Crème brûlée, czyli o sile detalu

Są Kielczanie, jest impreza. Na ostatnim z naszych sąsiedzkich spotkań realizowaliśmy koncepcję: każdy wybiera wino z danego kraju i dobiera do niego danie. Długo kombinowałam, co wybrać i w efekcie skończyłam na Francji. Na deserze. Surprise surprise. 
Ale konkretny wybór nie był przypadkowy. Crème brûlée poznałam oglądając po raz pierwszy Amelię. Zakochałam się wtedy w tym filmie i we wszystkim, co z nim związane. Nieważne co działo się po drodze, ale przez te wszystkie lata pozostałam bezkrytyczna zarówno wobec Amelii jak i wobec samego crème brûlée.

Przypomniałam sobie, że właśnie ten deser był moim pierwszym kulinarnym Świętym Graalem. Miałam do niego jedno podejście, jeszcze w Kielcach, z pomocą mojej mamy, ale nie było zbyt wiele uroku w kremie podanym w dużej misce, z cukrem przypieczonym w piekarniku, a nie lekko zarumienionym tym szpanerskim palnikiem.

Bo w tym deserze chodzi o kontekst. Jasne, że jest przepyszny, ale według mnie jego siła leży gdzie indziej. Sam fakt, że jest to tak proste połączenie (śmietana z jajkami i cukrem..) narzuca pytanie – ale o co chodzi? Otóż chodzi o tą skorupkę ze skarmelizowanego cukru właśnie. O te śliczne małe naczynka, które idealnie mieszczą się w dłoni. I o ten dźwięk, kiedy ten cukier rozbijasz – to, co filmowa Amelia lubi najbardziej. I w zupełności ją rozumiem.

Składniki (na około 6 porcji):

600ml śmietanki 36%
1 łyżeczka wody różanej (lub dowolnego ekstraktu lub alkoholu – chodzi o ulubiony aromat)
8 żółtek
3 łyżki cukru pudru lub muscovado
około 6 łyżek cukru brązowego (do posypania)

1. Wstaw miseczki, w których będziesz podawać deser do zamrażarki – po wlewaniu ciepłego kremu szybko się zestali.

2. W garnku wymieszaj śmietanę i wodę różaną – mieszaj i doprowadź prawie do wrzenia.

3. W misce wymieszaj żółtka i cukier. Kiedy śmietana będzie już gorąca, wlej ją do żółtek i mieszaj.

4. Opłucz i osusz garnek, a następnie wstaw go z powrotem na palnik, wlewając masę śmietankową z powrotem. Mieszaj i gotuj na średnim ogniu aż masa zgęstnieje, około 10 minut. Uważaj na powstawanie grudek. Jeśli je zauważysz, możesz szybko wstawić garnek do zimnej wody (trzymanej na wszelki wypadek w dużej misce albo w zlewie) i potem wrócić do gotowania.

5. Kiedy krem będzie już dość gęsty (ale nadal płynny – nie czekaj za długo), przelej go do wyjętych z zamrażarki foremek. Wstaw je do lodówki na około 30 minut – deser w tej formie może oczywiście wytrzymać jeszcze cały następny dzień.

6. Przed podaniem posyp deser brązowym cukrem i podgrzewaj specjalnym palnikiem (coraz bardziej popularny, do kupienia razem z gazem w sklepach z artykułami kuchennymi) aż się skarmelizuje.

Smacznego!

Posted by Picasa

Czekoladowe trufle z likierem Baileys, czyli powrót do korzeni

Rok temu opublikowałam tutaj pierwszy wpis, na trufle właśnie. Sajgon, jaki wywołałam tą produkcją za pierwszym razem, był motywem przewodnim dla tytułu tego bloga. 
Teraz historia zatacza koło – Paulinka, dla której były pierwsze trufle, obchodziła w poniedziałek kolejne urodziny. Może to brak kreatywności, a może kulinarny sentymentalizm, jednak nie miałam wątpliwości co do wyboru tegorocznego prezentu. 
Ale praktycznie na tym podobieństwa się kończą. Kuchnia tym razem nie pogrążyła się w chaosie. Rok temu transmitowałam mojej siostrze na Skypie cały proces, co było po prostu wizualizacją mojej dzikiej walki z żywiołem, jakim jest kakao. Tym razem myślę, że Kasia oglądając moje przygotowania nudziłaby się jak mops. Było spokojnie i sielankowo. Faktem jest, że potrzebowałam praktycznie dnia na przygotowanie. Ale było coś niezwykle uspokajającego w tej rutynie zmuszającej mnie do przekładania, przelewania i formowania czekolady co kilka godzin.
Rok temu pisałam o atakach histerii i radości, jakie towarzyszą mojej truflowej działalności. Starzeję się albo dojrzewam, wszystko jedno, ale teraz przy truflach mogę napisać jedno – cudowniejszej czekoladowej terapii wyobrazić sobie nie mogłam. I to nie tylko dlatego, że towarzyszył mi pyszny, pyszny Baileys.
Paulinko, dziękuję, że pozwalasz obdarowywać się truflami :* 

Składniki na około 30 trufli:
Nadzienie:
180ml gęstej śmietany (użyłam Rama Cremefine)
35g masła
250g czekolady – rodzaj i proporcje do wyboru – polecam 2 tabliczki mlecznej i pół deserowej
60-70ml likieru Baileys
Polewa:
250g czekolady – wykorzystałam 2 mleczne i pół białej
1. Przygotuj nadzienie: do jednego garnka wlej śmietanę i dodaj kostkę masła, w drugim pokrusz czekoladę. Doprowadź śmietanę i masło do wrzenia, a następnie szybko przelej płyn do garnka z czekoladą. Mieszaj masę około 3 minuty, powoli, aż czekolada całkowicie się roztopi. Powoli dolewaj likier. To jest pierwszy moment, w którym bezkarnie możesz próbować czekoladowej masy. 
2. Przelej masę do płaskiego naczynia, ostudź i wstaw do lodówki na około 2 godziny.
3. Wyjmij masę i wstaw ją do miksera/blendera na około 2 minuty. Dzięki temu stanie się bardziej puszysta i lekka. To jest kolejny moment, w którym należy spróbować masy i ocenić, czy proporcje się zgadzają..
4. Przełóż masę z powrotem do płaskiego naczynia i wstaw, tym razem do zamrażarki, na około 3 godziny. Im dłużej masa będzie w zimnie, tym łatwiej będzie uformować kulki, jednak uważaj, żeby nie przegiąć. Jeśli masa będzie za bardzo zbita, odczekaj trochę trzymając ją w temperaturze pokojowej.
5. Tuż przed wyjęciem naczynia z zamrażarki, zacznij topić czekoladę na polewę. Najlepiej robić to nad naczyniem z wodą – pamiętaj tylko, żeby dno naczynia z czekoladą nie dotykało wody. Podgrzewaj wodę powoli, nie dopuszczając do gotowania – czekolada wtedy zacznie się zbrylać zbyt szybko. Jeżeli chcesz, by na powierzchni trufli pojawiły się “paski”, wrzucaj stopniowo różne rodzaje czekolady, nie mieszając ich dokładnie – wtedy ich kolory nie połączą się ze sobą do końca, a Ty otrzymasz śliczne szlaczki na truflach z mlecznej czy białej czekolady.
6. Z zimnej masy formuj kulki. Ja do tego używam łyżki do melona, jednak normalna wystarczy. Możesz poprawiać ich kształt ręcznie. W tym celu używam zawsze gumowych, dobrze umytych wcześniej rękawiczek – może to tylko mój prywatny przesąd, ale wtedy czekolada, poprzez brak bezpośredniego kontaktu ze skórą, nie topi się tak szybko.
7. Wrzucaj kulki szybko do roztopionej czekolady, obtaczaj je w masie i kładź z powrotem z zimnym naczyniu. Ten etap wymaga najszybszego tempa, ale bez stresu – wszystkie estetyczne niedociągnięcia i tak nie mają znaczenia. Każda trufla i tak będzie smakowała wyśmienicie. 
8. Gotowe trufle trzymaj w lodówce, możesz dodatkowo posypać je kakao.
Smacznego!
Posted by Picasa

Mini tarty z wiśniami w rumie, czyli o prawie dziedziczenia

Kiedy dowiedziałam się przypadkiem, że moja babcia uwielbiała chodzić w niebotycznie wysokich szpilkach i zawsze trzymała takie pod biurkiem w pracy, chciałam a) zapytać się, czy jeszcze ma je w szafie, b) rzucić się jej na szyję. To był ten dziwny moment, kiedy przypominasz sobie, że wcale nie jesteś kompletną indywidualnością, z charakterem ukształtowanym przez twoje mniej lub bardziej właściwe wybory, a raczej kolejną wersją twoich najbliższych, którzy przez lata po cichu kreowali to, kim jesteś.
Powtarzalność i świadomość powielania schematów to dość smutna prawda, jednak zupełnie inaczej podchodzę do tej kwestii jeśli chodzi o rodzinę. Nawet jeśli to naciągana teoria, to jest to zabawne i tak naprawdę cudowne, że mogłam “odziedziczyć” w jakiś kosmiczny sposób uwielbienie do wysokich obcaców po mojej babci. Nigdy bym nie posądzała siebie o tego typu sentymentalizm, jednak jest coś przemiłego w świadomości, że powielam cechy osób, które kocham najbardziej na świecie. 
O ile historia ze szpilkami jest prozaiczna i dość przypadkowa, to z własnej woli i z ogromną determinacją zamierzam udowodnić sobie, że odziedziczyłam po babci też talent do gotowania. Bardziej szczegółowo – do robienia przetworów. A konkretnie, do wiśni w rumie. Mam obsesję na ich punkcie i zaburzony komfort psychiczny za każdym razem, kiedy w komodzie brakuje zapasowego słoika z napisem W/rum.
Czekoladowe mini tarty oficjalnie podaje się ze świeżymi owocami, ale serio, chcecie poczekać z ich przygotowaniem do momentu, kiedy wcześniej wyprodukujecie sobie wiśnie w rumie z przepisu mojej babci.

TARTA
Składniki na ciasto (na 6 małych tartaletek, o średnicy około 12cm):
175g mąki pszennej
30g kakao
50g cukru pudru
1/4 łyżeczki soli
125g masła
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody
Składniki na krem:
50g białej czekolady
250g serka mascarpone
100ml śmietany (lub Ramy Cremefine)
1. Przygotuj ciasto, miksując najpierw mąkę, kakao, cukier i sól. Następnie dodaj pokrojone w kostki masło. Miksuj, a następnie dodaj żółtko i zimną wodę. Kiedy składniki się połączą, wyjmij ciasto i uformuj je w dwa dyski. Owiń je folią aluminiową i wstaw do lodówki na co najmniej 30 minut. Spokojnie też możesz przygotować ciasto nawet dzień wcześniej.
2. Po wyjęciu ciasta, wyłóż nim foremki. Powtórzę swoją teorię na ten temat – olej wałek i stolnicę, jednak oczywiście decyzja należy do Ciebie.
3. Wstaw foremki z ciastem do zamrażarki na około 30 minut – to zapobiega ich rośnięciu podczas pieczenia.
4. Po wyjęciu, piecz je przez 10-15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
5. Przygotuj krem, topiąc czekoladę i dodając ją do mascarpone i ubitej śmietany. 
6. Po wyjęciu ciasta, odczekaj chwilę aż ostygnie i następnie dodaj krem do każdej tarty. Przed podaniem udekoruj owocami lub wiśniami w rumie właśnie…
WIŚNIE W RUMIE:
2kg wiśni
1kg cukru
setka rumu
kilka goździków
1. Wydreluj wiśnie i odstaw na 2 godziny, żeby puściły sok
2. Odlej sok i wymieszaj go z cukrem, a następnie gotuj go przez 20 minut.
3. Do garnka dodaj wiśnie i gotuj przez kolejne 30 minut
4. Odstaw miksturę na 12 godzin. Po tym czasie dodaj goździki i z powrotem gotuj przez 30 minut.
5. Na koniec wlej rum, wymieszaj i gorące wiśnie wraz z sokiem przelej do słoików.
Smacznego!
Posted by Picasa

Tarta ze śliwkami, czyli zwierzenia meteopatki

Rozmawiając z przeróżnymi ludźmi, w przeróżnych okolicznościach, od dobrych kilku lat przypomina mi się zasłyszana gdzieśtam “złota myśl”: należy uciekać od omawiania jakiegokolwiek aspektu pogodowego, tej swoistej “deski ratunkowej” wskazującej, że absolutnie nic ciekawszego nie mamy już do powiedzenia. To oczywiście nie przeszkadza mi omawiać pogody przy każdej możliwej okazji. Jak na prawdziwą Polkę-meteopatkę przystało.
No więc mamy jesień. I jest pięknie. Ale to, co przeżyłam, zamarzając co rano w tramwaju podczas godzinnych dojazdów do pracy, musi zostawić ślady w psychice. Dołączając do tego klasyczną deprechę po powrocie z Paryża, naprawdę trudno było mi zaakceptować to, co dzieje się na dworze. Słońce trochę pomaga, ale serio – kto wierzy, że to potrwa dłużej niż kolejne trzy dni? Mimo wszystko, w oswajaniu rzeczywistości specjalizuję się nie od dziś – kupiłam kapelusz i śliwki.
Przepis pochodzi z francuskiego ELLE a Table. Postanowiłam posłusznie wykonać wszystko zgodnie z instrukcją i przekonałam się kolejny raz, że warto czasami być posłuszną – to jest prościutkie i szybkie ciasto, które nie musi pojawiać się tylko w swojej sezonowo-śliwkowej postaci. Ale szczerze polecam właśnie ze śliwkami, jeżeli poszukujecie uzasadnienia, po co nam w ogóle taka beznadziejna pora roku jak jesień.

Składniki (do płytkiej formy o średnicy ok 21cm):

ok 500g śliwek
1 łyżka cukru trzcinowego
1 łyżeczka cynamony

Ciasto:

250g mąki
125g masła
40g cukru
1 jajko
2 łyżki mleka

Krem:

40g zmielonych migdałów
1 jajko
20g cukru
40g stopionego masła
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (ewentualnie)

1. Przygotuj ciasto, miksując mąkę, masło (pokrojone w kostkę), cukier. Po połączeniu tych składników dodaj jajko i mleko, a następnie uformuj kulkę. Owiń folią i wstaw na minimum 30 minut do lodówki.

2. Przygotuj krem, mieszając wszystkie składniki. Pamiętam, żeby po stopieniu trochę przestudzić masło przed przelaniem do masy. Mielone migdały oczywiście możesz uzyskać miksując je z dowolnej postaci.

3. Po wyjęciu ciasta z lodówki, wyłóż je do formy, ponakłuwaj widelcem. Następnie wylej krem i rozprowadź dokładnie po całym spodzie ciasta. Ułóż na nim przekrojone na połówki śliwki i posyp je cukrem oraz cynamonem.

4. Piecz ciasto w piekarniku nagrzanym do 180stopni przez 40 minut.

Smacznego!

Tarta czekoladowa z konfiturą morelową, czyli o słodko-gorzkiej rzeczywistości

Przez ostatnie miesiące nie raz słyszałam od osób znających mnie osobiście, że ten blog pokazuje rzeczywistość w wersji bezwstydnie hedonistycznej i pogodnej. Niektórzy widzą w tym zaletę, gratulując beztroskiego życia, inni uznają, że przy moim trybie życia jest to wizja mocno odrealniona. Oczywiście, jak zwykle, prawda znajduje się pośrodku.
Czas, który spędzam w kuchni, jest właściwie odrealnioną wersją codzienności. I tak, jest wtedy beztrosko i pogodnie. Chyba, że mówimy o pierwszych podejściach do ciasta na tartę, ale to inna historia. Do kuchni wchodzę z tysiącem różnych emocji. Ale właśnie w gotowaniu tak cudowny jest fakt, że emocje najbardziej negatywne w kuchni po prostu znikają, ponieważ od momentu wyjęcia mąki z szafki zmieniają się moje priorytety. Myślenie o pracy jest po prostu nieefektywne, kiedy podstawowym problemem staje się kwestia doboru odpowiednich proporcji śmietany do nowego  przepisu.
Rzeczywistość często zawodzi, w przeciwieństwie do czekolady. I nie widzę nic złego w tym, że można do niej uciec w gorszej chwili. Wierzę, że jedzenie jest dobre wtedy, kiedy jego przygotowaniu towarzyszą dobre emocje, więc nie pozwalam sobie na myślenie o czymkolwiek negatywnym w kuchni. Parę razy mi się to zdarzyło i serio, to były momenty spektakularnych wpadek kulinarnych.
Na szczęście przy tej tarcie zasada pozytywnego podejścia w kuchni się sprawdziła. I niezależnie jak ciężki mógł być dzień, jedna rzecz się nie zmienia – gotowanie jest hołdem dla przyjemności. Jeśli kiedyś pomyślę inaczej, to będzie znak, że najwyższa pora dokładnie zbadać, skąd dowożą najlepsze jedzenie pod mój adres.

Składniki (na tartę w płytkiej formie o średnicy około 23cm):
Ciasto:
300g mąki
150g zimnego masła
1 jajko
około 2 łyżki ciepłego mleka
szczypta soli
Nadzienie:
5łyżek konfitury morelowej (lub tak naprawdę jakiejkolwiek ulubionej, która jest lekko kwaskowa)
250g gorzkiej czekolady (lub deserowej)
4 jajka
250ml śmietanki kremówki
30g cukru brązowego
1. Przygotuj ciasto, mieszając wszystkie składniki. Celowo nie polecam słodkiego ciasta – połączenie lekko słonej wersji z bardzo słodkim, kremowym nadzieniem jeszcze lepiej podkreśla smak czekolady i konfitury. Z ciasta uformuj kulę, owiń folią aluminiową i wstaw na co najmniej 30 minut do lodówki.
2. Po wyjęciu ciasta z lodówki wyłóż nim formę na tartę. Już nie raz pisałam o wyższości formowania go bez użycia wałka, bezpośrednio w formie, jednak oczywiście fachowcom używającym normalnej metody powiem tylko tyle – szacun. Celowo przygotowuję więcej ciasta niż może wydać się potrzebne na taką tartę, jednak po prostu lubię kiedy boki są grubsze. Jeżeli jednak wolisz przygotować bardziej rasową tartę na cieńszym cieście, jest jedna prosta zasada dla przygotowania ciasta – mąki musi być dokładnie 2x tyle co masła. Mleko służy do połączenia ciasta, więc użyj go w ilości, która zagwarantuje, że ciasto będzie się formować w zbitą masę.
3. Włóż ciasto na tartę do piekarnika nagrzanego do 220 stopni na 10 minut. Pamiętaj o jego obciążeniu fasolą lub ryżem w trakcie pieczenia – dzięki temu się nie podniesie i zachowa kształt.
4. Kiedy ciasto jest w piekarniku, przygotuj czekoladowy krem – stop czekoladę w kąpieli wodnej. Roztrzep jajka, dodając cukier i śmietankę. Kiedy czekolada się rozpuści, połącz wszystkie składniki.
5. Po wyjęciu ciasta z piekarnika poczekaj 10 minut aż trochę przestygnie. Następnie posmaruj konfiturą i wylej czekoladową masę.
6. Wstaw tartę ponownie do piekarnika nagrzanego tym razem do 190 stopni i piecz przez 10-15 minut.
Smacznego!

 

Posted by Picasa

Mufiny z borówkami, ciastka i sisha, czyli wieczór panieński Kasi

Tryb poimprezowy ma swoje plusy – zatrzymuje w domu i usprawiedliwia brak jakiejkolwiek aktywności. A co to była za impreza.. Kasiowy wieczór panieński. Z udziałem fondue. Sushi. Przepysznie uzależniających, grzesznych drinków. Tortilli. Sajgonek z kurczakiem w miodowo-śliwkowej marynacie. Było kobieco, romantycznie i przezabawnie. Zwykle powiedziałabym, że dwa pierwsze elementy są całkowicie spoza mojej bajki, ale w tym wypadku chodziło o coś więcej. Kasia nie przestawała się uśmiechać i wyglądała na naprawdę szczęśliwą. To wystarczyło, żebym uznała ten wieczór za genialny, a kiedy dodamy do tego naprawdę mnóstwo śmiechu, shishę, dymne bańki mydlane i odjechane towarzystwo, to już nie muszę chyba szerzej opisywać wszystkiego, co tam się działo.
A trzymając się kontekstu tego bloga – z Inflanckiej miały przyjechać słodycze. Surprise surprise. W czwartek w nocy zostały upieczone ciastka, rano przed pracą – borówkowe mufiny. To był trudny i długi tydzień, kiedy myślałam, że nie będę w stanie przygotować nic prócz popcornu. I na tym etapie, choć rzadko umiem to przed sobą przyznać, potrzebowałam wsparcia. Szacun tutaj dla Karoli, która w takich momentach włącza tryb nadaktywności i wyciąga mnie z dołka. Lub dosłownie – z kanapy. I tak oto dzięki niej mogę Wam przedstawić przepis na Borówkowe Mufiny. Które, razem z czekoladowymi ciastkami, wiele widziały ostatniej piątkowej nocy zanim zostały zjedzone.

Składniki na 12 mufinów:

75g masła
200g mąki
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
75g cukru pudru
200ml śmietany lub Ramy Cremefine
1 jajko
200g borówek
1. Rozpuść masło i pozostaw do ostygnięcia.
2. W jednej misce wymieszaj płynne składniki – jajko ze śmietaną. Dodaj także masło po ostygnięciu.
3. W drugiej misce wymieszaj sypkie składniki – mąkę, sodę, proszek do pieczenia, cukier.
4. Połącz wszystkie składniki – płynne i sypkie – dodając do nich borówki. Wymieszaj wszystko wykonując jak najmniej ruchów – najważniejsze to nie “przemieszać” ciasta, dzięki temu uzyskasz nierówną fakturę mufina.
5. Nagrzej piekarnik do 200 stopni, rozlej masę do formy na mufiny i piecz przez 20 minut.
Smacznego!
Posted by Picasa

Borówki z kremem mascarpone, czyli kiedy kontekst ma znaczenie

Z najważniejszych spraw – pracujemy nad książką. Oczywiście im więcej razy przeglądam materiał, tym więcej pojawia się wątpliwości i wzrasta moje poczucie obciachu, ale co tam. Nie po to postanowiłyśmy zrobić więcej miejsca na sprzęty kuchenne wywożąc 90% materiałów uczelnianych, żeby teraz uznać, że nie warto się tym zajmować. Idea była i jest taka sama – pytanie tylko, czy czegoś mi nie będzie brakować, kiedy już misja będzie zakończona..
A wracając do borówek. Pewne osoby uważają, że są najlepsze jedynie w czystej formie. I chociaż mogę na codzień prezentować postawę mocno defensywną, bo taka jestem niefajna, to nie będę tutaj zbyt agresywnie przekonywać do wyższości opcji z kremem.

Po prostu, z mojej strony wygląda to tak: uwielbiam każdy element przygotowania kremu i wszystko, co z nim związane. Uwielbiam to, że kiedy postanawiam go przygotować, oznacza to, że już nigdzie się nie muszę spieszyć. Lekki paradoks, ponieważ jest to naprawdę ekspresowy deser, ale to jest właśnie siła kontekstu. Nie przygotowałabym kremu do pracy i nie podałabym go na hardkorowej imprezie. Krem pojawia się tylko wtedy, kiedy wiem, że nic już nie muszę.

I może borówki w wydaniu solowym są przepyszne, ale to ich bardziej dekadenckie wydanie tworzy dla mnie atmosferę, w której czuję się najlepiej. Są różne formy porypania, a ja między innymi mam swoje potrawy, które niezmiennie towarzyszą konkretnym stanom emocjonalnym. Po prostu.

Składniki (na 2 duże lub 4 małe porcje):

60 – 70g cukru (np light muscovado)
120ml jogurtu greckiego
1 serek mascarpone (250g)
1 żółtko

Zauważcie, że jest to przepis bardzo podobny do kremu na tiramisu.  I tak to się zaczęło, tylko postanowiłam zabić wyrzuty sumienia jogurtem greckim zastępującym śmietanę.. Proporcje możecie zmieniać wg uznania – głównie jest to kwestia cukru – polecam dodawać partiami i sprawdzać, w którym momencie uzyskacie najlepszy smak.

1. Wymieszaj składniki – widelcem lub w blenderze.

2. Dodaj ulubione owoce.

Smacznego!

Posted by Picasa

Brownie nr3, czyli kiedy słowo light brzmi jak dowcip

 

Zawsze jest okazja do kultywowania obsesji na brownie. Czy to deprecha, czy to finał YCD, pewne rzeczy są niezmienne: obecność dwóch tabliczek czekolady w Komodzie to podstawa, by świat stał się lepszym miejscem. Właśnie, zauważcie, że przy tym przepisie dwukrotnie ograniczyłyśmy ilość czekolady, dlatego pozwalam sobie nazywać to brownie dietetycznym. Do tego ma orzechy, czyli jest zdrowe i dobrze wpływa na koncentrację.
Wiem, że posiadam już dość długą historię przepisów dietetycznych tylko z nazwy, ale w inny sposób brownie działać nie może. Albo cieszymy się niezmiernie, że je jemy, albo patrzymy na nie pożądliwym wzrokiem i przeliczamy na wrzucone do niego łyżki masła.

A tak poza tym, gdyby ktoś się zastanawiał, to nasz plan zdrowego żywienia poszedł się gonić. Ale oczywiście wracamy do niego dzielnie. Znowu 😉

Składniki (na kwadratową formę o boku ok 23cm):

180g masła
200g ciemnej czekolady (np. deserowej)
3 jajka
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (lub waniliowego)
250g cukru pudru
115g mąki
1/2 łyżeczki soli
80g orzechów włoskich

1. Rozpuść masło i czekoladę w jednym garnuszku.
2. W misce ubij jajka z cukrem i ekstraktem, a następnie dodaj mąkę, orzechy i sól.
3. Lekko ostudzoną czekoladę z masłem przelej do miski i wszystko dokładnie wymieszaj.
4. Przelej masę do formy i piecz przez 25 minut w temperaturze 180 stopni. Jeżeli nie posiadasz formy teflonowej, dla bezpieczeństwa wysmaruj ją lekko masłem przed pieczeniem.
Smacznego!

 

Posted by Picasa

Kostka orzechowa, czyli jak tu zmierzyć się z Legendą

Przerwa, długa przerwa. Zainteresowanym polecam winić godzinne dojazdy do nowej pracy, magisterkę w fazie wykończeniowej i kultywowanie rodzinnych relacji. Czekając na wenę i czas zapomniałam z dziesięć razy, o czym chciałam napisać odnośnie tego deseru, ponieważ okoliczności przygotowania różnych potraw z czasem niestety zlewają mi się w jedną wizję z rozlaną czekoladą i mąką na ścianie w rolach głównych. Ale pamiętam przede wszystkim to, że Karola zgłosiła mi ogromne zainteresowanie Kostką w swojej pracy, a to mi z kolei przywodzi na myśl jedną, przewodnią prawdę: Nie żyjesz póki Orzechowca nie znasz.

W naszej rodzinie istnieje seria przepisów kultowych, których pojawienie się za każdym razem wywołuje ogromne poruszenie. Ogromne. Nie wszystkie przepisy mają długą i romantyczną historię i wydaje mi się, że wiele z nich to hiciory ostatnich lat. Jednym z nich jest kultowy Orzechowiec, autorstwa Olgi, mojego orzechowcowego (i nie tylko) guru oraz cioci w jednej osobie.

Ten przepis jest zbliżoną wersją tego deseru, trochę słodszą i bazującą na mlecznej czekoladzie, zamiast ciemnej, jak w oryginale. Oczywiście wariacji jest nieskończenie wiele i z czasem pewnie będę eskperymentować z proporcjami czy rodzajem polewy, jednak przy pierwszym podejściu starałam grzecznie trzymać się Nigellowego przepisu.

Dlatego oto poznajcie młodszą siostrę Orzechowca. Równie grzeszną, być może skromniejszą i słodszą, ale dzielnie aspirującą do poziomu swojego starszego brata.

Składniki (do kwadratowej formy o boku ok. 23cm):

Baza:
50g cukru muscovado (light lub dark – przepis mówi dark, ja kupiłam light i byłam szczęśliwa)
200g cukru pudru
50g masła
200g masła orzechowego (przepis mówi “gładkiego”, ja mówię: róbcie co chcecie, myślę, że i tak będzie pyszne)

Polewa:
200g mlecznej czekolady
100g czekolady deserowej lub gorzkiej
1 łyżka niesolonego masła

1. Wymieszaj w misce wszystkie składniki na bazę. Ręczne mieszanie wymaga trochę czasu, jednak nie sprawia żadnego problemu.

2. Ułóż masę w formie mocno dociskając i pamiętając, żeby stworzyć jak najbardziej równomierną warstwę.

3. Przygotuj polewę roztapiając w garnku masło i czekolady. Następnie rozlej ją na orzechowej masie.

4. Wstaw formę do lodówki na około godzinę. Kiedy czekolada będzie całkiem twarda, potnij deser na małe kosteczki.

Smacznego!

Posted by Picasa

Naleśniki z syropem klonowym, czyli o dobrych początkach

Zaczynam wierzyć, że przynajmniej jeden poranek w tygodniu należy poświęcić przygotowaniu niestandardowego śniadania. Nie można przecenić wartości dobrego początku dnia, a naleśniki z syropem klonowym to, jak odkryłam, pewniak w zapewnianiu dobrego nastroju. Trochę bardziej niepokojący jest fakt zamiany siłowni na stos przesłodkich placuszków polanych przesłodkim syropem, jednak kto by chciał zgłębiać takie dylematy na blogu kulinarnym.
W przepisie przeczytałam, że te naleśniki w amerykańskim stylu można jeść także z dodatkiem smażonego bekonu.. Jeśli ktoś jest na tyle odważny, proszę o relację.  Według mnie syrop klonowy lub miód wystarczą, żeby uznać z samego rana, że świat jest naprawdę cudownym miejscem.

Składniki (na około 22 naleśniki):
225g mąki pszennej
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru
2 duże jajka
30g masła
300ml mleka
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (opcjonalnie)
szczypta soli

 

1. Rozpuść i ostudź masło.
2. Wszystkie składniki dokładnie wymieszaj, włącznie z masłem. Możesz to zrobić ręcznie lub łatwiej, w blenderze. Przepis oryginalny radzi, żeby odstawić ciasto na 20 minut. Ja nie mogłam się doczekać i się pospieszyłam, jednak oczywiście bardziej wierz Nigelli niż mnie.
3. Smaż naleśniki na patelni teflonowej, nalewając po około 50ml płynu. Przekręcaj naleśnika na drugą stronę wówczas, gdy na jego powierzchni pojawią się bąbelki. Następnie, na drugiej stronie, potrzebuje zazwyczaj około minuty smażenia.
4. Po usmażeniu, polewaj naleśniki syropem klonowym, miodem, lub smaruj konfiturą.
Smacznego!
Posted by Picasa