu

 
Szukanie pretekstu do czynów zakazanych jest o wiele łatwiejsze, kiedy masz dookoła siebie ludzi, na których możesz zrzucić odpowiedzialność za swoje niecne zachowanie. Dlatego też znalezienie co najmniej trzech powodów do przygotowania pierwszej bezy Pawłowej było niezwykle proste – ogromne (i dość dla mnie niezrozumiałe do wczoraj) uwielbienie Karoli do ubitych białek, seans You Can Dance z Paulinką i pradawna mantra “jeśli nie teraz to kiedy”. To ostatnie może wydawać się naciągane, ale ma głębszy sens – niektórych przyjemności po prostu nie warto odkładać, bo wymarzona okazja może po prostu nigdy nie nadejść. I tak, w niezbyt urokliwych warunkach, jeszcze w lekkim stresie po pracy, udało się stworzyć najbardziej urokliwy deser, który obrócił bieg dnia o 180 stopni.
Beza Pawłowej lubi towarzystwo. Nie zjecie jej samotnie przed telewizorem, choćbyście sami ze sobą założyli się o kawał holenderskiego sera. I właśnie może dlatego stała się dla mnie czymś więcej niż zwykłym deserem – to najprawdziwsza celebracja, a jedyne, czego do niej potrzeba to miksera i osób, które tak samo jak Wy mają ochotę na nieprzyzwoicie hedonistyczny deser i nieprzeciętnie miły wieczór. Nawet kiepskie układy You Can Dance Wam go wtedy nie zepsują.

Składniki (na bezę dla około 4 – 6 osób):
Beza:
białka z 6 jajek
250g drobnego cukru
3 łyżki przesianego kakao
1 łyżeczka octu balsamicznego lub octu winnego
50g drobno posiekanej czekolady
Wierzch:
500ml śmietanki kremówki
500g malin (użyłam mrożonych)
2-3 łyżki gorzkiej startej czekolady do posypania
1. Ubij białka na pół sztywno i, nadaj ubijając, powoli dodawaj cukier. Dodawaj łyżka po łyżce, aż piana stanie się sztywna i lśniąca.
2. Następnie delikatnie posyp pianę kakao, dodaj ocet i wymieszaj silikonową szpatułką. Dodaj następnie posiekaną czekoladę i ponownie dokładnie wymieszaj.
3. Rozłóż bezę na blasze z pergaminem, formując koło o średnicy około 23cm – pamiętaj, że beza jeszcze trochę się rozleje podczas pieczenia.
4. Wstaw bezę do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, a następnie szybko zredukuj temperaturę do 150 stopni. Piecz przez około godzinę. Po tym czasie wyłącz i otwórz piekarnik, ale nie wyjmuj przez jakiś czas bezy – dzięki temu nie popęka zbyt mocno (chociaż ja uważam, że te pęknięcia dodają jej uroku)
5. Na krótko przed podaniem ubij pianę, a następnie połóż ją szpatułką na bezę. Następnie posyp malinami (lub innymi owocami leśnymi) i czekoladą.
Smacznego!

Blondie, czyli wsparcie dla poszkodowanych miejską majówką

W ramach odszkodowań wojennych za spędzanie majówki w mieście każdy ma prawo do upieczenia nieprzyzwoicie słodkich ciastek. Zwłaszcza, kiedy przepis pochodzi z nowej książki kucharskiej, która znajduje się akurat pod ręką w największej potrzebie. Bo jest sprawiedliwość na tym świecie – odebrałam paczkę z zapomnianym zamówieniem. Dobrzy ludzie z Kitchen Aida przysłali mi egzemplarz Wielkiej Księgi Przepisów i chociaż zwykle jestem przeciwna jakimkolwiek sponsorowanym książkom kucharskim, tutaj przecież mówimy o Ojcu Mikserów. Nie mogli sobie pozwolić na fuszerkę i dlatego też tuż po odpakowaniu paczki padło na przepis wybrany wedle kryteriów “desery-czekolada-proste”. Czyli raczej standardowo.

Nie jestem przekonana do nazwy “blondie”, ale nie wpadłam też na żaden lepszy pomysł. Musicie mi więc po prostu uwierzyć, że za tym określeniem kryje się słodziutkie ciasto czekoladowe z lekko chrupiącą skórką, suszoną żurawiną i orzechami. I jeszcze kawałkami czekolady.

Składnki (do kwadratowej formy o boku 23cm):

100g białej czekolady
100g masła
125g cukru
ziarenka z 1 laski wanilii
2 jajka
60g mąki
25g orzechów pecan (lub piniowych)
50g posiekanej białej czekolady
50g suszonej żurawiny (lub więcej – sypkie dodatki dobieraj według uznania)

1. Roztop 100g czekolady i masło.

2. Utrzyj cukier, jajka i nasiona wanilii. Następnie dodaj powoli roztopioną czekoladę z masłem. Na koniec dodaj mąkę, cały czas mieszając.

3. Do ciasta dodaj bakalie – żurawinę, orzechy i posiekaną czekoladę i dokładnie wymieszaj.

4. Przelej ciasto do wysmarowanej masłem formy i piecz przez 30 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Smacznego!