Pieczone figi z mascarpone, czyli zabawy wieczorową porą

Do niedawna mój kontakt ze świeżymi figami ograniczał się do epizodu, kiedy to mieszkałam pod chorwackim figowcem na kempingu. Wszyscy się nim zachwycali, ale mnie wówczas najbardziej cieszył fakt, że mogę pod tym drzewem trzymać dmuchany materac i leżeć sobie na nim w cieniu. Byłam młoda i głupia, co tu dużo mówić.

Moje ignoranckie zachowanie postanowiłam odkupić odpowiednim uczczeniem sześciu żywych fig, na które przypadkiem trafiłam w sklepie. W garnku stopiłam masło z cukrem, cynamonem i wodą różaną, wyjęłam mascarpone, a figi wylądowały w piekarniku. Kiedy w mieszkaniu poczułam boski kwiatowy zapach przypomniałam sobie, dlaczego tak uwielbiam robić desery wieczorami. Chodzi o rytuał, który można wytworzyć tylko na koniec dnia, kiedy czuję, że nic nie muszę i zasłużyłam na coś tylko dla siebie. Kiedy postanawiam spędzić wieczór w kuchni nie ma już miejsca na wyrzuty sumienia na myśl o niewykonanych telefonach czy nieodbytych spotkaniach. W tym wypadku chodziło o spontaniczne i proste sprawienie sobie przyjemności i to się, jak to zwykle bywa z udziałem czegoś słodkiego, udało. No i odkupiłam te biedne i zapomniane figi z Chorwacji, mam nadzieję.

Składniki (dla 2-3 osób):

6 świeżych fig
200g serka mascarpone

25g masła
1 łyżeczka cukru waniliowego (lub więcej do posypania dodatkowo serka mascarpone)
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka wody różanej

1. Stop masło z wodą różaną, cukrem i cynamonem.

2. Na każdej z fig zrób po dwa nacięcia, żeby mogły “rozwinąć się” podczas pieczenia. Polej je odrobiną gorącego syropu.

3. W piekarniku nagrzanym do 200 stopni piecz figi przez 15 minut.

4. Podawaj z serkiem mascarpone polanym dodatkowo pozostałym syropem.

Smacznego!

Galette z gorgonzolą, brokułami i boczkiem, czyli Francuzki nie tyją?

Przeczytałam Francuzki nie tyją. Pamiętam, jak parę lat temu mijałam tą książkę w Empiku uznając, że moje życie i tak jest zbyt skomplikowane, żeby jeszcze dołożyć do niego zazdrość, że jakaś oświecona kobieta znalazła patent na wieczną szczupłość w towarzystwie luksusowej czekolady i francuskich przysmaków z serem w roli głównej. No ale ten moment musiał nadejść: przeczytałam i doznałam oświecenia. Przynajmniej częściowego, czyli w zakresie jasno określonym przeze mnie.
Z wielkim entuzjazmem przyjęłam następujące zasady:
– czekolada tylko dobrej jakości – wczoraj po drodze z pracy wydałam minifortunę na pralinki Wedla i jestem szczęśliwsza. To samo zdrowie przecież.
– szampan zamiast taniego alkoholu – jeszcze jestem normalna, ale zamierzam tę zasadę podciągnąć pod dobre drinki.
– składniki jak najlepszej jakości – to, że przyjaźnię się z Piotrem i Pawłem już wszyscy dobrze wiemy.
– dużo wody – jak tylko kupię sobie ładną szklankę do pracy.
– zakaz przejadania się – nie ma ryzyka, przy powyższych decyzjach nie będzie mnie stać na większe porcje.
Opieram się za to:
– magicznej zupie z porów – serio, to jest jak oksymoron w tej książce.. Nie można zalać pora wrzątkiem i uwierzyć, że to jest dobre. To wbrew prawom fizyki. 
– spisywaniu posiłków – może i ma to trwać tylko trzy tygodnie, ale to o trzy tygodnie za długo. Dobiłabym się po jednym gorszym dniu w pracy i co dalej, co dalej?
– trzem posiłkom dziennie – nie wiedziałabym, co się wtedy robi z resztą dnia.
Jest to dość selektywne podejście do literatury dietetycznej, ale nie znam lepszego. Nikt nie zasługuje na dokładanie sobie magicznej zupy z porów do codziennych trudów życia. Żeby uczcić moją dietetyczną niekonsekwencję, postanowiłam przygotować danie, które będzie francuskie, ale nie za bardzo. Do tego takie, które będzie niemiłosiernie proste, ale jednocześnie efektowne. No i takie, które będzie lekkie, ale jednocześnie nieprzyzwoicie bogate w smak. Oto galette z brokułami, boczkiem i serem gorgonzola. Bo przecież Francuzki nie tyją.

Przepis (na około 6 porcji):

1 opakowanie ciasta francuskiego (od Bliklego, przygotowane na maśle, rządzi)
250g świeżych brokułów
100g wędzonego boczku
1 mała czerwona cebula
150g sera gorgonzola
około 50g płatków migdałowych
ząbek czosnku
1. Posiekaj czosnek, pokrój cebulę i wrzuć na nagrzaną patelnię z oliwą. Podsmaż, a następnie dodaj boczek pokrojony w kosteczki. Możesz też wykorzystać boczek w plastrach.
2. Wrzuć brokuły do wrzącej wody i gotuj przez 4 minuty. Po tym czasie dorzuć je do boczku i pozwól, żeby wszystkie smaki się połączyły.
3. Rozłóż ciasto francuskie na pergaminie, a następnie natnij je lekko na każdym boku w odległości około 2 cm, tworząc coś na kształt ramki – to będą Twoje granice, kiedy będziesz układać nadzienie.
4. Wrzuć zawartość patelni na ciasto, zostawiając puste boki ciasta.  Następnie pokrusz gorgonzolę.
5. Piecz w temperaturze 200 stopni przez około 25 minut. W połowie czasu możesz dorzucić na wierzch płatki migdałowe.
Smacznego!

Biscotti z migdałami i żurawiną, czyli włoski rozwiązywacz problemów

Szukając tła dla wieczornej degustacji cytrynówki mojego kuzyna Piotrka, znalazłam sposób na rozwiązanie trzech problemów za jednym przepisem. Problem pierwszy: po tegorocznej produkcji mincemeat w zamrażarce została jeszcze żurawina. Problem drugi: brakowało mi siły na zrobienie czegoś skomplikowanego. No i problem trzeci: po ostatniej wizycie w IKEI w kuchni stoi rząd pustych słoików jak jeden wielki wyrzut sumienia. Miałam zacząć robić w nich pyszne konfiturki i marynatki (do Ory: od kiedy spróbowałam Twojej papryki w miodzie nic nie było takie samo), ale ta perspektywa zaczęła się oddalać z każdym kolejnym weekendem..
Tym sposobem odkryłam biscotti. Włoski przysmak, który może stać przez długi czas w zamkniętym szczelnie pojemniku (czyt. słoiku, ha). Z dowolnymi bakaliami, niezwykle szybki i prosty w wykonaniu. To zabawne, że włoskie słowa zawsze dodają klasy każdej, nawet najprostszej potrawie. Ale ta klasa jednocześnie nie wiąże się z uczuciem onieśmielenia, jakiego nabywam czytając na przykład przepisy francuskie. To tak jakby Francuzi, nadając nazwy swoich potraw, chcieli powiedzieć “Patrz i podziwiaj, co my tu mamy. Głupio Ci, że nie wiesz o co w tym daniu chodzi? I dobrze. Delektuj się tym, zobacz jacy jesteśmy genialni i nawet nie próbuj nas doścignąć.” Nie mam takiego wrażenia czytając przepisy włoskie. Sprowadzają się one dla mnie do jednej prostej prawdy: brzmi bosko. wygląda cudownie. jedz.
To oczywiście bardzo subiektywne uogólnienie. Dalej przecież mam obsesję na punkcie francuskich makaroników i czytam z namaszczeniem “Świnię w Prowansji”. Ale koniec końców, i tak wracam do tej błogiej włoskiej prostoty.

Składniki (na około 14 sztuk):

85g cukru light muscovado (lub cukru pudru)
1 jajko
140g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
55g żurawiny (suszonej lub świeżej)
55g migdałów (lub orzeszków piniowych)
1. Wymieszaj dokładnie cukier z jajkiem, aż uzyskasz jasną, lejącą masę.
2. Przesiej mąkę do naczynia z miksturą, a następnie dodaj żurawinę i migdały. Zamiast tego możesz dodać dowolne składniki, jak orzechy, rodzynki czy daktyle.
3. Na papierze do pieczenia uformuj z ciasta podłużną rolkę, przypominającą bagietkę.
4. Piecz przez 20-25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
5. Wyjmij ciasto z piekarnika, odczekaj 3 minuty i pokrój je w poprzek na kawałki o grubości około 1,5cm. Połóż “kromki” z powrotem na papierze do pieczenia.
6. Wstaw pokrojone ciasto do piekarnika na dodatkowe 10 minut. Po wyjęciu pozostaw do ostygnięcia i podawaj lub wstaw do szczelnego pojemnika na czarną godzinę.
Smacznego!

Pralinki bakaliowe, czyli o tym, jak trudno mieszkać koło sklepu z luksusowym jedzeniem

Kiedy kolejny raz pogrążam się finansowo w nowootwartym Piotrze i Pawle koło domu, zastanawiam się czasami, czy gotowanie nie jest kolejną manifestacją mojego talentu do komplikowania sobie życia. Po pierwsze – łatwiej było pilnować budżetu, kiedy pobyt w hipermarketach traktowałam jak survival.   Po drugie – przy takiej ilości gotowych, kuszących dań zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam ochoty zaopatrzyć się w zagraniczne sosy w bajeranckich torebeczkach, gotowe pasty do kanapek i pralinki wszelkiego rodzaju. I skończyć z sajgonem w kuchni, przyjmując pozę wylegującej się na kanapie mimozy, która podejmuje największy wysiłek ustawiając te pralinki na stylowym talerzyku.
To by było jednak za proste. Zwłaszcza, że kiedy zdarza mi się wrócić do domu z jakimś gotowcem, czuję się jak zdrajczyni wobec całej kolekcji książek kucharskich, dla których wyczyściłam regały tuż po skończeniu studiów. A żaden szanujący się iberysta nie wywozi na podkielecką wieś Historii Portugalii Antonio Henrique de Oliveira Marquesa pod byle pretekstem. 
Dlatego też obiecuję sobie, że jeśli mam jeść słodycze, to te własnego autorstwa – niezależnie od tego, w jak pięknych opakowaniach są te w sklepie za rogiem. Ale żeby trzymać się tego postanowienia, muszę szukać rozwiązań szybkich, łatwych i przyjemnych. Tak oto poznajcie jedno z największych oszustw tego bloga – pralinki bakaliowe.
To jeden z tych deserów, dla których kolejność działań trudno mi nazwać przepisem. Potrzebujecie czekolady i ulubionych bakalii – orzechów, żurawiny, rodzynek. I już. Topicie czekoladę w kąpieli wodnej i kiedy jest płynna, wrzucacie do niej bakalie. Po wymieszaniu, łyżką wyciągacie niewielkie porcje i umieszczacie do zastygnięcia na pergaminie. Możecie podkręcić smak odrobiną alkoholu lub ekstraktem – to naprawdę zależy od Was.
Bawcie się dobrze przy kombinowaniu, jakiego pretekstu potrzebujecie, żeby przygotować takie pralinki  jak najszybciej, serio.

Crème brûlée, czyli o sile detalu

Są Kielczanie, jest impreza. Na ostatnim z naszych sąsiedzkich spotkań realizowaliśmy koncepcję: każdy wybiera wino z danego kraju i dobiera do niego danie. Długo kombinowałam, co wybrać i w efekcie skończyłam na Francji. Na deserze. Surprise surprise. 
Ale konkretny wybór nie był przypadkowy. Crème brûlée poznałam oglądając po raz pierwszy Amelię. Zakochałam się wtedy w tym filmie i we wszystkim, co z nim związane. Nieważne co działo się po drodze, ale przez te wszystkie lata pozostałam bezkrytyczna zarówno wobec Amelii jak i wobec samego crème brûlée.

Przypomniałam sobie, że właśnie ten deser był moim pierwszym kulinarnym Świętym Graalem. Miałam do niego jedno podejście, jeszcze w Kielcach, z pomocą mojej mamy, ale nie było zbyt wiele uroku w kremie podanym w dużej misce, z cukrem przypieczonym w piekarniku, a nie lekko zarumienionym tym szpanerskim palnikiem.

Bo w tym deserze chodzi o kontekst. Jasne, że jest przepyszny, ale według mnie jego siła leży gdzie indziej. Sam fakt, że jest to tak proste połączenie (śmietana z jajkami i cukrem..) narzuca pytanie – ale o co chodzi? Otóż chodzi o tą skorupkę ze skarmelizowanego cukru właśnie. O te śliczne małe naczynka, które idealnie mieszczą się w dłoni. I o ten dźwięk, kiedy ten cukier rozbijasz – to, co filmowa Amelia lubi najbardziej. I w zupełności ją rozumiem.

Składniki (na około 6 porcji):

600ml śmietanki 36%
1 łyżeczka wody różanej (lub dowolnego ekstraktu lub alkoholu – chodzi o ulubiony aromat)
8 żółtek
3 łyżki cukru pudru lub muscovado
około 6 łyżek cukru brązowego (do posypania)

1. Wstaw miseczki, w których będziesz podawać deser do zamrażarki – po wlewaniu ciepłego kremu szybko się zestali.

2. W garnku wymieszaj śmietanę i wodę różaną – mieszaj i doprowadź prawie do wrzenia.

3. W misce wymieszaj żółtka i cukier. Kiedy śmietana będzie już gorąca, wlej ją do żółtek i mieszaj.

4. Opłucz i osusz garnek, a następnie wstaw go z powrotem na palnik, wlewając masę śmietankową z powrotem. Mieszaj i gotuj na średnim ogniu aż masa zgęstnieje, około 10 minut. Uważaj na powstawanie grudek. Jeśli je zauważysz, możesz szybko wstawić garnek do zimnej wody (trzymanej na wszelki wypadek w dużej misce albo w zlewie) i potem wrócić do gotowania.

5. Kiedy krem będzie już dość gęsty (ale nadal płynny – nie czekaj za długo), przelej go do wyjętych z zamrażarki foremek. Wstaw je do lodówki na około 30 minut – deser w tej formie może oczywiście wytrzymać jeszcze cały następny dzień.

6. Przed podaniem posyp deser brązowym cukrem i podgrzewaj specjalnym palnikiem (coraz bardziej popularny, do kupienia razem z gazem w sklepach z artykułami kuchennymi) aż się skarmelizuje.

Smacznego!

Posted by Picasa

Makaron z pieczarkami w oliwie cytrynowej, czyli o trybie gotowania jednoosobowego

Chyba tak naprawdę nie przepadam za gotowaniem tylko dla siebie. Niby zmieniają się głównie proporcje składników, niby wykonuję te same czynności, ale wszystko staje się bardziej mechaniczne. I tu nie chodzi o poszukiwanie widowni. Po prostu bez ludzi dookoła, bez ich reakcji, rozmów czy  też bez chaosu, jaki czasami wywołują, znika ogromny czynnik, dla którego tak kocham gotowanie. Jedzenie zbliża ludzi. A kiedy jestem sama, mogę tylko bardziej zbliżyć się do wyższych poziomów bezmyślnego obżarstwa.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała umilić sobie każdej możliwej czynności i wycisnąć z niej każdego pozytywnego akcentu. Ten obiad przygotowałam robiąc wszystkie rzeczy, na które bym sobie w towarzystwie nie pozwoliła. Włączyłam muzykę nieprzyzwoicie głośno. Śpiewałam. Przemieszczałam się po kuchni ślizgając się w skarpetkach po posadzce, a naczynia zmyłam dopiero jakieś dwie godziny później.
Było naprawdę fajnie. I nawet obiad, mimo że w towarzystwie książki, smakował mi bardzo. I wytarłam resztki oliwy z talerza kawałkiem pszennego (!) chleba. Ha.

Składniki  (na 1 dużą porcję):

100g świeżych pieczarek
40ml oliwy
1/2 łyżeczki soli
1 ząbek czosnku
1 – 2 łyżeczki soku z cytryny
1 łyżeczka suszonego tymianku
2-3 łyżki startego parmezanu
kilka listków bazylii
około 200g makaronu
1. Obierz i pokrój pieczarki na plasterki. W misce wymieszaj oliwę, sól, zmiażdżony i posiekany ząbek czosnku, sok z cytryny, tymianek. Następnie dodaj pieczarki i wszystko dokładnie wymieszaj.
2. Nastaw makaron – kiedy będzie się gotował (do stanu al dente), wrzuć pieczarki na nagrzaną patelnię i smaż na średnim ogniu.
3. Kiedy makaron będzie gotowy, zdejmij pieczarki z ognia i wymieszaj z odcedzonym makaronem. Ważne, żeby pieczarki były jedynie podsmażone i nie zrobiły się zbyt “wodniste”. W oryginalnym przepisie występują na surowo, ja mam lekkie obawy przed taką formą podania, ale jednocześnie zależy mi, żeby pieczarki zachowały swoją formę i smak.
4. Tuż przed podaniem posyp danie parmezanem i listkami bazylii.
Smacznego!
Posted by Picasa

Fussili z czosnkowym boczkiem, czyli esencja słowa "ekspres"

To danie spełniało już różne role: ratunku w sytuacji skrajnego głodu, obiadu powitalnego dla Taty, obiadu pożegnalnego dla diety, czy też pocieszacza dla przyjaciół. Wszystkie przypadki, w których sięgałam po boczek z zamrażarki łączy jedno: potrzebowałam czegoś szybkiego i dekadenckiego.
To, że rozsądek rzadko pozwala mi na wykorzystanie sera, boczku i oliwy w jednym naczyniu, nie oznacza, że uciekam od takiego połączenia. Wręcz przeciwnie – kiedy wracam do tej potrawy, mam wrażenie, jakbym cały czas z utęsknieniem na nią czekała, odliczając dni do momentu, kiedy znajdę kolejny pretekst do jej przygotowania.
Jednocześnie to jeden z najlepszych dowodów, że naprawdę nie zawsze jakość dania wzrasta wprost proporcjonalnie do poświęconego mu czasu. Oczywiście możecie ten przepis wykorzystać jako bazowy do wyjątkowych i wyszukanych dań (i bez wątpienia uzyskacie rewelacyjne efekty), jednak w tym przypadku ja trzymam się mojej mantry – proste rozwiązania są najlepsze.

Składniki:

makaron
oliwa
boczek wędzony pokrojony w kostkę
czosnek
opcjonalnie: parmezan
Celowo nie podaję proporcji – zależą one tylko i wyłącznie od Twojego gustu. Ja zwykle dla dwóch osób przygotowuję połowę opakowania makaronu, smażę 100g boczku na dwóch ząbkach czosnku i  3 łyżkach oliwy i dodaję odrobinę parmezanu tuż przed podaniem. Jednak wszystko zależy od tego, co lubisz najbardziej – czy chrupiące mięso, czy czosnkowy aromat, czy może słodko-słony parmezan.
1. Pokrój boczek w drobną kostkę i smaż na patelni ze zmiażdżonymi ząbkami czosnku na oliwie. Smaż do momentu, aż boczek będzie mocno przyrumieniony i chrupiący.
2. Ugotuj makaron i dodaj go następnie do boczku z oliwą – wszystko dokładnie wymieszaj i podawaj ze startym parmezanem lub bez.
Smacznego!
Posted by Picasa

Krewetki z fetą i pomidorami, czyli gdzie jest granica rozsądku

Krewetkowych historii ciąg dalszy. Wyznaczanie sobie granic nie jest moją mocną stroną, co udowadniają nie tylko bardziej dramatyczne zakręty życiowe, ale także spis przygotowywanych dań. Jak już okazuje się, że krewetki są super, to po co zatrzymywać się na jednym opakowaniu. Jeśli już piec mufiny, to dlaczego musi to być tylko jedna blacha. A jeśli decyduję się kupić orzeszki piniowe, to po co zatrzymywać się na ilości, która nie zrujnuje mojego budżetu. Ten ostatni przypadek to jedna z bardziej kompromitujących historii ostatnich lat, więc pozwolę sobie ograniczyć ją tylko do prostego, zbiorczego wniosku: nie znam granic. 
Dlatego też obecnie dzielnie wykorzystuję pokłady krewetek, co sprawia mi oczywiście ogromną przyjemność. Idziemy w kierunku równie prostym, jednak tym razem z wykorzystaniem piekarnika. Przepis pochodzi z Kuchni, z sekcji “5 składników”, co w porównaniu z resztą magazynu powinno się chyba rozumieć jako sekcję “5, bo nie ogarniesz nic więcej na tym etapie”. Ale po pierwsze: nauczyłam się celebrować mój brak fachu, a po drugie: kto by się martwił brakiem wyrafinowania w przepisie, kiedy w tak banalny sposób można się po prostu uszczęśliwić. 

Składniki (na 2 porcje):
500 – 600g średnich krewetek (mrożonych, gotowanych)
4 dymki
150g pokruszonej fety
500-600g obranych i pokrojonych w kostkę pomidorów
2 ząbki czosnku
oliwa, sól, pieprz
1. Na patelni, na rozgrzanej oliwie zeszklij posiekane drobno dymki i czosnek.
2. Dodaj pomidory na patelnię i zagotuj. Mieszaj je, aż sok odparuje i zacznie powstawać gęsty sos. Przypraw wszystko solą i pieprzem. Jeśli po około 4 minutach nadal pomidory będą zbyt płynne, odlej część wody z patelni. 
3. Kiedy otrzymasz już gęstą miksturę, dodaj rozmrożone krewetki. Następnie wszystko przerzuć do żaroodpornego naczynia i przykryj pokruszoną fetą. Nie musisz dbać o regularnie pokrojone kostki sera, wystarczy go rozdrobnić.
4. Wstaw naczynie do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piecz przez 5-10 minut. Czas zależy od tego, jak dobrze udało Ci się wcześniej rozmrozić krewetki. Danie jest gotowe, kiedy ser na wierzchu zacznie się rumienić.
Smacznego!
Posted by Picasa

Smażone krewetki z makaronem soba, czyli o zmiennych przekonaniach

Nie lubiłam krewetek. Właściwie zawsze patrząc na przepisy z ich udziałem, wizualizowałam najpierw ich czarne oczka, a potem ogonki. Jestem świadoma niekonsekwencji w takim stwierdzeniu, skoro daleko mi do wegetarianizmu. Ale na swoją obronę mam fakt, że nigdy nie widziałam zamrożonej całej krowy, a krewetkę owszem. I to w różnych konfiguracjach.
Ale wystarczy jeden bezstresowy wyjazd nam morze, regularne picie dobrego wina i jakoś problem oczu krewetek przestaje być tak poważny. 
Poszerzanie krewetkowych horyzontów nie jest jednak tak łatwe, jak się spodziewałam. Nagle te dziesiątki przepisów, które widziałam gdzieśtam kiedyśtam są nie do odnalezienia, a rodzajów krewetek jest więcej niż mogłabym kiedykolwiek przypuszczać. Ale nikt nie zamierza się przecież zniechęcać.
Dlatego też przedstawiam Wam przepis krewetkowy nr1. Opcja najprostsza, bo od krewetek wymagała tylko usmażenia się w oliwie z czosnkiem, ale podkręcona makaronem soba (Kerfur, dział Kuchnie Świata) w sezamowej marynacie. Bardzo lekkie, bardzo zdrowe, bardzo smaczne.

Składniki (na dwie średnie porcje):
Krewetki:
250g mrożonych gotowanych krewetek
2 ząbki czosnku
oliwa
Makaron:
ok. 40g ziaren sezamowych
75g makaronu soba
1 łyżeczka oliwy
2-3 łyżeczki sosu sojowego
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka oleju sezamowego
2 dymki
1. W garnku zagotuj wodę, lekko ją posól i ugotuj makaron wg instrukcji na opakowaniu (5-6 minut). 
2. Kiedy makaron będzie gotowy, wrzuć go do miski z zimną wodą i odstaw na bok.
3. Na gorącej oliwie podsmaż posiekany drobno czosnek, a następnie wrzuć rozmrożone wcześniej krewetki (pozbawione ogonków lub nie, jak wolisz). Smaż je przez około 10 minut, ale czas zależy przede wszystkim od tego, czy będą całkowicie rozmrożone czy, tak jak w moim przypadku, nie do końca.
4. Kiedy krewetki są na patelni, możesz zabrać się za marynatę do makaronu – wymieszaj wszystkie płynne składniki i dorzuć posiekaną drobno dymkę. Korzeń wrzucam cały do marynaty, a zielone liście tnę nożyczkami, żeby później posypać nimi potrawę.
5. Odcedź makaron i wrzuć go do marynaty – dokładnie wszystko wymieszaj. 
6. Do krewetek, tuż przed końcem smażenia, dodaj sezam. Smaż jeszcze przez około minutę. Następnie wyłącz palnik i dodaj do krewetek makaron – masz przed sobą już gotowe danie. Do ozdoby możesz posypać porcje dodatkową porcją sezamu i dymką.
Smacznego!
Posted by Picasa

Borówki z kremem mascarpone, czyli kiedy kontekst ma znaczenie

Z najważniejszych spraw – pracujemy nad książką. Oczywiście im więcej razy przeglądam materiał, tym więcej pojawia się wątpliwości i wzrasta moje poczucie obciachu, ale co tam. Nie po to postanowiłyśmy zrobić więcej miejsca na sprzęty kuchenne wywożąc 90% materiałów uczelnianych, żeby teraz uznać, że nie warto się tym zajmować. Idea była i jest taka sama – pytanie tylko, czy czegoś mi nie będzie brakować, kiedy już misja będzie zakończona..
A wracając do borówek. Pewne osoby uważają, że są najlepsze jedynie w czystej formie. I chociaż mogę na codzień prezentować postawę mocno defensywną, bo taka jestem niefajna, to nie będę tutaj zbyt agresywnie przekonywać do wyższości opcji z kremem.

Po prostu, z mojej strony wygląda to tak: uwielbiam każdy element przygotowania kremu i wszystko, co z nim związane. Uwielbiam to, że kiedy postanawiam go przygotować, oznacza to, że już nigdzie się nie muszę spieszyć. Lekki paradoks, ponieważ jest to naprawdę ekspresowy deser, ale to jest właśnie siła kontekstu. Nie przygotowałabym kremu do pracy i nie podałabym go na hardkorowej imprezie. Krem pojawia się tylko wtedy, kiedy wiem, że nic już nie muszę.

I może borówki w wydaniu solowym są przepyszne, ale to ich bardziej dekadenckie wydanie tworzy dla mnie atmosferę, w której czuję się najlepiej. Są różne formy porypania, a ja między innymi mam swoje potrawy, które niezmiennie towarzyszą konkretnym stanom emocjonalnym. Po prostu.

Składniki (na 2 duże lub 4 małe porcje):

60 – 70g cukru (np light muscovado)
120ml jogurtu greckiego
1 serek mascarpone (250g)
1 żółtko

Zauważcie, że jest to przepis bardzo podobny do kremu na tiramisu.  I tak to się zaczęło, tylko postanowiłam zabić wyrzuty sumienia jogurtem greckim zastępującym śmietanę.. Proporcje możecie zmieniać wg uznania – głównie jest to kwestia cukru – polecam dodawać partiami i sprawdzać, w którym momencie uzyskacie najlepszy smak.

1. Wymieszaj składniki – widelcem lub w blenderze.

2. Dodaj ulubione owoce.

Smacznego!

Posted by Picasa